Z życia wzięte · Zdrowie psychiczne

Moja praca

Zacznę od tego, że jestem raczej pracoholikiem. Uwielbiam skreślać zadania z mojej listy rzeczy do wykonania, lubię planować, lubię w pracy wiedzieć o wszystkim, co się dzieje, trzymać w garści odpowiedzialność za skończenie projektów, nadgorliwie łażę po wszystkich działach póki nie dostanę zgody/podpisu/odpowiedzi, by mój zespół mógł zacząć robić swoją część. Czuję się aż za bardzo odpowiedzialna za sukces grupy i jako że w mojej obecnej pracy dołączyłam do zespołu, który składał się autentycznie tylko z mojej menadżerki : ), a dopiero po dwóch latach dołączyły kolejne osoby i zrobiło się nas sześć, to czułam się bardzo odpowiedzialna za tych ludzi i przede wszystkim za to, żeby czuli się pod moim przewodnictwem bezpiecznie.

Możliwe że dlatego, że nakładam na siebie takie wymagania i biorę sobie pracę trochę za bardzo do serca, zaczęła być ona dla mnie źródłem wiecznej frustracji. Moja menadżerka nie umiała porządnie planować i bała się zarządzać resztą zespołu. Dlatego każdy mój dzień zaczynał się od kilku minutowej rozmowy z nią, po czym to ja musiałam przekazać zadania na dzisiaj reszcie zespołu, dopilnować, żeby każdy zrobił swoją część i przeorganizować plan kilka razy dziennie, uwzględniając pierdyliard sytuacji nadzwyczajnych, które się działy niczym na SOR-ze. To ja byłam bardziej menadżerem niż faktyczna menadżerka. Niestety jej było tak wygodnie, więc blokowała mi możliwość rozwoju i podejmowania się lepszych, mądrzejszych zadań. Lata mijały, ja byłam uwiązana wizą pracowniczą, ludzie w pracy się zmieniali, a ja patrzyłam na nowych ludzi, świeżo po szkole, którzy w naszym biurze dostawali bardziej ambitne zadania i własne projekty. Ja stałam w miejscu, zastępując innych gdy było trzeba, bo ,,jeszcze tylko pół roczku, jeszcze tylko miesiąc, a może już za tydzień” i dostanę coś innego, ale teraz produkcyjny dział MUSI dzielnie pracować, bo dzięki naszej ciężkiej pracy firma się rozwija i cała reszta wydziałów ma pensję i może pracować nad swoimi projektami. Wyzysk pełną gębą! Poza tym menadżerka miała jakieś problemy z pamięcią i z językiem angielskim, więc raz że często zadawała mi głupie pytania odnośnie naszej pracy (bo zapomniała po raz setny jak się jakiś produkt robiło), to jeszcze interpretowała moje komentarze z jakimiś uprzedzeniami.

Ostatnią kłótnią z menadżerką było ,,ej, dzisiaj nie ma magazyniera, więc żeby było sprawiedliwie, to tym razem wysyłkę paczek przejmuszesz ty i Maikel, a następnym razem ty i Steven”- przypominam, że zespół ma 6 osób, a ja już ostatnim razem musiałam przejąć tę wysyłkę- to zawsze spada na mnie, jak wszystko zresztą. Ale tym razem zapytałam, czemu jestem w obu grupach, które wymianiła? To był poniedziałek- dzień, kiedy się nasłuchałam, że jestem sarkastyczna, wytykam ludziom błędy i mam muchy w nosie, bo nie chcę robić czyjejś roboty. We wtorek udawałam chorą, bo miałam rozmowę o pracę gdzieś indziej, ale w biurze przestraszyli się, że moja menadżerka przesadziła i pewnie teraz prze nią płaczę w domu. Dlatego w środę zaproponowano mi przeprowadzkę do wydziału inżynierów, a w piątek spakowałam manatki i przeniosłam się do innego budynku, do mojego nowego biurka. Było to pięć miesięcy temu. Mój stary zespół cierpiał długo, bo po moim nagłym zniknięciu okazało się, że tylko ja znałam wszystkie tajemnice, które nie są zapisane w oficjalnych dokumentach, miałam pamięć absolutną i sprawnie dokańczałam wszystkie zadania, pilnując terminów projektów innych ludzi w zespole. Teraz zespół produkcyjny ma siedem osób- musieli mnie zastąpić dwoma osobami.

