Australia

Czego mi brakuje w Australii

Na ogół jestem dosyć sentymentalna, ale dobrze radzę sobie z brakiem różnych rzeczy, które przypominają mi o dzieciństwie czy ,,starych dobrych czasach”. Wystarczy, że je sobie od czasu do czasu wyobrażę, albo ucieknę wspomnieniami do historii sprzed lat, żeby nasycić tę tęsknotę za tym, co już nie wróci. Zadziwiające dla ludzi postronnych jest to, że w Australii nie brakuje mi znajomych i rodziny z Polski. Przez co często wiele osób wyobraża sobie, że jestem zimna i oschła. Ale brak tej tęsknoty wynika raczej z tego, że nigdy nie miałam okazji do nikogo w Polsce się przywiązać. Pochodzę z raczej małej rodziny, nie mam rodzeństwa, a na domiar złego rodzina od strony taty kompletnie nie trzyma się razem. O istnieniu niektórych kuzynek czy ciotek dowiedziałąm się dopiero w dorosłym życiu, więc tak naprawdę więź pomiędzy nami nigdy się nie wykształciła. Jeśli zaś chodzi o przyjaciół, to zostawiłam w Polsce czwórkę tych najbliższych. Piszemy do siebie od czasu do czasu, ale nawet i w Polsce nie bylibyśmy ze sobą bardzo blisko, bo nie wszyscy są w tym samym mieście, a poza tym właśnie wkraczamy w wiek, kiedy ludzie zaczynają zakładać rodziny. I jakbyśmy się nie starali prowadzić takie same życie przed jak i po dzieciach, to nie jest to wykonalne, bo teraz nowopowstała rodzina będzie priorytetem i to z nią będziemy spędzać najwięcej czasu. Dlatego jedyną osobą, za jaką tęsknię jest mama.

Mimo, że Australia mnie fascynuje, uwielbiam pogodę, oglądanie tak wielu różnych twarzy mijanych na ulicy ludzi, podoba mi się łatwa dostępność azjatyckiej kuchni i nie zamieniłabym moich spacerów po australijskim buszu na nic innego, to są pewne elementy, do których jestem tak bardzo przyzwyczajona po moim dzieciństwie w Polsce, że ich brak w Australii wprawia mnie w osłupienie (albo występowanie czegoś innego w Australii budzi we mnie niemałe zdziwienie).

