Przemyślenia · Zdrowie psychiczne

Muzyka i emocje

Każdy z nas ma jakąś swoją ulubioną muzykę, która dodaje mu sił, motywuje, uspokaja, pozwala mu głębiej przeżyć jakieś emocje, które właśnie próbuje nazwać i zrozumieć. Muzyka może nam towarzyszyć przy domowych czynnościach, umilać nam czas, kiedy nam się nudzi, być świetnym dodatkiem w tle, lub uzupełniać nasze życie codzienne, film, trening. Chcę, żebyście pomyśleli przez chwilę, jaką rolę ta muzyka pełni w waszym życiu…

Ostatnio uparłam się, że będę próbować wykorzystywać czas, jaki spędzam ćwicząc, na słuchanie czegoś wartościowego na YouTubie- jakiś wykład, ciekawostki techniczne, podcasty w jednym z języków, których się uczę. Niestety okazało się, że pochłania to za dużo mojej uwagi i nie starcza jej na skupienie się na wykonywaniu poprawnie ćwiczeń fizycznych. Zaczęłam więc ponownie ćwiczyć w zupełnej ciszy, tak jak zawsze, ale zauważyłam, że jest to dosyć nudne i mam wtedy za dużo czasu, żeby rozmyślać nad tym, że już nie mam siły po raz trzydziesty podnieść tej cholernej nogi.

,,No to czemu nie puścisz sobie jakiejś muzyki?”- mój ukochany był bardzo zdziwiony, że przenigdy nie sięgam po słuchawki, kiedy ćwiczę, szczególnie, że on nigdy się z nimi nie rozstaje i chyba już na dobre przyrosły mu do głowy- ,,czy ty w ogóle czegokolwiek słuchasz?”. No właśnie, czy ja w ogóle czegokolwiek słucham?

Po krótkim rachunku sumienia wyszło mi, że nie, absolutnie niczego nigdy nie słucham. Muzyka w moim życiu jest zupełnie nieobecna. Nie włączam jej kiedy jadę autobusem/ pociągiem, nie włączam jej gdy robimy jakieś głupoty w pracy w laboratorium (zwykle współpracownicy coś włączają), ja nawet nie mam ani jednego utworu ściągniętego na telefon. Zero. Nigdy nic nie leci w tle, kiedy pracuję albo się uczę, bo koszmarnie mnie to rozprasza. Nigdy niczego nie słucham, kiedy czytam coś dla rozrywki na komputerze. Nie czuję potrzeby włączenia czegokolwiek, kiedy sprzątam w domu albo myję naczynia, albo żeby umilić sobie ciszę panującą w mieszkaniu. Wręcz przeciwnie- ja lubię tę bezpieczną ciszę i bycie sam na sam ze swoimi myślami bez zakłócającej muzyki w tle.

Co dziwniejsze, moja mama zawsze włączała radio: kiedy jadłyśmy posiłki, kiedy zmywała naczynia, kiedy siedziałyśmy w kuchni. Więc teoretycznie jestem przyzwyczajona do tego, że ta muzyka jest gdzieś tam w tle, zawsze. Poza tym, lubię tańczyć, a do tego muzyka jest raczej potrzebna : ). Jednak wtedy jej słuchanie ma jakiś cel- musimy mieć jakiś rytm, do którego można zatańczyć. Inaczej byłoby bez sensu. Pamiętam, że koleżanki w liceum wyrzucały mi, że jest coś ze mną nie tak, bo niczego nie słucham. Przy okazji uważały, że jest ze mną tym bardziej coś nie tak, bo nie dość że nic nie słucham, to jeszcze nie słucham jedynych właściwych utworów- czyli tych, które one lubiły :).