NOWA PRACA

Mój nowy dział jest super- porządkuje mi wiedzę, którą do tej pory zdobyłam. Pracujemy nad nowym urządzeniem do leczenia prostaty w nieoperacyjny sposób- jestem odpowiedzialna za budowanie prototypów, testowanie ich w różnych warunkach, sprawdzanie czy spełniają odpowiednie normy prawne i normy bezpieczeństwa, by mogły pojawić się na rynku, piszę sobie raporty, kontroluję dokumentację i bazę danych. W mojej grupie jest jeszcze trzech facetów i menadżer. I dopiero po czterech latach w pracy okazało się, że wcale nie jestem za słaba albo jakaś chora, bo nie mam siły ćwiczyć w domu po pracy. Ja po prostu byłam do tej pory zbyt wykończona fizycznie, lataniem we wszystkich kierunkach, staniem w labie, użeraniem się z menadżerką, czasami przenoszeniem kartonów, zastępowaniem innych, męczeniem innych działów o podpisy itd. Dopiero kiedy zwolniłam do normalnego tempa, zauważyłam ile mam energii! I zauważyłam, że w innych wydziałach ludzie ucinają sobie półgodzinne pogawędki przy kawie : ).

Urządzenie, nad którym pracujemy jest opatentowane, więc nie będę wypisywać jak działa i z czego dokładnie jest, ale ogólna zasada polega na tym, że ma ono za zadanie wypalić część tkanki prostaty, która urosła tak bardzo, że utrudnia wizyty w toalecie- i robi to dzięki elektrodom. I tu zaczyna się zabawne testowanie, bo jakoś trzeba udowodnić, najlepiej jeszcze nie na człowieku, że to działa. Dlatego naszym rytuałem w zespole stały się wizyty w supermarkecie po mięcho 🙂 Do tej pory kupowaliśmy świńskie podudzia, ostatnio urozmaiciliśmy testowanie świńskimi nereczkami z chińskiego targu. Reszta biura zawsze żałośnie wzrusza ramionami, kiedy otwiera lodówkę w poszukiwaniu swojego obiadu do odgrzania, a tutaj kilka kilo mięcha leży w gotowości na testy 🙂 Ostatni nabytek- nereczki- wywołały niezwykłe ,,poruszenie” w damskiej części biura. Panie księgowe nie mogły ścierpieć tych krwawych galaretek na półkach lodówki. Zresztą przestały nas też odwiedzać w naszym budynku, od kiedy przy okazji ostatniej wizyty powitała ich radosna nereczka na stole, z wywierconym wiertarką otworem i wsadzonym naszym urządzonkiem. Na domiar złego, podłączonej do zasilacza z prądem, więc nereczka ,,pstrykała” sobie pod wpływem wypalającego ją od wewnątrz prądu (tak, o dziwo jest to lepsze niż poważna operacja wycięcia prostaty, chociaż nadal brzmi dosyć sadystycznie). Potem kroimy sobie takie mięsko na automatycznej krajalnicy, żeby policzyć powierzchnię wypalonej tkanki i porównać do objętości ludzkiej prostaty. Myślę, że nowy zespół potrzebował kobiecej ręki, bo baza danych i historia ewolucji urządzonka była w takich strzępach i chaosie, że nikt by nam nie wydał pozwolenia na wprowadzenie tego na rynek. Dlatego moja super pamięć ma teraz pole do popisu i sortuje wszystkie dokumenty, wyszukując nieścisłości i uzupełniając luki. A w wolnym czasie wiercę sobie w świńskich podudziach i smażę nereczki 🙂

W pracy spędzamy osiem, czasem nawet i więcej godzin. Biorąc pod uwagę, że czas spędzony w domu to w głównej mierze czas poświęcony na sen, to więcej godzin spędzamy z szefami i współpracownikami, niż z własnymi partnerami czy rodzinami. Dlatego praca nie może być okropną karą boską, która odbiera nam radość życia. Zła praca zabija nas od środka, zaczynając od podkopania naszej własnej wartości, rozregulowania naszej psychiki i odczuwania emocji, na wiecznych fizycznych napięciach i poważnych chorobach kończąc. Nie może być tak, że żyjemy po to, żeby pracować, a problemy z pracy zanosimy do domu. Dobrze, że po czterech latach to do mnie dotarło.