  1. Jedzenie– to chyba główna rzecz, na którą narzeka większość Polaków, nie ważne, w jakim kraju wylądują. Nie chodzi tu nawet o jakieś ,,smaki dzieciństwa” czy produkty konkretnych marek, jakie znamy z Polski. Chodzi raczej o to, że im bardziej rozwinięty kraj, tym to supermarketowe jedzenie jest bardziej bezsmakowe. Na to samo narzekały Ukrainki, które pracowały ze mną w sklepie jeszcze w Polsce- polskie jedzenie było dla nich sztuczne i nijakie w smaku, niektóre miały nawet alergię na polski chleb, ale nigdy na ten ukraiński. Ja mam takie same odczucia w stosunku do australijskiego żarcia. Chleb jest po prostu puchatym zapychaczem, nie da się tutaj znaleźć dobrej szynki (chyba, że w specjalnym mięsnym sklepie), owoce są dobre, jeśli dojrzewają w australijskim słońcu, ale truskawki rozczarowują okrutnie. Są zdecydowanie tak samo dziwne jak truskawki w Polsce poza sezonem, kiedy kupujemy je z Tesco czy Biedronki, napompowane wodą i w odpowiednim kolorze, ale smakowo okropne. Mam wrażenie, że jeśli chce się jeść coś zdrowszego i coś, co ma smak, należy zaopatrywać się w licznych azjatyckich sklepach- tam żywność jest zdecydowanie bardziej jadalna, a wybór powala na kolana. Jednak najbardziej rozczarowuje mnie jakość australijskich słodyczy. O ile jestem przeciwna cukrowi w każdej postaci, o tyle mój ukochany żywi się tylko cukrem (ku mojemu przerażeniu…). Słodycze, jakie znajdziemy w australijskich sklepach, są zdecydowanie na takim samym poziomie co najgorsze słodycze w Polsce- wszystkie wypchane samym cukrem, słodzikami i tłuszczami utwardzanymi. Wielu z nich nie mogę nawet przełknąć, ba, na wiele z nich nie mogę nawet patrzeć. Nawet mój zacukrzony partner narzeka na jakość tych słodyczy i zaczyna rozważać założenie własnego sklepu (w sumie głównie, żeby móc wyżerać importowane rzeczy samodzielnie). Najbardziej z tego wszystkiego brakuje mi ptasiego mleczka. Co do jedzenia, to dziwi mnie brak śmietany czy sera białego w sklepach (mogę kupić tylko jogurt grecki i coś śmietanopodobnego, co smakuje podobnie, ale jest zbitym, sztywnym kremem- po zmieszaniu obu mam normalną śmietanę). Najbardziej dziwią mnie jednak ogórki konserwowe- są sprzedawane w formie plasterków, pływających w słoiku. Nigdy nie widziałam w Polsce ogórków konserwowych w plasterkach.
  2. Architektura– Australia nie ma aż tak bogatej historii jak Europa czy inne kontynenty. Nie znajdziecie tutaj ładnych zabytkowych budynków, ozdobionych elewacji, fikuśnych kościółków i nie przejdziecie się po ładnym rynku w starszej części miasta. Jestem przyzwyczajona do ładnej zabudowy z mojego rodzinnego miasta i naszych kolorowych kamieniczek. W Polsce bardzo często zwiedzałam z tatem różne ładniejsze miasta, głównie dlatego, że tato uczył kiedyś historii w szkole. Każdego roku byliśmy obowiązkowo w Krakowie, odkrywając budynki i zamek na nowo. Trochę mi tego brakuje. W Sydney nie ma za bardzo na czym zawiesić oka. Większość budynków jest nowa, więc przeważa styl nowoczesny, który nie robi na mnie takiego wrażenia. Jedyne ciekawe budynki, jakie widziałam to budynek królowej Victorii, który jest obecnie galerią handlową i tak zwane granny flats- niskie budyneczki mieszkalne (jak słyszałam z kiepskimi warunkami mieszkalnymi, bo to stare budownictwo), ale przynajmniej mają ładne barierki na balkonach. Reszta architektury to nudne nowoczesne przeszklone bloki. Na poniższych rysunkach są jedyne ciekawe budynki, jakie znalazłam.
Starszy budynek z nową dobudówką
Granny flat z ozdobnym balkonikiem i budynek królowej Victorii- galeria handlowa
Katedra i budyneczek z roślinnością

3. Fauna i flora– oczywiście dziwią mnie różne zwierzątka napotkane w buszu, dziwią mnie nieznane kwiatki. I choćby nie wiem, jak piękne były kwiatki, jak ciekawe byłyby palmy, jak zaskakujące byłyby nowe zwierzątka, jak bardzo kolorowe są papugi zamiast gołębi, to brakuje mi polskiego bzu kwitnącego na wiosnę. To chyba jedyna rzecz, jakiej nie mogę ścierpieć jeśli chodzi o tutejszą przyrodę. Strasznie lubię bez i kiedyś planowałam, że zasadzę sobie biały i fioletowy w moim ogródku. Nie wiem, czy nadal da się to marzenie spełnić, bo domy w Sydney są w takich cenach, że włos się jeży na głowie, poza tym nie wiem, czy mój wymarzony bez przetrwałby tutejszy klimat ( i czy mogłabym go gdzieś stacjonarnie kupić, bo nie można przewozić przez granicę nasion, roślin czy nawet domowych zwierzaków bez kwarantanny i zgody władz). Co mi się podoba bardziej w Australii niż w Polsce to to, że mimo iż ścieżka w buszu jest sztuczna (siatka na podwyższeniu, żeby łatwiej się szło), to nie wycina się drzew, które stoją na przeszkodzie (zdjęcie poniżej). Jeśli już jesteśmy przy królestwie zwierząt, to może nie jest to rzecz, jakiej mi brakuje, ale raczej dziwi- otóż moim zdaniem muchy w Sydney latają strasznie wolno. Pamiętam, kiedy polowałam na nie w Polsce, to prawie niemożliwym było trafić w nie ścierką czy łapką. Więc możecie sobie wyobrazić moje niezmienne zdziwienie, kiedy w Australii zawsze trafiam w każdą muchę, bo one jakoś tak niemrawo latają. Nie wiem, czy są jakieś ułomne przez tą pogodę i temperatura sprawia, że są ospałe, ale nie zmienia to faktu, że łatwo jest je upolować.