Prawda jest taka, że mam bardzo rzadko, może raz na pół roku, może raz na rok, taki zryw, kiedy włączam coś sobie, śpiewam (i są to wciąż te same piosenki, bo odkąd mama nie mieszka ze mną i nie włącza mi radia, to nie odkrywam nowych kawałków), po czym znowu zamykam się na resztę roku. Dlaczego? Bo jak sam tytuł tego posta głosi: muzyka jest nierozerwalnie związana z emocjami. A ja jakoś nie chcę ich czuć. Unikanie emocji negatywnych jest bardziej zrozumiałe. Jest wiele osób, które nie potrafią radzić sobie ze smutkiem, lękiem, złością, więc zamiatają to wszystko pod dywan, ignorują, udają, że te emocje nie istnieją i nie mają na nich wpływu. Nikt nie ekscytuje się na myśl o możliwości odczuwania negatywnych emocji- zdecydowanie wolimy je zagłuszać. Chociaż czasami pozwalają nam przeżyć swoiste oczyszczenie, mogą nas też do czegoś zmotywować, albo ich przerobienie może nas od nich w końcu uwolnić, bo zwyczajnie ,,oswoimy” ten stan. Ja również nie lubię tych negatywnych emocji, ale przyznam szczerze, że muzyki nie słucham również dlatego, żeby nie odczuwać emocji pozytywnych. Mając za wzór mojego tatę, który uwielbiał kontrolować się w każdej sekundzie swojego życia i nie pokazywać nic po sobie (bo chyba marzyła mu się praca szpiega w swojej straży granicznej), uważam pozytywne emocje za bardzo infantylne. One jakby nie przystoją dorosłym ludziom. Czuję, że odwracają moją uwagę od podążania w kierunku osiągnięcia celu i niepotrzebnie wprowadzają jakieś dziwne zaburzenia w moim postrzeganiu świata, usypiają moją czujność. Dla osób, które bez muzyki nie potrafią żyć (czytaj: większość normalnych ludzi), takie świadome odcięcie się od muzyki brzmi pewnie jak zwierzenia psychopaty. Obawiam się, że mogą mieć w sumie rację : )

Zaczęłam jednak słuchać tej muzyki podczas ćwiczeń, bo jeśli miało to sprawić, że dam radę ćwiczyć dłużej albo zrobić więcej powtórzeń, to było tego warte- muzyce został nadany cel. Zamiast być emocjonalnym rozpraszaczem, miała motywować mnie do ćwiczeń. Jednak każda muzyka ze słowami odpadła w przedbiegach- to się nie nadawało do treningów, bo potem denerwująco odgrywało mi się nadal w głowie w jakichś niespodziewanych momentach. I kończyłam z upartą pioseneczką wybrzmiewającą w głowie w pracy, w domu, na mieście- nie chciała się odczepić. Muzyka klasyczna była zbyt neutralna- jej obecność czy brak niewiele zmieniał (przepraszam pasjonatów muzyki klasycznej). Okazało się, że muszę wybrać coś tylko z melodią, ale wywołującego ,,nijakie” emocje- więc żadnego szczęśliwego wymachiwania nogą do rytmu, ale i żadnego przeżywania stanów depresyjnych czy furii od heavy metalu. I znalazłam- zaczęłam słuchać utworów, które są podkładem dźwiękowym pod moje ulubione anime (wiecie, te japońskie bajki rysunkowe). To jest jedyne, co daje mi motywację, bo łączę znajome dźwięki z historyjkami z anime- gdzie bohaterowie musieli się spiąć, przemóc i ruszyć tyłek, żeby coś osiągnąć, albo przezwyciężyć jakieś zagrożenie. Nie jest dla mnie nowością, że łatwiej się ćwiczy, kiedy się odwróci uwagę swojego umysłu od liczenia nieskończonych powtórzeń, ale nowością jest dla mnie, że można motywować się muzyką, która przypomina nam o niespecjalnie pozytywnych historyjkach i uzmysławia nam, że świat to nie jest bajka i trzeba się ogarnąć. Zawsze po tych sesjach z ćwiczeniami kończę z trochę negatywnym nastawieniem do świata, ale za to jestem tak piekielnie dumna z tego, że porządnie poćwiczyłam, że aż żal byłoby tę muzykę zmieniać na coś innego. Muzyki innych rodzajów i w innych momentach dnia codziennego nadal nie słucham. Nie mam w ogóle takiej potrzeby. Czasami nadal zdarza mi się zapomnieć włączyć ją do ćwiczeń, ale staram się wyrobić nawyk. Może powinnam się przebadać : )