49 myśli na temat “Moja praca

  1. Nie rób sobie wyrzutów za te cztery lata. Nie wiem, jak działa wiza pracownicza, ale pewnie miała na Twoje i dyrektorki jakiś wpływ?
    Wniosek z notki: jak dobrze, że nie mam prostaty 🙂

    Polubienie

    1. Wiza działała w taki sposób, że jakbym rzuciła pracę, to musiałabym wracać do Polski w przeciągu miesiąca. Więc jakby musiałam godzić się na wszystko, żeby zachować pracę.
      Trochę szkoda tych czterech lat, szkoda, że takicg rzeczy nas nie uczą rodzice, albo szkoła, tylko trzeba samemu źle zacząć, żeby po kilku latach dojść do tego samego, co odkryły już poprzednie pokolenia.
      Prostaty nie mamy, ale mamy wiele innych paskudztw charakterystycznych dla kobiet- i każdy ma swoje ,,rozryki i przeboje”.

      Polubienie

  2. jako (były) spec od uzaleźnień nie widzę w opisanych objawach oznak pracoholizmu, do diagnozy brakuje najważniejszego: jak się czujesz, gdy nie masz pracy /chwilowo lub na dłuższy dystans/, czy w ogóle jakiegoś zajęcia, nawet niekoniecznie płatnego…
    do tego Twoja wypowiedź /cytuję/: „Nie może być tak, że żyjemy po to, żeby pracować…” świadczy o tym, że wcale nie jest z Tobą źle… znałem/znam takie przypadki: polega to na tym, że ktoś uważa się za nałogowca lub wręcz osobę uzależnioną dlatego, bo ktoś im to wmówił, albo wręcz sami to sobie wciskają… to jest taka odwrotność syndromu zaprzeczania, mechanizmu, który można zaobserwować u faktycznych nałogowców…
    to bywa groźne, bo często bywa tak, że gdy komuś się wmawia nałóg, czy uzależnienie, to istotnie mu ulega…
    jak bardzo można kogoś skrzywdzić takim wciskiem pokazuje przykład pewnej znanej mi szesnastolatki:
    była abstynentką kompletną, czyli zero narkotyków /w tym alkoholu/ i zero zioła… ale odwiedzili ją kiedyś znajomi, którzy zajarali sobie wspomniane zioło /ona nie jarała/ i niechcący zostawili lufkę… ten sprzęt znalazła potem jej matka… no, i zaczęło się… dziewczynę zaczęto w domu prześladować wysyłając na jakieś kompletnie zbędne terapie, terapeutka też była idiotką, bo próbowała ją leczyć z fikcyjnej, urojonej choroby… fikcyjnej, bo dziewczyna była zdrowa jak moje koty, a poza tym od zioła bardzo trudno jest się uzależnić, to są bardzo rzadkie, egzotyczne przypadki… wreszcie dziewczyna się załamała i sięgnęła, nie po zioło, ale po narkotyki: alkohol, metamfetaminę i tzw. „heroinę”/dokładniej: acetylomorfinę/… bardzo intensywnie sięgała, więc po dość krótkim czasie doszło do zgonu…
    przyznam, że przez takie historie jestem dość wrażliwy, gdy ktoś nadużywa słów „uzależnienie”, czy „nałóg”, nawet jeśli robi to żartem, moje poczucie humoru ulega wtedy chwilowemu zawieszeniu…
    p.jzns 🙂

    Polubienie

    1. p.s. a nereczki /cynaderki/ są pycha… obecnie są sprzedawane w marketach w postaci oczyszczonej parą, więc odpada upierdliwość zasmradzania domu, nie trzeba ich wstępnie gotować w kilku zmianach wody…

      na temat mojej prostaty już Ci się kiedyś zwierzyłem, że urolog był nią zachwycony, bo jest zdrowsza, niż u niejednego dwudziestolatka, stwierdził, że mógłbymzażądać naprawdę sporej sumy, gdyby chciał ja sprzedać na rynku części zamiennych 🙂

