Z życia wzięte

Dzień Ojca

Bardzo cieszy mnie, że młodsze pokolenia ojców czują większą potrzebę uczestniczenia w życiu swoich dzieci. Patrząc po moich dziadkach i słuchaniu opowieści mamy mam wrażenie, że pokolenie tamtych mężczyzn nie było zaangażowane w sprawy związane z dziećmi. Nie wiem tak do końca dlaczego. Może było to podyktowane tym, że wszyscy uznawali zajmowanie się dziećmi za niemęskie i przypisywali ten obowiązek kobietom. Może wynikało to po części z wygodnictwa, albo tego, że podział obowiązków polegał na oddelegowaniu kobiet do zajmowania się domem, a panowie mieli za zadanie skupić się na pracy i zarabianiu. Lata mijały, a trend zaczął się odwracać i w pokoleniu moich rodziców pojawili się już ojcowie, którzy większą uwagę zwracali na swoje dzieci i zaczęli spędzać z nimi więcej czasu. W obecnym pokoleniu bycie ojcem i branie czynnego udziału w wychowaniu potomków stało się bardzo modne, że tak to nazwę. Mimo tych wszystkich zmian, cały czas da się odczuć, że podczas Dnia Ojca, nie doceniamy ojców tak bardzo, jak doceniamy matki podczas ich święta. Mój partener jest strasznie wyczulony na tę ,,niesprawiedliwość” i burzy się również za każdym razem, kiedy sądy przynają opiekę nad dziećmi matkom, nawet bez wysłuchania drugiej strony. Nie jest to sprawiedliwe, to prawda, ale wydaje mi się, że wielu ojców ze starych czasów zapracowało na tę niechlubną opinię dla wszystkich ojców przez nieinteresowanie się swoimi dziećmi. I niestety bardzo ciężko tą opinię zastąpić nowym obrazem ojców.

Postawa mojego taty niestety karmi stereotyp nieobecnego ojca, któremu nie powinny przysługiwać prawa rodzicielskie. Mimo, że sama jestem teraz osobą, która rzadko się uśmiecha, to pamiętam, że kiedyś z kuzynem bawiliśmy się w zabawę, która polegała na wystawianiu ,,mandatów” dorosłym, którzy się nie uśmiechają. Nigdy tych mandatów nie wręczaliśmy, wypisywaliśmy je raczej tylko w głowie, i w sumie mój tato miał ich najwięcej, a ja nie rozumiałam jak można się nie uśmiechać. Więcej wspomnień z tatem z dzieciństwa nie pamiętam, ponieważ tato zabawiał się w Casanovę i zniknął a naszego życia, kiedy miałam sześć lat. Pamiętam, że strasznie płakałam tego dnia, kiedy wyszedł z domu z walizką. Przeprowadził się z powrotem do swoich rodziców, którzy mieszkali trzy bloki od nas i widziałam go raz na rok, kiedy rodzice dzielili się mną na święta Bożego Narodzenia. Do tej pory Wigilia jest dniem, którego najbardziej nienawidzę w całym roku, bo kojarzy mi się z rozpoczynaniem uroczystej kolacji z mamą, jej mamą i rodziną jej siostry w jednym domu, samotnym spacerem w ciemną i zimną noc przez osiedle, i kończeniem kolacji u drugiej babci z tatem i dziadkiem. I na domiar złego obie babcie narzekały, że za mało zjadłam, a nie dało się pomieścić dwóch ogromnych wigilijnych kolacji do jednego żołądka. Przez dwa lata wzbraniałam się przed odmawianiem ,,Ojcze Nasz” na religii w szkole, bo jakoś nie mogło mi to przejść przez gardło.