Mimo sztucznej ścieżki, drzewka zostały na swoich miejscach.

4. Sklepy– brakuje mi trochę różnorodności w naszych sklepach. Wszyscy sprzedają absolutnie to samo i o ile cieszy mnie, że mogę w swoich drogeriach znaleźć znane mi marki jak L’Oreal, Garnier i tak dalej, to nadal nie jest to pełna oferta marki. Najczęściej są tutaj tylko niektóre produkty, te najbardziej znane z danej linii/ marki, a reszty nie uświadczysz w sklepie choćby nie wiem co. Nie wiem z czego to wynika, bo nie są to złe produkty i nie są to też najświeższe nowości. Niektóre produkty pielęgnacyjne czy do makijażu są już na rynku dłuższy czas, ale do Australii nadal nie dotarły- jakby nie było sensu wprowadzać ich do oferty. Więc niby stoi to samo na półkach co w Rossmannie, ale nie do końca. Podczas moich ostatnich wakacji w Polsce, w innym życiu, jeszcze sprzed czasów korony, zaopatrzyłam się w tyle brakujących kosmetyków, że aż pan sprawdzający moją walizkę na lotnisku w Sydney zapytał mnie, czy planuję je potem odsprzedać (i nie płacić cła za ich wwiezienie), bo jest ich dziwnie dużo : ) Dodatkowo, w temacie sklepów, nie mogę się przyzwyczaić do tego, że w centrach handlowych formuje się tysiące kolejek- powstają jedynie przed markowymi sklepami. W kolejkach stoją absolutnie tylko i wyłącznie Azjaci i nie do końca rozumiem, na jakiej podstawie wybierają sobie te sklepy, przed którymi lubią stać w kolejce. Najczęściej są to restauracje (może są prestiżowe, może po prostu dobre?) i czasami sklepy z ciuchami lub rzeczami do domu (i są znane głównie wśród Azjatów, ja w życiu nic stamtąd nie kupiłam). Od koleżanki wiem, że taka kultura kolejkowania jest też bardzo popularna w Singapurze, gdzie ludzie dołączają do różnych kolejek na kilka godzin, żeby wejść do sklepów na 5 minut.

