Z życia wzięte · Zdrowie psychiczne

Uczuleni na życie

Pozytywny post będzie za tydzień- dzisiaj będzie negatywnie. I długo.

Stałam kiedyś na przystanku, czekając na tramwaj. Było bardzo wcześnie rano i mimo, że było to duże miasto, na przystanku była tylko młoda matka z córką, może 5 latek. Dziecko hiperaktywne jak każde dziecko, biegało w kółko, macając wszystkie poręcze dookoła i jedząc jabłko. Matka, pewnie jak każda kobieta, zmęczona opieką nad nieposłusznym dzieciakiem uznała, że zrobi użytek z mojej obecności na przystanku. ,,Julka, przestań tak wszystko dotykać i jeść brudnymi rękami. Widzisz, ta pani też nie umyła rączek przed jedzeniem i teraz ma taką brzydką buzię”. Dziecko chyba nie uwierzyło, albo może miałam za grubą warstwę makijażu? Z matką nawet nie dyskutowałam, skupiłam się na tym, żeby myślami ściągnąć tramwaj na przystanek i odjechać jak najszybciej.

Pamiętam, jak kiedyś na uczelni mieliśmy profesora, który zawsze bez ogródek mówił, co sądzi o całym świecie. Bardzo często zgadzałam się z jego opiniami, bo mówił do rzeczy i było to poparte faktami. Poza tym porządnie też uczył- zamiast teoretycznych dyrdymałów, mieliśmy zastosowanie zasad w praktyce. Ten sam profesor zapoczątkował moje dwunastoletnie eksperymenty na sobie- z dietą, kosmetykami, głodówkami, ziołami, tysiącem suplementów, oddechem, kwasami i innymi mniej przyjaznymi substancjami- wystarczyło, że powiedział mi ,,ty to musisz być naprawdę durnym chemikiem, skoro nie potrafisz dojść do tego, po jakich substancjach pogarsza ci się skóra i nie umiesz nad tym zapanować”. Uwierzyłam mu od razu, chociaż z drugiej strony dopiero po pięciu latach zaczęłam się zastanawiać, dlaczego w takim razie lekarze też są tacy durni, że mimo kolejnych wyników moich badań i ich lat doświadczenia, nie mogą nic sensownego mi zaproponować.

Pamiętam też, że wracałam kiedyś od dermatologa z mamą, co niestety wymagało pójścia tam i z powrotem bez makijażu. Nigdy nie rozumiałam, czemu muszę iść tam bez tony tapety na twarzy, skoro po trzysekundowym rzucie okiem na moją cerę, absolutnie każdy lekarz i tak przepisywał wszystkim to samo. Tak czy siak, spotkałyśmy mojego dziadka na osiedlu- był on niezwykle zdziwiony moim stanem cery i zapytał ,,boże, co ci się stało?!”. Podejrzewam, że przenigdy nie widział mnie jeszcze bez makijażu. Babcia i mama bardzo długo maltretowały potem dziadka, że jak on mógł tak powiedzieć, przecież nic nawet nie widać! Biedny dziadek, że musiał wysłuchiwać ich gderania… To był raczej dzień, w którym absolutnie przestałam wierzyć głupim dorosłym, którzy wiecznie powtarzali mi, że ,,przecież nikt nawet nie zwraca na to uwagi”. Nie było w tym żadnej winy dziadka, że on zauważył.

Trądzik, który moim zdaniem powienien dostać bardziej dosadną nazwę, nazwijmy go więc trądem, to niestety zbyt poważne schorzenie, żeby normalnie funkcjonować w społeczeństwie, a z drugiej strony (tym bardziej niestety) jest to za mało poważne, żeby na to umrzeć i mieć spokój. Mimo zaawansowanej medycyny nadal nie wiemy jak leczyć choroby przewlekłe. Nieszczęśników z trądem katujemy maściami, suplementami i innymi duperelami. Potem proponujemy im antykoncepcję i antybiotyk (jadłam przez rok, w sumie to był najlepszy rok mojego życia, chociaż jelita miały o tym inne zdanie). Potem wyciągamy izotretynoinę (też jadłam, zaczęłam mieć koszmarną chorobę lokomocyjną nawet na prostej drodze, rozrywające bóle przy okresie zakończone omdleniami, a także pogarszającą się kondycję jelit- lekarz poinformował mnie, żebym się popukała w czoło, bo ten lek nie powoduje takich skutków ubocznych, cóż, pięć lat później został wycofany ze sprzedaży w USA właśnie z powodu rozwalania pacjentom jelit i wywoływania depresji, wrócił później pod postacią innego preparatu).