Po dwóch-trzech latach moi rodzice wrócili do siebie, ,,dla dobra dziecka”. Dlatego, kiedy widzę te zdjęcia durnych plakacików z Polski pod tytułem ,,kochajcie się mamo i tato” to wątpię w inteligencję pomysłodawcy tej akcji. Nikt nigdy nie powinien wracać do swojego partnera ,,dla dobra dziecka”. Wątpię, żeby moi rodzice byli zadowoleni z tego powrotu do siebie. Tato cały czas dawał mi odczuć, że ,,za mało go kocham” (nigdy się nie kłóciliśmy, nigdy go nie ignorowałam, ale chyba jemu brakowało tego, żebym go wielbiła). Poza tym, czy to dziecko jest na świecie po to, żeby kochać rodzica, czy to rodzic jako dorosły powinien pokazać swoim przykładem, jak kochać w rodzinie? Nasz wychowawca w gimnazjum powtarzał, że dzieci kocha się za to, że są, więc jakoś nie wierzyłam tacie w te jego oskarżenia, że za mało go kocham i dlatego mamy nienajlepszą relację. Kolejne moje wspomnienie o tacie to to, kiedy kazałam mu się pospieszyć z wiązeniem butów, kiedy byliśmy spóźnieni na pociąg, a on odpowiedział, że teraz, kiedy jestem starsza, to ja powinnam mu wiązać buty, bo od tego są dzieci. Na początku było mi głupio, ale potem pomyślałam sobie, że przecież mówi to facet, który nie odwiedza swojej matki, bo nie może znieść jej gderania, i który nie pomaga swojemu ojcu zanieść skrzynek na działkę, bo dziadek przestał płacić na jego studia w połowie trzeciego roku na uczelni- taka zemsta po latach.

Moi rodzice rozstali się po raz drugi po pięciu latach od ,,drugiej próby” bycia razem, byłam chyba w drugiej, może pierwszej gimnazjum. Tym razem, jako że miałam doświadczenia w tych rozstaniach, nie płakałam już tak dramatycznie jak za pierwszym razem i jakoś przyjęłam to do wiadomości. 16 maja, ostatni dzień, kiedy tato był z nami w domu, obchodziłam co roku jako ,,dzień żałoby” i celebrowałam poprzez nieodbieranie od taty telefonów w ten jeden jedyny dzień. Nie wiem, czy to dlatego, że byłam starsza, czy tato dojrzał, czy mama go nastraszyła, ale za drugim razem tato nie zniknął z mojego życia tak bardzo jak zniknął za pierwszym rozstaniem moich rodziców. Dzwonił raz na jakiś czas i pytał co słychać, niestety nigdy nie odpowiadał mi na pytanie, co u niego słychać (ok, odpowiadał, ale nigdy nie były to zbyt ,,osobiste” odpowiedzi, np. jaką książkę przeczytał, gdzie był na wakacjach, jak tam w pracy- tym się nigdy nue dzielił). Czasami jechaliśmy gdzieś na ferie czy wakacje. Jako że jego mama, a moja marudna babcia z poprzedniego posta na blogu, bardzo go skrzywiła emocjonalnie, tato nigdy nie potrafił docenić, że wygrałam jakiś konkurs, czy dobrze zdałam egzamin. Zawsze pytał, czemu nie zdałam jeszcze lepiej, albo czemu nie wzięłam udziału w konkursie krajowym, tylko wojewódzkim. Do teraz jednym z najczęstszych pytań, jakie mi zadaje, kiedy dzwonię do niego z Australii jest ,,kiedy następna podwyżka”?