      Polubienie

      1. Jestem raczej z pokolenia, które reaguje obrzydzeniem na podroby, bo mają taką nietypową konsystencję i trochę mnie ciągnie na wymioty jak gryzę coś innego niż tekstura cyca z kurczaka. Ale i tak uważam, że człowiek powinien absolutnie jeść wszystkie części zwierzaka- z szacunku do zwierzaka i planety, żeby nie marnować, i z szacunku do swojego ciała, bo taka wątróbka ma witaminę A w lepiej przyswajalnej formie niż marchewa.
        Zdrowia pozazdrościć, bo patrząc na to nasze urządzonko, nie chciałabym się takim czymś leczyć- pewnie zemdlałabym ze stresu w połowie zabiegu. Zawsze najważniejsze jest, żeby nasze części ciała służyły jak najdłużej.

        Polubienie

        1. polemizował bym, bo konsystencja odpowiednio przyrządzonych podrobów wcale nie wydaje mi się taka tragiczna: serce, żołądek, wątroba, nerki bynajmniej nie są wtedy ciapkowate, tylko właśnie jędrne i sprężyste… albo taka ikra lub mlecz rybi, również można je odpowiednio ukonsystencjonalizować… trochę gorzej jest z móżdżkiem, ale gdy się nań spojrzy jak na odmianę pasztetu lub pasty z tuńczyka, to również nie odrzuca… za to małże mają u mnie przechlapane, ale nie ze względu na ich treść, tylko na zadawniony uraz psychiczny po zatruciu się zepsutym okazem… ale już takie ślimaki wcinam chętnie, bo usmażone, czy duszone również mają odpowiednią zwartość…
          za to też tak mam, że nie lubię marnowania jedzenia i (przykładowo) takiego kurczaka zjadam zostawiając możliwie jak najmniej na talerzu… nie wiem jednak dlaczego, tu już intuicja podejmuje decyzję, a ja ze swoją intuicją mam dość niezłe relacje 🙂

          Polubienie

          1. W takim razie może jadłam źle zrobione. Ale mimo wszystko one są,, inne” od kurczaka. Ja czasami muszę wolniej jeść banana, bo taka ciapka też nie może mi przejść przez gardło. Bitej śmietany też nie toleruję ze względu na konsystencją, za co mama chciała mnie wydziedziczyć 🤣
            Ale staram się być dzielna i podchodzić do zjadania tych rzeczy zadaniowo, wtedy jest łatwiej.
            Uraz psychiczny po zatruciu to potężna rzecz- do tej pory nie mogę przekonać mojego ukochanego wujka do zupy pomidorowej, bo po niej miał operację wyrostaka. Biedna niczemu winnna zupa.

            Polubienie

    2. Może trochę nad wyrost się,, zdiagnozowałam”. Na pewno jestem za bardzo nadgorliwa- to chyba dobre określenie. I wkurza mnie jak praca leży odłogiem i ktoś jej nie robi. Prędzej wyrwę komuś coś z ręki, żeby zrobić to szybciej, jak widzę, że się ślamazarzy. Plus jechałam kiedyś do pracy o czwartej nad ranem, rowerem, bo trzeba było sprawdzić próbki z bakterkamii w piecu. Ale szczerze powiedziawszy, gdyby ktoś mi zaproponował teraz kilkadziesiąt milionów dolców, to już jutro rzucam robotę. I resztę życia spędzam na kursach psychologicznych, uczę się sześciu języków na raz i ćwiczę w spokoju na mojej rurze i kółeczku. To byłoby cudowne życie.
      Przykra sprawa z tą dziewczyną, ale wierzę, że takie wmawianie niestety działa. Ludzie albo naprawdę zaczynają w to wierzyć, albo stwierdzają, że skoro i tak już ich o to posądzono, to czemu by nie spróbować?