Tytuł dzisiejszego posta- uczuleni na życie- obrazuje moje rozumienie trądu. Przez piętnaście lat każdego dnia zastanawiam się, dlaczego moja cera wariuje, kiedy inni są zdrowi. Codziennie zaczynam i kończę dzień w ten sam sposób- czy dzisiaj jest gorzej, bo zjadłam za dużo ziemniaków, czy dlatego że wypiłam szklankę wody godzinę za późno, może wypiłam ją za wcześnie i rozcieńczyłam soki żołądkowe, może za krótko się sztucznie uśmiechałam, czy to dlatego, że dzisiaj przestraszyłam się tego psa na zakręcie i wyrzut kortyzolu coś zepsuł, może za bardzo spieszyłam się na autobus i źle oddychałam, może źle o sobie pomyślałam, a co jeśli to za mała porcja cynku i witamin, które dzisiaj wzięłam, albo… i tak w kółko. Codziennie roztrząsam tysiące możliwych przyczyn, patrząc na zdrowe koleżanki pochłaniające trzeciego Snikersa tego dnia. A ja się zastanawiam, czy mogę dzisiaj zjeść dwa ziemniaki, bo może węglowodany mi nie służą, a może wysoki indeks glikemiczny, a może powinnam zjeść te ziemniaki i kotleta osobno? Nienawidzę jedzenia. Moja cera była najlepsza, kiedy nie jadłam nic przez cztery dni- wyczyściła się perfekcyjnie, ale na piąty dzień zemdlałam z głodu i niestety trzeba było z powrotem zacząć jeść. Dziennie jem dwa posiłki- oba traktuję jako karę boską i nawet nie zwracam uwagi na to, co jest na talerzu, bo wolałabym, żeby był pusty.

Najbardziej uwielbiam, jak ludzie mówili, że ,,oj przestań dramatyzować, jak będziesz mieć 20 lat, to ci przejdzie”. Po pierwsze- nie przeszło, po drugie- po tylu latach skóra jest w takim stanie, że nawet jak ,,se przejdzie”, to nie ma co zbierać. Z psychiki też nie ma co już zbierać. Lubię też teksty ,,przecież nic nie widać”- nie raz czytam doniesienia z jakichś badań, że osoby z brzydką skórą mają mniejsze szanse na dostanie pracy, bo ich niedoskonałości po prostu rozpraszają uwagę rekruterów, którzy nie pamiętają, co mówił kandydat, bo podświadomie studiowali ich paskudny wygląd (artykuł był po angielsku, więc nie będę podlinkowywać). Zresztą ja sama gorzej traktuję ludzi brzydszych- brzydkim mniej można wybaczyć- skoro już źle wyglądają, to przydałoby się, żeby nie mieli innych wad czy grzechów, bo powinni nadrobić jakoś braki w urodzie. Ciekawe były też twierdzenia- ,,to szoruj twarz częściej” (przeszłam już wszystkie opcje- szorowanie co 5 minut, nie mycie w ogóle, mycie olejami, zalewanie twarzy czystym alkoholem, mycie mąką migdałową- to akurat było całkiem całkiem, przyklejanie plasterków czosnku na krosty aż do momentu, kiedy czosnek przepalał wszystko aż do skóry właściwej i nie dało się tego nawet zamalować). Uwielbiam też teksty ,,przecież medycyna daje tyle możliwości, jakim cudem nie możesz nic z tym zrobić” (nie no, mogę jeść antybiotyki latami, z przerwami, mogę faszerować się antykoncepcją i przy okazji rozwalać sobie żyły, mogę jeść tę izotretynoinę i wrócić do tych świetnych skutków ubocznych. Medycyna najczęściej rozkłada ręce i zalecza tylko skutki, bo nie potrafi dojść do przyczyn- a ciało jasno daje mi do zrozumienia, że z czymś sobie nie radzi). I chyba najbardziej lubię ,,to przez makijaż”- pandemia sprawiła, że nie uciekam się do makijażu już drugi rok z rzędu, a cera nadal jest bez zmian. Ktoś może stwierdzić, że maseczka pewnie pograsza sytuację, dlatego nie widać zbawiennego wpływu braku makijażu. Ale prawdą jest, że zawsze najgorszą skórę mam na weekendy, kiedy się nie maluję i za każdym razem kiedy patrzę na siebie w lustrze, bombarduję się coraz to gorszą energią i epitetami. Wtedy skóra tym bardziej pokazuje mi, na co ją ,,stać”.