Przez całe gimanzjum i liceum nazywałam tatę ,,ojcem”, bo uważałam, że na słowo ,,tato” nie zasłużył. Szczególnie, kiedy wiecznie się spóźniał na nasze umówione spotkania, albo zmyślał powody, dla których na jakimś się nie pojawił. Najbardziej miałam mu za złe to, że moja kuzynka poznała jego nową dziewczynę, kiedy była u niego przejazdem, szukając w Warszawie mieszkania na studia, a ja dziewczyny taty nidgy nie poznałam, nie znałam nawet jej imienia. Tato udawał, że ona nie istnieje. Na studiach zrozumiałam, że w sumie lubię swój charakter, a to, jaka jestem, zostało ukształtowane przez moje dziwne perypetie z tatem, więc byłam mu za to wdzięczna. Poza tym, jesteśmy oboje tak bardzo podobni w sposobie nieumiejętności wyrażania uczyć, w naszym bziku na punkcie idealności, w skłonnościach do tresowania siebie i trochę krytykanctwie, że nie mogłam go nadal nie lubić. Dzielimy ze sobą zbyt wiele cech. Dodatkowo zauważyłam, że kalectwo emocjonalne taty i jego beznadziejność w okazywaniu emocji to wina babci, więc nie mogłam go winić za to, jak niedojrzale zachowywał się przez całe życie. Zaczęłam go na powrót nazywać tatem i widać było, że nasze relacje się poprawiają.

Kiedy leciałam do Australii, tato pożegnał mnie słowami ,,to ja tyle walczyłem z komuną, a ty wyjeżdżasz?” (tato walczył z komuną mniej więcej tyle samo, co nasz naczelny prezes państwa, więc tyle co nic) i ,,zobaczysz, że wrócisz z rykiem do domu szybciej niż ci się wydaje, bo nikt cię tam nie chce”. Pożegnał to może za mocne słowo, bo nigdy mnie nie odprowadził na lotnisko, ta rozmowa odbyła się przez telefon. Przy okazji poprosiłam go, by przedstawił mnie swojej dziewczynie, bo wszyscy o niej wiedzą, wszyscy ją znają, tylko nie ja. Pięć miesięcy to jednak było za mało czasu, żeby to spotkanie zorganizować : )

Teraz jest już normalniej, tato dalej jest kiepski w wyrażaniu emocji, ja nadal mam swoje skrzywienia, bardzo podobne do tych, na które on cierpi i dzięki temu łatwo mi zrozumieć, dlaczego tato nie potrafi czegoś wyrazić, albo mówi tak a nie inaczej. W naszej relacji nigdy nie było kłótni, raczej występowała zimna neutralność. Teraz skłamałabym, gdybym powiedziała, że panuje miłość, ale na pewno jest tam wzajemny szacunek. Tato w końcu nadgonił te wszystkie lata mojego dzieciństwa, które ominął, i które sprawiły, że myślał, że nadal jestem dzieckiem, i nareszcie udało mu się przyznać, że jest dumny z tego, że sobie radzę. Na ostatnich wakacjach w Polsce nareszcie poznałam jego dziewczynę, teraz już żonę i ku zdziwieniu taty, nie pobiłyśmy się : ) To tylko pokazuje, jak tato mało mnie znał, skoro się tego obawiał.

W Dzień Ojca zawsze o nim pamiętam, tak samo jak na urodziny. Bo nie ma na świecie drugiej takiej osoby, do której byłabym tak bardzo podobna. I nareszcie, po tylu latach, nasza relacja jest na tyle normalna, jaka może być pomiędzy dwoma trochę skrzywionymi emocjonalnie dziwakami.

13 myśli na temat “Dzień Ojca

    1. Myślę, że rodzic, który pokazuje nam, że jesteśmy beznadziejni albo niewarci jego uwagi/ czasu jest jeszcze gorszy niż rodzic nieobecny. Bo do tego pierwszego ciężko dopisać sobie jakieś wytłumaczenie, a do tego drugiego dziecko jest w stanie wymyślić sobie historyjkę, która pomoże mu sie uporać z tym, że rodzica nie ma. Niemniej jednak, obie wersje braku ojca rzutują potem na związki jakie tworzą ich córki.