5. Samochody– jako że Australia jest duża, Sydney też jest ogromne, to każdy jeździ samochodem. Ja raczej należę do grupy ludzi, która uważa, że na piechotę można dojść wszędzie- tutaj niestety ludzie pojadą autem nawet do sklepu za rogiem i to wcale nie po duże zakupy, a tylko po dwa ananasy. W mniejszych miastach absolutnie nie da się przeżyć bez auta, bo jak przekonałam się na ostatnich wakacjach, autobusy tam jeździły trzy razy na dobę- w życiu się tak dużo nie nachodziłam…W Sydney jest lepiej, choć autobus jest strasznie wolny (ze względu na pierdyliard przystanków usytuowanych tak blisko jeden obo drugiego, że na przystanku nr 1 widzę w oddali przystanek nr 2, a czasami nawet i przystanek nr 3- i autobus zatrzymuje się co 30 sekund). Co mnie zastanowiło ostatnio to kolory aut (widać, że pisze to kobieta, zamiast się skupiać na markach, to patrzy na kolory ; ) ). No więc uważam, że w Polsce przeważają czarne i czerwone/bordowe auta. Przynajmniej to pamiętam z czasów, kiedy jeździłam przez całą Polskę na wakacje z tatem. Wszyscy chcieli mieć te prestiżowe kolory- czarny niczym limuzyna i taki tajemniczy, czerwony może kojarzył się z prędkością. Jeśli popatrzę na australijskie drogi, to wszędzie widzę kompletnie inne dwa kolory- biały i niebieski. Ktoś próbował mi tłumaczyć, że białe auto się tak nie nagrzewa i nie obłazi tak szybko z farby jak ciemne samochody (ale przecież mamy i klimatyzację, i farby są teraz lepiej wykonane, poza tym Australijczyków stać na wymienianie aut częściej niż Polaków), ale zastanawia mnie ten niebieski. Czy to działanie wszechobecnego oceanu i tego, że życie tutaj toczy się na plaży, dlatego błękitne auto jest taką namiastką wiecznie czystego nieba i oceanu? Osobiście wolę czarne i czerwone auta- wyglądają bardziej prestiżowo i brakuje mi ich trochę na naszych drogach.

33 myśli na temat “Czego mi brakuje w Australii

  1. Napisałaś szczerą prawdę i tylko prawdę 🙂 Kiedyś podniosłam gdzieś temat australijskiego jedzenia na jakimś blogu i zostałam storpedowana, że nie, że trzeba wiedzieć, gdzie jeść i kupować. Wierzę jednak Przyjaciółce, a Ty to potwierdzasz. A autko Przyjaciółka ma czerwone 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. Może trzeba wiedzieć, gdzie kupować, ale w Polsce nie musiałam tego wiedzieć- szłam do supermarketu i smak był nie tyle ,,do zniesienia”, co po prostu normalny. Tutaj smak z supermarketu jest nijaki, nie będę przecież hasać po bazarkach, szczególnie w czasach zarazy : ) Czas nauczyć się robić własny chleb…

      Polubienie

      1. Na fb ogłaszają się osoby z Polonii, które coś tam pieką, robią pierogi itp. Podają też miejsca cennych 🙂 zakupów, np. w niemieckich marketach są polskie towary.. Znalazł się nawet ktoś, kto robi polskie wędliny. Fakt, to obłęd, ale jakoś trzeba przeżyć 🙂

        Polubienie

        1. Też namierzyłam już kilka sklepów u nas (choć jeden był ponad godzinę drogi pociągiem, ale dla ptasiego mleczka i krakowskiej było warto).
          Zawsze przed świętami jest wysp postów pań lepijących pierogi : ) Moja mama już zapowiada, że jak tu przyjedzie, to też będzie robić- nawet nie wie, jaka jest konkurencja!

          Polubienie

  2. Szczerze mówiąc za Polską tęsknię nie ksi krajem tylko moją młodością. Tego sentymentu chyba nigdy die nie pozbędę. To były inne czasy, inny kraj, inni ludzi. Dzisiejsza Polska to nie mój kraj. Mam wielu przyjaciół, z którymi utrzymujemy kontakty i spotykamy się jak jestem w kraju. Zmieniliśmy się jednak wszyscy i to już pewnie nie jest to samo.
    Masz rację, polskie jedzenie jest po prostu nie do zastąpienia. W Stanach jest setki polskich sklepów z towarami z kraju…tutaj … dobrze, że moja dziewczyna jest tez przywiązana do naszej kuchni, dzięki czemu i półproduktom, których jakość tutaj jest bardzo dobra, możemy ciagle kontynuować naszej tradycyjne potrawy.
    Oglądam AO. Jak patrzę na Melbourne to nie robi na mnie dobrego wrażenia tyle betonu. Ale to ja … nie lubię dużych miast generalnie.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Też nie przepadam za dużymi miastami, ale w Australii wybór jest ograniczony: albo pękające w szwach wielkie molochy, albo maciupeńskie miasta z jednym sklepem na krzyż i zerowymi możliwościami. Może kiedyś się to wyrówna, wtedy chętnie ucieknę do średniej wielkości miasta.
      Zgadzam się jak najbardziej z tym, że za krajem samym w sobie się nie tęskni- tęskni się za tymi innymi czasami, kiedy byliśmy młodsi, mieliśmy mniej problemów i tak dalej.