A jak jest z muzyką u Was? Słuchacie, lubicie? Pomaga wam przejść przez trudne momenty, czy jest raczej tylko dla rozrywki i wypełnia nudną ciszę? A może regularnie motywuje was i dodaje sił?

33 myśli na temat “Muzyka i emocje

  1. Do ćwiczeń najlepiej wybrać coś energicznego 🙂 Polecam Alana Walkera. Ja muzyki słucham często, bo jest świetnym lekiem na chandrę. No, może nie licząc Disco Polo, bo gdy złyszę takiego Zenka Martyniuka to żyć się odechciewa 🙂

    Polubienie

    1. Haha, nasze sławne dicso polo- obecne na wszystkich moich szkolnych dyskotekach, a potem i na starszych imprezach, kiedy chcieliśmy pośmiać się sami z siebie. Ostatnio próbowałam wyjaśnić australijczykom, że mamy taki rodzaj muzyki jak disco polo i chyba nie do końca mi uwierzyli, że to prawda i takie coś może istnieć : )

      Polubienie

  2. ja i muzyka to dość obszerny temat, tak jednym zdaniem nie umiem… istnieją u mnie okoliczności, w których muzyka bywa nieodzowna, ale bywają takie, gdy jest zbędna, wręcz przeszkadza… przy ćwiczeniach (fizycznych) to już zależy od rodzaju ćwiczeń… gdy robię jakąś siłkę, czy też coś technicznego, to preferuję ciszę, żeby lepiej sie skupić na prawidłowym wykonaniu… ale gdy ćwiczenie jest upierdliwe, do tego musi potrwać, żeby miało sens, np. aeroby, to muzyka jak najbardziej, pomaga odciąć myślenie na temat upierdliwości tego ćwiczenia…
    odcinam też muzyką myślenie podczas podróży, bo współpasażerowie zwykle bywają nieciekawi, wiec zamykam się wtedy w swoim kokonie, ale z kolei gdy coś czytam w tym czasie, to odcinam muzykę, bo przy muzyce nie wiem, co czytam…
    za to na mieście bez słuchawek czuję się nagi, niczym sikh bez turbanu, czy pewna moja znajoma bez szpilek, to ma związek z tym, co wcześniej napisałem o podróży: ludzie na ulicy czy w komunikacji są nudni /pomijając fajne dupeczki rzecz jasna/… ale niekoniecznie wtedy słucham muzyki, nieraz przeplatam to sobie radiem „gadanym”…
    zapuszczam też sobie muzykę podczas niektórych prac, a gdy nie mam dostępu, możliwości, to sam sobie wtedy robię muzykę: podśpiewuję jakieś zapętlone frazy, takie tam mantry, coś w tym guście…
    osobna sprawa to muzyka w ramach osobnej sesji /w domu lub na koncercie/ w ramach higieny psychicznej, taki rodzaj biernej medytacji, kiedy się „po prostu” słucha i nic poza tym, tu fajnym dodatkiem bywa czasem pewne medyczne zioło, które podkręca wrażliwość na dżwięki, rytm, etc…
    muzyka i uprawianie miłości: kiedyś to był u mnie nierozłączny zestaw, ale swego czasu odkryłem, że w ciszy jest fajniej, jakoś tak pełniej, gdy się słucha i słyszy siebie nawzajem, rzecz jasna nie chodzi o gadanie, bo gadania w tym czasie nie lubię…
    tak ogólnie rzecz biorąc, to common na codzień miewam cykliczne fazy: przez kilka dni muzyka potrafi grać w domu a la longue, a potem nagle mam kilka dni muzykowstrętu i wtedy w ogóle nic nie słucham…