Wreszcie trafiłam na setnego lekarza, który w końcu stwierdził, że zamiast walić na ślepo leki, może warto zrobić badania. Okazało się, że mam poziom prolaktyny trzy razy większy niż maksymalne dopuszczalne stężenie. I za wysoki kortyzol. Poziom hormonu stresu wyrąbany w kosmos wcale mnie nie dziwi, ale skąd taka wysoka prolaktyna- nikt nie wie. Lekarz oczywiście zamiast szukać, przepisał mi…dokładnie ten sam antybiotyk i izotertynoinę co poprzedni lekarze. W Australii dostałam skierowanie na skan jajników- nigdy tam nie dotarłam, bo żeby tam pójść muszę zrobić testy na koronę, a nasze kliniki z wymazami pracują sobie 4 godzinki dziennie i zwijają interes, a wyniki przychodzą po czterech dniach (test musi być sprzed dwóch dni, żeby wpuścili mnie do ginekologa). Poza tym, wątpię, żeby ten skan coś pomógł, bo jeśli wyjdzie, że coś jest nie tak, to też zacznie się tylko głupkowate zaleczanie skutków, bo z policystycznymi jajnikami lekarze też nie wiedzą, co robić i skąd się wzięły.

Czemu o tym mówię- żeby trochę ponarzekać na lekarzy, którzy są moim zdaniem bardzo niekompetentni. I żeby udowodnić, że prawdopodobnie osoby z trądzikiem powinniśmy wyłapywać i na siłę leczyć, czy im się to podoba czy nie. To samo robimy z obecną pandemią- uszczęśliwiamy wszystkich na siłę i zmuszamy do szczepień dla dobra ogółu. Wydaje mi się, że to samo powinniśmy zrobić z trędowatymi- wyleczyć ich na siłę. Zanim takie osoby przekształcą się w źle funkcjonujące jednostki w społeczeństwie jak ja – ze względu na swoje zniszczone poczucie własnej wartości, lęki, depresje, samonienawiść, nienawiść do całego świata, brak zaufania do innych, zgorzknienie i wszechogarniający żal. Ja nie mam siły łazić po lekarzach, poza tym, wydaje mi się, że może za rok zdecyduję się na pierwsze dziecko i wolałabym, żeby mój organizm nie był świeżo po inwazyjnej kuracji truciznami zanim zajdę w tę ciążę ( o ile ta ciąża mi się uda, bo niestety prolaktyna blokuje takie rzeczy- jest to hormon wytwarzany w dużych ilościach, kiedy kobiety karmią piersią, i blokuje on możliwość ponownego zajścia w ciążę). Ogromnie żałuję, że w liceum spanikowałam z tą izotretynoiną i nie zjadłam odpowiednio dużej dawki. Może trzeba było jeść ją dwa lata, a nie tylko rok. Może wtedy by podziałała. Nie wybaczę sobie tego błędu póki się nie wyleczę.

Tak przy okazji tej prolaktyny, jako że jest to źródło moich problemów, to widzę w niej wroga, mimo że hormon sam w sobie na pewno jest potrzebny, ale nie w takich ilościach, w jakich występuje u mnie. Niemniej jednak, zastanawiam się, czy depresja poporodowa nie jest spowodowana właśnie zwiększoną prolaktyną u kobiet? Kiedy czytałam o objawach (psychicznych) zbyt wysokiej prolaktyny u ludzi, to natknęłam się na opinię, że powoduje ona stany lękowe, zerowe libido, niestabilność emocjonalną, obniżenie nastroju, drażliwość i rozchwianie emocjonalne. Wypisz, wymaluj identyfikuję się z absolutnie każdym z tych objawów jeśli chodzi o psychikę (i z żadnym z objawów fizycznych, co sprawia, że lekarze nigdy mi nie wierzą, póki nie zobaczą moich badań krwi). Ale wracając do tych kobiet w ciąży i po ciąży- czy to dlatego jesteśmy tak dziwne w tym czasie, bo prolaktyna przejmuje nad nami kontrolę? Trochę to przerażające. O dziwo prolaktyna jest antagonistą dopaminy- więc kiedy mamy dużo hormonu szczęścia, to prolaktyna się obniża- więc można albo być w ciąży i karmić, albo być szczęśliwym? Tu już pewnie przeginam z teoriami. Ale obniżenie prolaktyny dzieki zwiększeniu hormonu szczęścia wyjaśnia, dlaczego w dni, kiedy sztucznie się uśmiecham i oszukuję ciało, żeby produkowało więcej dopaminy, moje problemy z cerą są delikatnie mniejsze. Delikatnie.