      Polubione przez 1 osoba

  3. Odniosę się do 2 punktów.
    Jedzenie – nie byłem chyba nigdy w życiu w supermarkecie w Polsce więc trudno mi porównywać.
    Kilka istotnych pozycji:
    – chleb – w supermarketach jest trochę chlebów pełnoziarnistych czy na zakwasie. Jednak przez pewien czas kupowaliśmy chleb w polskim sklepie. Mamy dobrze bo taki sklep may tuz pod nosem. Od kilku lat kupujemy chleb w Woodfrog Bakery – operuje tylko w Melbourne.
    – pomidory – pełna zgoda, znaczy rozpacz że takie paskudne. Znaleźliśmy jednak całkiem smaczne Adelaide tomatoes, oczywiście tylko na bazarze. Teraz ich nie widzę, widocznie nie sezon.
    Przy okazji – jeśli jakiś produkt jest sezonowy, to dla mnie bardzo dobry znak. Znaczy w zgodzie z naturą.
    Wędliny – polski albo włoski sklep. Podejrzewam, że dobre produkty można znaleźć w sklepach rosyjskich, greckich i „jugosłowiańskich”.
    Ser biały – w supermarkecie kupujemy całkiem znośny twarożek – Brancourts, natomiast ser – znowu – polski sklep.
    Moje ogólne uwagi na temat żywności – tutaj – https://ewamaria.blog/2017/12/14/pochwala-jedzenia-reblog/
    Samochody – specjalnie zwlekałem z tym komentarzem do dzisiaj gdyż dopiero wtedy mogłem przeprowadzić badanie. Na parkingu przy kościele stało pewnie około 100 aut. Policzyłem te kolorowe – 6 czerwonych, 4 niebieskie. Reszta białe i różne odcienie szarości .
    Ale może katolicy nie są reprezentacyjną grupą.
    My też mamy szare auto gdyż nie trzeba go myć.

    Polubienie

    1. Chyba muszę częściej chodzić do tych polskich sklepów, albo przejść się na jakiś bazarek- problem tylko, że pandemia nie sprzyja zwiedzaniu okolicy i chyba traktuję to jako wygodną wymówkę, żeby znowu pomaszerować do Colesa.
      Z tymi samochodami to, hymm, zgadzamy się, że białe są popularne : ) Ja też wolałabym szare, albo jakieś beżowe- wydają się najpraktyczniejszymi kolorami.

      Polubienie

  4. Z tymi sklepami mnie zaskoczyłaś, bo żyłem w przekonaniu że to u nas jest dziadostwo a w innych krajach wszystko czego dusza zapragnie. Co do jedzenia, to mam wrażenie że przez lata przyzwyczajamy się do pewnych smaków i stąd to nowe smaakuje inaczej, gorzej…

    Polubienie

    1. U nas pewnie czasami też jest dziadostwo- my mamy więcej genetycznie modyfikowanego świństwa w Australii, ale za to Polska ma ciastka na oleju palmowym (kiedy te same ciastka w Niemczech są robione z dodatkiem masła). Ale np najtańszy łosoś u mnie, czy ten w sushi za 3$ czy sałatkowy z marketu, jest o wiele lepszy niż ten papierowy łosoś w Polsce w sushi za 14 zł rolka.