      Polubione przez 1 osoba

  1. mój ojciec już od wielu lat nie żyje, zaś ja swoje psychologiczne „rozliczenia” z nim mam za sobą, ogólnie bilans wyszedł mu na plus, szału nie ma, jak to mówią, jednak skoro rozliczone, to nie ma po co do tego wracać…
    za to odniosę się do mitu, jakoby utrzymywanie lub reaktywacja związku na siłę „dla dobra dziecka” faktycznie jest dla dobra dziecka… szalenie rzadko się zdarza, aby wśród dwojga ludzi doszło do odnowy ich pozytywnych emocji wobec siebie w takim natężeniu, aby to było naprawdę autentyczne i ten związek miał dalej sens… przeważnie jest to sztuczna sytuacja, pełna jedynie pustych rytuałów, mających upewnić siebie i otoczenie, że wszystko jest w porządku… dużo zależy od wieku i ogólnego rozwoju dziecka, ale generalnie ono bacznie obserwuje (świadomie i podświadomie) relacje pomiędzy rodzicami, widzi tą sztuczność, grę pozorów, uczy się, że ‚tak ma być” i wdraża te schematy w swoje związki w dorosłym życiu… to prawda, że rozstanie (rozwód) rodziców może być dla dziecka pewną traumą, ale jest to lepsze zło, niż kontynuacja (martwego już) związku dla jego rzekomego „dobra”…
    p.jzns 🙂

    Polubienie

    1. Małżeństwo na siłę jest beznadziejne. Zgodzę się tu w 100 procentach. Z tym, że dzieci ten schemat rejestrują, tym bardziej się zgodzę. Chyba nigdy nie widziałam rodziców zadowolonych, trzymających się za rękę albo coś. Byli raczej jak para znajomych, małżeństwo niczym czysty biznes.
      Dobrze, że bilans z Twoim tatem też wyszedł na plus.

      Polubienie

  2. Dość nietypowe relacje miałem z ojcem, który przez 2-3 lata był obłożnie chory i praktycznie przykuty do łóżka. Ja miałem wtedy ok. 3-4 lat i to właśnie od ojca nauczyłem się czytać, pisać i rachować, zanim poszedłem do szkoły. Od ojca też nauczyłem się grać w szachy i brzdąkać na skrzypcach tak jak na gitarze. To skończyło się gdzieś ok. 5-6 r.ż. gdy ojciec wyzdrowiał i powrócił do pracy. Do rodziców nie mam żadnych pretensji, byli bardzo tolerancyjni. Mieszkaliśmy w małym domku jednorodzinnym położonym w środku dużego ogrodu. Może dlatego z rodzicami nie miałem bliższych kontaktów. Większość czasu spędzałem z dziadkami, którzy mieszkali niecałe 300 metrów dalej też w rodzinnym, ale znacznie większym domu. Rodzice nie mieli dla mnie dużo wolnego czasu, bo byli zaabsorbowani utrzymaniem dwóch kamienic, jakie pozostawili im dziadkowie. Dość szybko, bo ok. 13-14 r.ż. uzyskałem sporą niezależność dorabiając sąsiedzkimi naprawami RTV. Być może wyda się to dziwne, ale Dni Dziecka, Matki i Ojca zawsze traktowaliśmy dość żartobliwie.

    Polubienie

  3. Nie łatwo miałaś, nie łatwo. Moi rodzice rozstali się, gdy miałam 7 lat, także rozumiem. Z tym, że moi nigdy do siebie nie wrócili. Trudny to temat…
    Moje spostrzeżenia są podobne, ojcowie zaczęli uczestniczyć w życiu dzieci, a może raczej przestali się tego wstydzić.

    Polubienie

  4. Biologiczny ojciec topił na potęgę smutki w butelkach wódki. Jak już włożyłem nogę w drzwi podstawówki to właściwie gość wyparował z naszego życia. Matka ruszyła na zachód w poszukiwaniu lepszego zajęcia. Wychowanie spadło na babcie oraz ciotki.

    Owszem, dzień babci i dziadka miały dla mnie wyjątkowe znaczenie. Nie powiedziałbym tego o dniu matki czy ojca który celebrowałem z przyzwoitości.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s