    kwestia emocji wygląda u mnie tak: jako że najchętniej słucham „hard & heavy” /ca 80%/, a jest to zwykle dynamiczna muza, to teoretycznie powinienem być wciąż nakręcony, tymczasem paradoksalnie często bywa odwrotnie: ostry kawałek potrafi mnie znakomicie uspokoić, wyciszyć, wyluzować…
    p.jzns 🙂

    Polubienie

    1. Bardzo skomplikowana ta relacja z muzyką- ma cechy zarówno hate-love relacji, jak i elementy terapeutyczne, pozwalające przetrwać nielubiane/ nudne czynności. Dziękuję za taki obszerny komentarz, bo szczerze powiedziawszy w strefie muzyki czuję się jak ten psychopata, któremu brakuje empatii, żeby wczuć się w sytuację innych i zrozumieć, jak to może być z muzyką u nich. Więc chętnie chłonę, jak odbierają ten cały muzyczny świat inni.
      Odniosę się chyba tylko do chodzenia w słuchawkach na mieście- bo w takiej sytuacji czułabym się raczej zagrożona. Zawsze patrzę na ludzi słuchających muzyki i chodzących po mieście i zastanawiam się, jakim cudem czują się bezpiecznie, wyłączając świadomie jeden z ważniejszych zmysłów ostrzegania. Jako osoba z kiepskim wzrokiem, nie umiałabym jeszcze dodatkowo pozbywać się kolejnego zmysłu przedzierając się przez betonową dżunglę.
      Muzyka i seks chyba odpada. Szybko by mi się popieprzyło, do którego rytmu mam się dopasować- do rytmu partnera, do muzyki, do któregoś instrumentu. Za dużo możliwości : )

      Polubienie

      1. czuć, to z pewnością czują się bezpiecznie na zasadzie: „skoro nie słyszę zagrożenia, to go nie ma”… pytanie, czy naprawdę są bezpieczni?… pamiętam, jak kiedyś pracowałem w pewnej firmie, gdzie w magazynie obowiązywał zakaz używania słuchawek, tłumaczono to wględami bezpieczeństwa… trudno powiedzieć, czy było od tego bezpieczniej, bo wypadki i tak się wcześniej prawie nie zdarzały, ale za to zapanował wściekły harmider, bo pracownicy znaleźli furtkę: każdy (prawie) nosił lub gdzieś sobie stawiał własny głośno grający sprzęt, a że każdy słuchał czegoś innego, to zrobiło się zarąbiście… zaakz używania tegoż sprzętu byłby eskalacją konfliktu w formie np. strajku, więc po pewnym czasie powrócono do stanu legalnych słuchawek…
        generalnie nie jest źle, ja też na rowerze jeżdżę ze słuchawkami i nie ma problemu, ale faktycznie, gdy ktoś ma słabszy wzrok i musi sobie to kompensować słuchem, to słuchawki mogą być słabym pomysłem zaiste…
        natomiast prawdziwy problem jest ze srajfonowymi zombie, które łażą właściwie po omacku… przeważnie kobiety i to wcale nie jest seksizm, tylko statystyczne spostrzeżenie… od słuchawek jeszcze nikt nie umarł, jednak srajfon to poważniejsza bajka…
        ale to już inny temat, na inną okazję…

        Polubienie

        1. Ha! Tak, też widzę te wpatrzone w telefony zombie, i o matko, to chyba faktycznie częściej przedstawicielki mojego gatunku. Co za wstyd : ) Jest to zdecydowanie niebezpieczne, bo wtedy wysiadają im już wszystkie zmysły, na czele ze zmysłem wzroku, a ten jest naszym nadrzędnym.
          U nas w pracy nie wolno słuchać niczego pzrez słuchawki, i uzasadniono to tym, że to ,,zaburza komunikację”. Nawet w laboratorium rzadko można czegoś posłuchać czy to z głośnika czy przez słuchawki, bo ,,to zaburza komunikację”. Ale prawda jest taka, że wielu moich operatorów przy maszynach/pakowaniu jest tak znudzona pracą, że bez tego rozpraszacza w postaci muzyki, zaczynają popadać w jakiś letarg i wtedy to dopiero mamy wypadki, bo ludzie jak w półśnie nie wiedzą, co robią.