      Polubienie

      1. w sumie też tak mam, że oko mnie boli, gdy widzę, jak ktoś partaczy robotę i też mnie wtedy korci, żeby to zrobić za niego… co prawda nauczyłem się bawić nawet mniej lubianymi zajęciami, ale jest to bardziej mechanizm obronny, niż objaw sympatii do pracy jako takiej 🙂
        inna sprawa, że tak to jakoś u mnie jest, iż nawet najbardziej ulubione czynności dużo tracą na wartości, gdy stają się obowiązkiem wynikającym z umowy… za to gdy mam wybór: coś robić lub tego nie robić, to zdarza mi się wręcz odjechać, zatracić w tym robieniu…

        gdy ta dziewczyna zaczęła ćpać, to było to jakby „na złość” rodzicom /niestety bardziej sobie na złość/ na zasadzie „chcieli mieć ćpunkę – będą mieli ćpunkę”… próbowałem jej jakoś pomóc, interweniowałem nawet u tych rodziców, ale taka pomoc łatwa nie jest i często kończy się fiaskiem…

        Polubienie

      2. p.s. przypomniał mi się taki przypadek, że zaziębiłem się ostro i poszedłem na zwolnienie lekarskie… po kilku dniach poczułem się lepiej i zadzwoniłem do firmy pytając, czy mogę przyjść przed terminem… nie zgodzono się, bo takie były przepisy, że nie wolno było się na to zgodzić… pytanie jednak dlaczego mi taki pomysł przyszedł do głowy?… bynajmniej nie dlatego, że stęskniłem za robotą… ale stęskniłem się za ludźmi, bo dobrał się tak zarąbisty zespól, że przyjemnością było przebywanie z tą ekipą…

        Polubienie

        1. Nasza firma, trochę taka z piekła rodem, bazuje na tym, że ludzie bardzo siebie lubią i zostają u nas ze względu na przyjaźnie.
          Mam nadzieje, że po czasach korony ludzkość nauczy się, że chorobowe to nie przestępstwo, a normalny przywilej osoby pracującej i należy je brać. Ale wątpię, że się tego nauczymy- już w szkole tresujemy dzieciaki, że stuprocentowa frekwencja musi być, a potem ten program się odpala jak idziemy do pracy 😑

          Polubienie

  3. Szkoda życia na pracę, która nie sprawia przyjemności. Moja praca to moja pasja, lubię swój zawód i z chęcią do niego wrócę po urlopie macierzyńskim 😊 Dobrze, że się postawiłaś. Ja też swego czasu pracowałam w miejscu, gdzie byłam mózgiem wszystkiego, lubię działać, ale bez przesady 🙈

    Polubione przez 1 osoba

    1. Miło jest właśnie wracać do pracy z uśmiechem.
      Może to trywialne stwierdzenie, ale praca rządzi się podobnymi zasadami, co szkoła- od dobrego ucznia zaczyna się coraz więcej wymagać, żeby ładnie reprezentował szkołę i nadrabiał wyniki w klasie- i w taką samą pułapkę wpadamy w pracy. Nadgorliwość nie popłaca 😀

      Polubienie

        1. jako małolat pracowałem na budowie podczas wakacji, aby zarobić na drugą połowę wakacji i już wtedy starsi koledzy mnie nauczyli, żeby nie wychylać się, nie zdradzać, że się umie za dużo, bo wtedy łatwo się podłożyć i być wykorzystywanym bez adekwatnej gratyfikacji…
          p.jzns 🙂

          Polubione przez 1 osoba

          1. Szacun dla kolegów, bo aż zbyt często widzę pracowników starszych stażem, którzy tę wiedzę trzymają w sekrecie, dlatego więszkość młodych musi się nauczyć na własnej skórze. Po czymnie pozostaje nic innego jak rzucić pierwszą pracę i zacząć z czystą kartą w nowej, bez łatki,, nadgorliwca” 😀

            Polubienie

  4. Jest takie przysłowie, że pracuj, pracuj, a garb sami ci wyrośnie. Nie pojmuję tego, że pracuje się w korporacjach i poświęca się temu całe życie. Kiedyś to inaczej wyglądało, ale bywało, że i ja poświęcałam robotę kosztem rodziny. Nikt mi za to nie podziękował.

    Polubienie

    1. No właśnie i kolejne pokolenie robi ten sam głupi błąd.
      Myślę, że takiego poświęcania się korporacje oczekują- a jak nie, to zwalniają. I tak się podobnie dzieje w prywatnych firmach, więc zmniejsza się pole manewru. Człowiek nie chce żyć tylko pracą, ale tylko taka forma pracy jest dostępna w ofercie.