      Polubione przez 1 osoba

  5. ciekawe komu by się chciało mentalnie prężyć nad konstruowaniem takiej leśnej ścieżki w Polsce, gdzie nikt /no, prawie nikt 🙂 / się z Naturą nie liczy i jedno drzewo w tą, jedno w tą nie robi różnicy…
    p.jzns 🙂

    Polubienie

    1. Zgadza się- my mamy tendencję do wycinania tego, co nam zawadza i nie pasuje do koncepcji (może bierze się to z przeświadczenia, że planeta jest dla nas do rozporządzania nią według naszego widzimisię jak to religia nam mówi). Może kiedyś do nas dojdzie,, moda” na niewycinanie drzew, bo stoją na środku.

      Polubienie

      1. z jedzeniem za granicą to kiedyś miałem tak, że zawsze preferowałem miejscowe, tylko brakowało mi zwykłego polskiego chleba, takiego systemu „po prostu chleb” i pamiętam, że przy powrocie /trasa była stała, rutynowa/, tuż po przekroczeniu granicy niemiecko – czeskiej zatrzymywałem się w przydrożnym barku: serwowali kurczaki pieczone i znakomity chleb do tego… dziwnie może to brzmi, bo chleb był teoretycznie czeski, ale wyglądał i smakował właśnie akurat tak, jak ten, za którym tęskniłem…
        za to teraz od wielu lat jest dziwnie w Polsce właśnie, bo taki dawany, oldskulowy chleb strasznie trudno dostać, a w hipermaketach wcale go nie ma, więc w sumie gust mi się pozajączkował i czasem stoję przed półką, gdzie jest duży wybór gatunków, rodzajów i nie wiem, co chcę kupić 🙂

        Polubienie

        1. Australia jako tako nie ma swojego jedzenia- przez to, że jesteśmy mieszanką z całego świata, to nie ma tutaj żadnych typowych potraw (no chyba, że burger z plasterm buraka, albo ciasto francuskie w formie babeczki z mięśno-warzywnym wypełnieniem). Więc nawet ciężko byłoby próbować lokalnych specjałów. Jedzenie azjatyckie jest tu bardzo dobre- dlatego poleciałabym traktować je jako lokalne i próbować ile się da, bo wszystkie rodzaje są smaczne.
          Polski chleb też już jest niejadalny, bo stał się zwykłym zapychaczem. W mojej małej miejscowości pamiętam, że standardową praktyką było mielenie niesprzedanego chleba ze wczoraj i dodawanie go do nowego chleba na dzisiaj. Ale nie wyobrażam sobie, jakby to mogło działać, więc to tylko spekulacje.

          Polubienie

          1. praktyka powtórnego przerobu suchego /czerstwego? zleżałego?/ chleba znana jest od dawna w tej branży i nie tylko w Polsce… kiedyś widziałem taki film na Discovery pokazujący cały proces produkcji: najpierw piekli zwykły(?) chleb w formach, potem go suszyli w piecu, mielili na drobne okruchy i to była baza do wypieku jakichś ciasteczek, czy tostów… nie pamiętam już kraju, ale jakiś zachód Europy… jakie to ma podstawy teoretyczne, dietetyczne, czy gastronomiczne to już pojęcia nie mam…
            kuchnia azjatycka rulez, przynajmniej u mnie… najciekawsze jest to, że to są bardzo proste rzeczy, rodzaj „kuchni lenia”, gdzie nie trzeba wielkiej filozofii kulinarnej…
            ale też potrafi się gdzie niegdzie popsuć… kiedyś w Warszawie zajadałem się takimi wietnamskimi /przejętymi z kuchni chińskiej/ papmpuchami na parze nadzianymi mięsem, fasolą munb i grzybami, odpowiednio przyprawione… przywoziła nam je do pracy pewna Wietnamka, świeżutkie, jeszzce ciepłe… któregoś razu byłem w Paryżu na jakiejś imprezie i na wietnamskim stoisku sprzedawali takie same buły… ale tylko pozornie takie same, bo to kompletnie było nie to… numer polegał na tym, że ta „nasza” Wietnamka była krotko w Polsce i robiła to swoim, domowym patentem, a ci Wietmanczycy z Paryża to byli już zasiedzieli emigranci i te ich wyroby jakby już „zapomniały” ten oryginalny smak…