          Polubienie

          1. pamiętam też z kolei, że w dziale serwisu słuchawki były sprzętem do pracy, bo serwisantki/ci manualnie robili jakieś czynności, a w tym czasie udzielali konsultacji dzwoniącym klientom… no, ale po dziale serwisu żaden wózek widłowy nie jeżdził, nic nikogo nie mogło rozjechać…

            Polubienie

  3. A wiesz, że ja też nie słucham muzyki? Kiedyś jak byłam nastolatką słuchałam rocka, bo każdy słuchał. Potem słuchałam reggae, bo naprawdę lubiłam i nawet chodziłam na jakieś koncerty. Ale wyrosłam z tego, bo mam wrażenie że teksty o jaraniu i miłości są trochę dla dzieciaków z liceum 😄 Potem przyszły studia, życie, praca, problemy i przestałam słuchać czegokolwiek. Mam kilka własnych płyt w domu np. Sanah, Linia Nocna, Marika, Dawid Podsiadło, czyli takie pioseneczki raczej nie wywołujące głębszej refleksji, ale ich nie słucham. Kupiłam chyba po to żeby wspierać młodych artystów 😄 Moje kilka płyt jednak toną w pokaźnej kolekcji męża, która liczy na pewno koło setki albumów. Muzyka w jego życiu jest na pewno na bardzo wysokim miejscu. Pamiętam jak kiedyś przyjaciel męża zapytał mnie czego ja właściwie słucham, a mnie zamurowało. Nie potrafiłam powiedzieć, że niczego bo przecież wyszłabym na dziwaka. Każdy czegoś słucha. Ja jednak wolę słuchać i czytać książki. A najlepiej takie, które mają mało wspólnego z rzeczywistością, żeby też nie obciążać zbytnio swojej głowy.

    Polubienie

    1. Haha, przybijam wirtualną piątkę. Też zawsze mam zagwostkę co odpowiedzieć, jak ludzie pytają mnie czego słucham. To niby takie standardowe pytanie jak ,,co robisz zawodowo, jakie masz hobby”, ale ja też nie mam im co odpowiedzieć gdy pada pytanie o muzykę.
      Odnoszę wrażenie, że książki nie o rzeczywistości też potrafia obciążać psychę, jeśli autor dobrze opisze jakieś rozterki bohaterów nawet i na Marsie, które pokrywają sie z naszymi ziemskimi problemami ; )

      Polubione przez 1 osoba

      1. pytanie „czego słuchasz?” kiedyś było standardowe, szczególnie wśród małolatów, bo otwierało wstępną furtkę komunikacyjną i odpowiedź z grubsza określała rozmówcę… ale obecnie to już tak nie działa, ktoś deklaruje że słucha reagge, metalu, klasyki, czy niczego i nadal nie wiadomo, kto to jest, taka deklaracja zawiera zero informacji… no, może za wyjątkiem disco polo, ale tu też się czasem można pomylić… znałem kiedyś osobę słuchającą discopolo, która wcale nie była debilką, tylko raczej ekscentryczką, która tak właśnie kontestowała szufladkowanie discopolowców 🙂