      Polubienie

        1. Niektórym chce się pracować, ale pracodawcy nie są tego warci. W Australii też widzę, że jest pewna grupa, która się leni. Tu nawet łatwo jest być vezdomnym, bo ludzie chętnie wrzucają im pieniądze do puszki, a jest na tyle ciepło, że nawet w zimie na ulicy nie zamarzną. Człowiek to leniwa bestia, a polski rząd jeszcze bardziej do tego lenistwa zachęca.

          Polubienie

          1. Dziękuję Kangurze za wieści ze świata. Ja obserwuję to, co dzieje się w Polsce. Ludzie często rozpuszczeni świadczeniami nie garną się do roboty. W tej kampanii nie obiecuje już im Kaczyński nic, bo kasa pusta. Wszystko idzie w górę, a więc będzie płacz.

            Polubienie

  5. Jeśli praca nie sprawia satysfakcji lub relacje ze zwierzchnikami są złe, koniecznie trzeba zmienić pracę. Człowiek zgnębiony, zapracowany, zestresowany zapłaci swoim zdrowiem, a tego byśmy nie chcieli…
    Zasyłam serdeczności

    Polubione przez 1 osoba

    1. Dokładnie, takie wyniszczenie psychiczne zeżre nas od środka. Tylko coraz więcej tych cwaniaków biznesowych, którzy zakładają firmy, wiecznie trzeba walczyć, żeby nam na głowę nie weszli 😀

      Polubienie

    1. Racja, wracam z pustą baterią do domu. Szkoda, że rzadko takie mądrości słyszę od starszych stażem kolegów, którzy albo czekają, aż nauczysz się na własnej skórze, albo mają nadzieję, że twoja nadgorliwość sprawi, że oni będą mogli robić mniej. Powinni tego uczyć w szkole 😀

      Polubione przez 1 osoba

  6. Chciałoby się rzec .. coś mi to przypomina. Jak się zjeżdża do kraju to ludziom się wydaje, że tam gdzieś na zachodzie pieniądze leżą na ulicy i jedynie trzeba się po nie schylić. A to często stresująca praca, w której wykorzystują fakt, że jest po prostu emigrantem.

    Polubienie

    1. Prawda. Ale stresująca praca jest wszędzie- to definicja każdej pracy, trzeba tylko się nauczyć jak nie dać sobie wejść na głowę.
      Mi z kolei taki jeden mądry mówił, że jak sobie człowiek nie umie poradzić w Polsce, to nigdzie sobie nie poradzi- ale przecież każdy kraj ma ustawiony inny,, stopień trudności „, i wszystko zależy też od naszego zawodu.

      Polubione przez 1 osoba

  7. Doskonale to rozumiem, bo sam, chorując przecież na depresję, wpierdzieliłem się w pracę która mnie wykańczała psychicznie i z każdym dniem wypalała… Najpierw brałem coraz więcej leków, potem gdy owe nie wystarczały pojawił się alkohol, aż w końcu zdarzył się wypadek, który paradoksalnie był czymś dobrym, bo pozwolił mi uciec stamtąd zanim się całkowicie nie wypaliłem… Wystarczy jeden toksyczny człowiek w pracy by z przyjemności stała się czymś nie do zniesienia, a życie mamy tylko jedno i nie warto go marnować tylko dla kilku groszy.

    Polubienie

    1. Mam poczucie, że takich wyzyskujących zakładów pracy jest coraz więcej, więc zawęża się nam wybór.
      Właśnie często musi dojść do wypadku/ utraty zdrowia, żeby komuś zapaliła się czerwona lampka. Ja też zaczęłam kwestionować robotę dopiero kiedy zaczęła mi permanentnie puchnąć lewa noga- pracę zmieniłam, z nogą nie mogę sobie nadal do końca poradzić. Kara na całe życie 😑

      Polubione przez 1 osoba

      1. Mój mięsień dzień w dzień przypomina mi o tym co było…Ale może to i lepiej… A na pewno mogło się skończyć dużo gorzej… Czasem potrzeba takiego wstrząsu byśmy coś zrozumieli. Oby nam obojgu wyszło to na dobre i w przyszłości już nie pchali sie w coś co nas wykańcza.