            Polubienie

            1. Kuchnia azjatycka kuchnią lenia? No może trochę- w końcu czesto tu wrzuca się wszytko do jednego woka/ na jedną patelnię i z głowy- warzywa, mięcho, makaron, sos i po krzyku.
              Może niekoniecznie Wietnamczycy zapomnieli jak przygotować prawdziwe pampuchy, tylko trochę gust im się zminił, albo chcieli przyoszczędzić i pozamieniali składniki? W Australii na szczęście to azjatyckie jedzenie jest bardzo dobre- najczęściej w kuchni siedzą rodzice (nawet nie potrafią jednego słowa wydukać po angielsku), dzieci za to sprzedają na kasie- więc jedzenie jest w miarę autentyczne. Dodatkowo, mamy chyba cały czas napływ nowych ludzi z Azji, i tysiące zastępów studentów, którzy poszukują domowego jedzenia, więc restauracje nie mogą się opuścić w jakości i autentyczności. Za to inne, mniej popularne kuchnie cierpią, w tym nawet polska, bo po szale emigracji za komuny, nie przyjeżdża tu już tak wielu Polaków. Jedna nasza restauracja robi jakieś dziwne pierogi- kształtem przypominają te chińskie, zawinięte na górze (i kucharzem jest o dziwo Chińczyk : ) ), w innej serwowali naleśniki- ciasto doprawione cynamonem, wsad naleśnika z mięsem, kapustą i grzybami (nie wiem, co za psychopata to wymyślił). Ostatnio koleżanka z pracy mi się chwaliła, że jadła w polskiej restauracji. ,,A jakie danie zamówiłaś?” ,,Nie wiem, jakieś z krewetkami”. Od kiedy mamy danie z krewetkami w kuchni polskiej? : )

              Polubienie

              1. raki, potrawy z raków rozumiem, to akurat istnieje w tradycyjnej kuchni polskiej, aczkolwiek nieco zapomniane w obecnych czasach, ale krewetki faktycznie zakrawają na jakieś grube nieporozumienie, jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby użyto ich jako zamiennik…

                Polubienie

                1. Z opisu, jaki próbowała przekazać mi koleżanka, ta opcja z krewetkami wyglądała po prostu na danie,, awaryjne”, gdyby do restauracji przyszedł ktoś, kto nie może niczego sensownego zamówić, bo wszystko wygląda obco i dziwnie. Więc bierze znajome krewety (jako że mamy mnóstwo osób z Azji, zaczynają przeważać liczebnie w większości dzielnic).

                  Polubienie

  6. Jeśli chodzi o jedzenie to prawda, mój brat który jakiś czas temu wyjechał do Niemiec zawsze jak wraca prosi moją mamę, by przygotowała mu jajka na twardo z majonezem bo twierdzi, że niemieckie jajka nie mają żadnego smaku, tak samo pomidory i owoce 😂 Trochę tak jest, że w jakim miejscu na świecie byśmy się nie znaleźli to jednak wzdychamy do naszych rodzimych produktów, może trochę przez sentyment 🙂

    Polubienie

    1. Kiedyś natknęłam się na opinię, że obecne warzywa i owoce mają mniejszą wartość odżywczą, bo staramy się, żeby urosły jak największe w jak najkrótszym czasie- przez co nie wszystko zdąża się poprawnie wytworzyć, albo składniki tworzą się w za małych ilościach. Nie wiem czy to prawda, ale to by np wyjaśnialo te wielkie napompowane bezsmakowe truskawki i te normalne mniejsze i smaczniejsze polskie truskawki.