        Polubione przez 1 osoba

  4. Muzyka była ze mną od zawsze. Rodzice mawiali: „chodź zawsze tam gdzie śpiewają, źli ludzie pieśni nie znają”. Śpiewałam, tańczyłam, występowałam 🙂
    Potem, już zabiegana i zapracowana, za stałe towarzystwo, jak się tylko dało, miałam Radio Zet lub walkmena. A jeszcze potem, w czarnej godzinie (mojego) rozwodu, poznałam na czacie młodego chłopaka, który podsyłał mi „perełki”. A teraz mam czas Wielkiej Ciszy. Ani jednego zbędnego bodźca więcej nie jestem w stanie przyjąć. A jeśli już już zaczynam znowu nucić…ta suka, moja synowa, składa kolejny pozew i koniec pieśni 🙂 😦

    Polubienie

    1. Czy płynie z tego wniosek, że to nie muzyka sprawia, że jesteśmy bardziej zadowoleni, a wręcz przeciwnie- najpierw trzeba być zadowolonym, żeby zaakceptować swoje emocje i wpuścić muzykę do swojego życia? Takie zaczynam mieć wrażenie, bo sama unikam muzyki z tego właśnie powodu- już mam wystarczająco wkurzająco wylewających się ze mnie emocji, żeby jeszcze to dopychać muzyką.
      Czy synowej nie skończą się w końcu pieniądze na prawników? Ile można? Strasznie nie lubię, jak w rodzinie trafi się dosłownie jedna osoba, która zatruwa życie całej reszcie. Jedna głupia osoba, a pół rodziny jest ,,dzięki niej” upierdzielone!

      Polubienie

  5. Słucham swoich ulubionych utworów czasami, kiedy mnie najdzie. Słucham radia przy obieraniu ziemniaków i gotowaniu – cichutko tylko. Szansa na sukces u Kurskiego i jak to melodia też – wiem jestem zdrajcą, że wchodzę na te programy, ale od polityki czasami trzeba się oderwać.

    Polubienie

  6. Lubię muzykę i nie mam konkretnego gatunku, który przedkładam nad inne…wszystko zależy od nastroju. Szczerze mówiąc kiedyś słuchałem bardzo dużo…ostatnio jednak szum rzeki w oddali wypełnia moje potrzeby…jutro wszystko może się zmienić..

    Polubienie

  7. Chciałem napisać, że lubię każdą muzykę, gdy pojawia się ona w odpowiednim miejscu i czasie, ale widzę, że to już wcześniej napisał „widzianezekwadoru”. Dlatego „trawię” zarówno Zenka jak i Mozarta. Oczywiście, że mam swoją ulubioną muzykę, ale nie mam już na to czasu. 😉

    Polubienie

    1. Nie ma na to czasu? Oh nie, nie mówcie mi, że okres życia, w którym posiadamy dzieci i mamy kredyty to nie jedyny okres życia, w którym brakuje czasu 😑
      Prawdopodobnie z muzyką jest jak z jedzeniem- potrzebne nam są różne rodzaje.

      Polubienie

      1. Zabrakło mi precyzyjności w określeniu „nie mam czasu”. Bo w rzeczywistości miałem na myśli to, że – poza filharmonią i koncertami – nie zakładam planowego odrywania się od domowych zajęć dla wyizolowanego słuchania muzyki. Ale muzyka atakuje! I często jest tak, że wirtuozerskie wykonanie powala nas na kolana.
        W latach młodości grałem na klawiszach i gitarze, ale pozostał tylko taniec (7 lat „eksploatowania się” 😉 ), który w połączeniu z muzyką jest bronią masowego rażenia.
        Muzyka relaksacyjna? Oczywiście tak!

        Polubienie

  8. Przerazaja mnie informacje o tym na co dobra jest muzyka – na demencje,na otylosc, na anoreksje, na zasniecie, na przebudzenie.
    Z tego powodu, ilekroc wlacze muzyke, mam jakies poczucie winy ,ze moze kradne cos komus bardziej potrzebujacemu.
    Inna sprawa, ze slucham ostatnio mniej. Winne jest oczywiscie google i szukania szczescia w internecie.
    Muzyka w moim przypadku oznacza glownie muzyke klasyczna. Slucham jej wylacznie dla przyjemnosci sluchania. Slucham Czesto muzyki w radio gdyz to. szansa znalezienia czegoqqs nowego, niestety w radio coraz wiecej gadania. Jesli nie radio, to staromodnyCD.