        Polubienie

  8. Wypowiem się tylko na temat uboczny – prostata.
    W jakiś sposób jestem od tego specjalistą, bo jej już nie mam.
    Mogę się pochwalić, że usuwał mi ją sam DaVinci – robot.
    Byłem z tego dumny do momentu gdy mój znajomy pochwalił się, że jemu usunięto prostatę za pomocą miniaturowej maszynki do mięsa, którą mu bezoperacyjnie wpuszczono w odpowiednie miejsce.
    Brrr, okropna ta chirurgia.

    Polubienie

    1. Faktycznie daVinci brzmi bardziej prestiżowo, alr z drugiej strony ludzie to pomysłowe bestie i nawet maszynką dla lalkie sobie poradzą. Szkoda, że nie możemy poprawić ciała samego w sobie, żeby po latach użytkowania nie robiło nam takich psikusów. W sumie im dłużej pracuję w tej branży medycznej, tym bardziej boję się wszelkich operacji i zabiegów, bo wiem jak koszmarnie wyglądają te wszystkie implanty 😑

      Polubienie

    1. Jesteśmy, ale nie wygląda to za dobrze za oknem. Dopiero nam się skończyła jedna seria powodzi, głównie poza miastem, jakiś miesiąc temu, a tutaj już nawiedza nas kolejna fala 😞 Na razie połamałam dwie parasolki i wszystkie pary butów się suszą. Te deszcze są dziwne, bo co jakieś 30 minut jest 5-10 minut ściana deszczu, chwila spokoju, znowu ściana deszczu i tak cały dzień. 😑

      Polubienie

  9. Przede wszystkim bardzo sie ciesze, ze zmienilas prace, odnajdujesz sie w niej i odeszlo Ci wiele stresu i nieprzyjemnosci.

    Po drugie te eksperymenty na nereczkach brzmia swietnie, niemal jak super zabawa, tylko ze to chodzi o ludzkie zdrowie 😀

    Po trzecie pisalam Ci juz pewnie, ze w wielu kwestiach przypominasz mi moja siostre, nawet z wygladu, a po dzisiejszym tekscie juz na 100% bedziecie mi sie mylic 😛 Ona tez jest zafascynowana nauka, jest radioterapeutka a science to jej konik. W pracy m.in. odlewa dla pacjentow maski, które pozniej zakladaja na czas leczenia promieniami. Podesle jej Twoj tekst (znowu) 🙂

    Polubienie

    1. O, wow, radioterapeutka, też ciekawe. Ale na pewno nie dałabym rady mieć kontaktu z pacjentami- to już za trudne, więc podziwiam Twoją siostrę. Przekaż jej proszę.
      Ja mogę sobie eksperymentować, tak trochę w próżni, bo pacjenta nigdy nie widzę. Chociaż, menadżer obiecał nam, że załatwi nam wejście na clinical study- nie wiem, czy chcę oglądać piętnastu panów po sześćdziesiątce, z dyndającymi silikonowymi tubkami z penisów, podłączonych do prądu 🤣 boże oszczędź mnie 🤣

      Polubienie

  10. Potrzebował kobiecej ręki do prostaty – 😀 brzmi dwuznacznie 😀
    To nie macie osobo lodówki na próbki i osobno na wasze lunche? Rzeczywiście dosyć odrażające 😀
    Masz bardzo interesującą i odpowiedzialną pracę.
    Zgadzam się, że żadne pieniądze nie są warte nerwów, stresu i wypalania. Do pracy trzeba wstawać z radością, inaczej stracimy zdrowie i szacunek do siebie.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Jest jedna malutka lodóweczka na próbki- siedzi tam klej i talerzyki do zbierania próbek z laboratorium, takie z pożywieniem dla bakterii. Ale nereczek kuoiliśmy 10kg, bo były tanie. Dlatego się nie zmieściły 😑
      Do pracy trzeba chociaż wstawać z neutralnym podejściem. Praca to i tak obowiązek, nie hobby, czasem wystarczy ją tolerować lub odrobinkę lubić.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s