      Polubienie

  7. Znajoma blogerka mieszkająca w Australii również uważa, że jedzenie tutejsze smakuje na jedno kopyto, dlatego żywi się u Azjatów.
    Warto przeczytać relacje z dalekiego kontynentu z bezpośredniej relacji osoby, która tu mieszka, ponieważ podróżnicy przedstawiają wszystko w różowym kolorze.
    Serdeczności zasyłam

    Polubienie

    1. Tak, podróżnicy są jeszcze na etapie zachłyśnięcia się wszystkimi wspaniałościami, a potem to wszystko opada i okazuje się, że żaden kraj nie jest rajem- trzeba tylko dopasować, na które wady jesteśmy się w stanie zgodzić i z tym krajem się związać- zupełnie jak przy wyborze partnera życiowego 😀

      Polubienie

  8. Pewien filozof podzielił ludzi na 3 grupy: przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Pierwsi są nostalgiczni, żyją wspomnieniami i to blokuje im pójście dalej. Drudzy żyją dniem dzisiejszym, nie martwiąc się o to, co będzie. Ostatnia grupa to ludzie, którzy planują, marzą i wierzą, że najlepsze przed nimi. To właśnie im najczęściej udaje się osiągnąć cele i zrealizować marzenia. Jednak wadą takiego myślenia jest przysłowiowa cegła, która może nas zabić w każdej chwili, spadając z dachu. Ja niestety zaliczam się do 1 grupy. Żyję wspomnieniami i chociaż jestem najbardziej optymistyczną osobą w rodzinie (tak samo malutkiej i niestabilnej jak twoja), to jednak czasami myślę, że to co najlepsze już się zdarzyło. A stąd tylko krok do depresji…
    Zgadzam się z tobą co do jedzenia, zwłaszcza smaku chleba. Też uwielbiam architekturę, i też uważam, że wszędzie można dojść pieszo i też, tak jak moja mama – kocham bez. Czuję, że dogadałybyśmy się w realu 🙂 Nienawidzę wycinania drzew i już nie raz o tym pisałam – to jest chore! Mieszkając w Turcji także doświadczyłam przerostu formy nad treścią, czyli zdecydowanej nadwyżki aut na ulicach. Tam zresztą, trąbienie, stanie w godzinnym korku czy szarpanie się kierowców jest codziennością.
    Sorry, za tak długi komentarz, ale twoje posty są tak mądre i ciekawe, że skłaniają mnie do refleksji, i nie mogę podsumować ich jednym zdaniem 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. Byłam w Turcji na wakacjach- pamiętam tych dzikich kierowców! Nawet na szczyt góry krętą drogą, cisnęli gaz do dechy, a autokar przechylał się na zakrętach w przepaść 😱 W Egipcie z kolei miałyśmy problem z przejściem przez ruchliwą ulicę, w końcu boy hotelowy przeszedł na naszą stronę, wziął nas za fraki i przeprowadził na stronę hotelu. Chwała mu, bo w przeciwnym razie stałybyśmy tam do dziś.
      Hym, ja chyba jestem w grupie trzeciej- skupionej na przyszłości, ale czuję, że to jest najtrudniejsza grupa, bo czasem to skupienie na tym, co ma dopiero być nie pozwala mi się cieszyć teraźniejszością (no bo przecież dążę do czegoś przede mną, tam w oddali, nie można się rozpraszać, tylko pędzić, planować, rozpisywać możliwe scenariusze, żeby podjąć perfekcyjną decyzję 😑) i jednocześnie przesłania mi przeszłość (może dlatego nie tęsknię za Polską jak każdy normalny człowiek, bo ten pęd za przyszłością sprawił, że wspomnienia wyblakły, albo ramu na nie brakuje 🙂). Doszliśmy w sumie do trywialnej życiowej prawdy- przeginanie w każdą stronę jest złe. Ja raczej jestem najbardziej pesymistyczną osobą (tak widzi mnie rodzina), chociaż ja siebie uważam za realistę do bólu.

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s