    Polubienie

    1. Muzyki na szczęście nie trzeba dzielić niczym ciasta, żeby każdy mógł się nią nacieszyć- rozumiem, że bilet do filharmonii to może być odbieranie miejsca komuś, ale na szczęście jest radio, Internet i inne środki przekazu, które mnożą muzykę między ludzi zamiast ją dzielić.
      Pamiętam jak kiedyś włączyliśmy z chłopakiem radiostację z muzyką klasyczną i nie było tam ani słowa od prowadzącego pomiędzy utworami. Dlatego jestem bardzo zdziwiona, i smutna, że radiostacje z muzyką klasyczną też dopadło to bezsensowne gadanie prowadzących…

      Polubienie

  9. Muzyka towarzyszyła mi od zawsze, to znaczy od czasów, które jeszcze pamiętam. Choć prawie zawsze z umiarem (wyjątek przełom lat 60-tych i 70-tych – blues i blues&rock). Do prawdziwej fascynacji wróciłem na starość, ale ona jest skierowana na muzykę poważną. Niemniej za najwspanialszą muzykę uważam ciszę…

    Polubienie

  10. Taa, ja też odsunęłam muzykę na bok, do tego stopnia, że w jednej z moich prac (w której mogę) noszę słuchawki wygłuszające, bo inni jakoś potrzebują muzyki i tych nieznośnych reklam.
    W drugiej niestety jestem skazana na muzykę, która często nie pasuje mi całkowicie, ale nie ma możliwości wyłączenia się od słuchania. I potem te doliny, niespełnienia i potrzeby ludzkie się czepiają, po co mi one?

    Polubienie

    1. Najgorzej jak każdy słucha czego innego i z tej całej muzyki robi się istna sieczka.
      Uwielbiam te wygłaszające słuchawki- szczególnie, że przy większości modeli nadal słychać samego siebie, jak się coś mówi do siebie pod wąsem, za to nie słychać wszystkich tych dźwięków na około ☺

      Polubienie

  11. Właśnie mi uświadomiłaś, że ja też nie słucham muzyki! Ale nie dlatego, że nie lubię tylko chyba… ze starości. Nie chce mi się jej włączać, a nawet jeśli – to za chwilę zapominam, że miałam 😂 To na pewno ten wiek, bo kiedyś słuchałam bardzo dużo, i to nie tylko MJ ale wiele różnych stylów. Teraz jesli słucham to dzięki Tamaludze, bo gdy jej się spodoba utwór to prosi mnie żebym go dla niej znalazła. Potrafi mi zanucić ze słuchu, a jest w tym naprawdę dobra jak na swój wiek. Może geny? Ja dobrze śpiewam, mój ojciec ma muzyczne wykształcenie, a mama śpiewała w operze, także… Ale wracając. Tomek jest jak twoja mama, też musi czegoś słuchać podczas różnych czynności. Kurczę, muszę się poprawić 🙂 Jakoś ta cisza tak na dobre u mnie zagościła, bo wiesz, Tamaludze nie zamyka się buzia, więc gdy jest w przedszkolu nie włączam nawet tv. 😂

    Polubienie

    1. Haha, czyli sporo ludzi nic nie słucha. Ok, to mnie trochę uspokaja, że wszystko ze mną w porządku.
      Nie, to chyba nie ze starości tylko z zabiegania. Albo z przebodźcowania- za dużo gadania małego domownika 😃 Tak, to zdecydowanie może być to. Zresztą, nie ma co słuchać komercyjnych piosenek, skoro masz w domu lepszą piosenkarkę!

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s