Tylko błagam, nie piszcie mi, że trądzik wynika z braku akceptacji siebie i wystarczy, że zacznę siebie lubić, a problemy magicznie znikną. Tego też próbowałam i nie jest to wykonalne- mam prawie 30 lat, pierwszych czterech lat życia nie pamiętam, jak każdy człowiek, od 12-stego roku życia mam trąd. Z prostego wyliczenia wynika, że ponad 65% mojego życia, jakie pamiętam, to życie z trądem i każdego dnia ta ilość wzrasta. Nie pamiętam już nic innego. Dla mojego organizmu i psychiki bycie ,,w normie” jest nienaturalne. Mój trąd dochodzi do takiego poziomu, że często wokół pryszczy mam nie tyle czerwony stan zapalny, co fioletowo-zielonego siniaka, bo zmiany są tak głęboko w skórze. Nie mówiąc o tym, że często sypiam na plecach lub z dziwnie wykręconą szyją, bo moich przeoranych policzków nie da się położyć na poduszce- czasem bolą za bardzo, by leżeć na poduszce. Takiego czegoś nie da się wyleczyć ,,radosną samoakceptacją”. Musiałabym najpierw zobaczyć skutki leczenia farmakologicznego, żeby zacząć wierzyć, że mogę zdziałać coś na polu mojej psychiki. Poza tym, już tyle zmieniałam w życiu- diety, leki, kosmetyki, cackanie się nad sobą, a skóra nic- więc teraz uważam, że ona nie zasługuje na moje zainteresowanie. Lekarz rodzinny pociesza mnie, że takie ułomne hormony czasami same naprostowują się po pierwszym dziecku- nie wiadomo dlaczego. Cóż, byłoby fajnie- oby nie skończyło się tak samo jak z ,,jak będziesz mieć 20 lat, to samo ci przejdzie”. Żałuję, że mama nie wyleczyła mnie na siłę, kiedy był na to czas. Żałuję, że uwierzyłam jej, że nie ma co sięgać po takie silne leki, bo nie daj boże rozwalę coś innego lecząc skórę. Prawda jest taka, że rozwaliłam połowę swojego zdrowia i praktycznie całą psychikę, nie lecząc tej skóry. Więc jeśli macie dzieci/ znajomych/ partnerów z trądzikiem, leczcie ich na siłę- oni po prostu nie mają siły uprawiać pielgrzymek po lekarzach i boją się skutków ubocznych leków, które muszą latami jeść. Teraz wydaje mi się, że wolałabym poświęcić wszystkie organy wewnętrzne, żeby mieć normalną skórę. Bo podsumowując: i tak zniszczyłam zdrowie i psychikę wiecznym stresem, więc na jedno by wyszło…

30 myśli na temat “Uczuleni na życie

  1. Miałem podobny problem, bo przez kilkadziesiąt lat dorywczo zajmowałem się m.in. lutowaniem. Objawy podobne do ołowicy próbowałem leczyć farmakologią, antyalergenami, miejscowymi środkami, zmieniałem biorytmy dnia, dietę, czas odpoczynku i regeneracji, psychoterapię, itd., itp., … wszystko na nic. Uciążliwe objawy, podobne do astmy, jednak nie ustępowały. I dopiero w rozmowie ze starym emerytowanym lekarzem uznaliśmy, że nie można jednych środków zamieniać innymi, bo być może muszą działać wspólnie, ale w znacznie mniejszych dawkach. I to była ta dobra diagnoza i recepta.

    Polubienie

    1. Cieszę się, że nareszcie diagnoza i leczenie były trafione. Mogę sobie tylko wyobrazić jaka to ulga nareszcie trafić w dziesiątkę.
      Mam wrażenie, że starsi lekarze są często lepsi, mimo że uczyli się tak dawno temu i ich szkolna wiedza jest zupełnie przestarzała. Chyba nadrabiają doświadczeniem, ale również mają jedną przewagę nad młodymi lekarzami- ich od początku nauczono, że człowiek to jeden wielki organizm. Młodzi lekarze często traktują ciało jako tło i leczą tylko ten mały palec lewej ręki, na którym robili specjalizację 🤣

      Polubienie

  2. Co prawda moje problemy są inne ale podobnie jak w Twoim przypadku tradycyjna medycyna jedynie miotała się wokół tych samych diagnoz, które niewiele pomagały. W Ekwadorze odwiedziłem homeopatę i ten podszedł do tego od strony przyczyn. Przedstawił plan działania i…..pomogło. Teraz chodzę do ajurwedyków. Jakoś tradycyjna medycyna do mnie przestała przemawiać. Może właśnie spróbujesz kogoś alternatywnego. Taka tylko idea.

    Polubienie

    1. Nie byłam u wielu, to prawda i szczerze powiedziawszy, jak pandemia trochę wyhamuje, to zacznę się szwendać do Sydney w poszukiwaniu jakichś geniuszy medycyny wschodniej. W Polsce zaliczyłam już homeopatę, nawet bioenergoterapeutę, gościa czytającego choroby z tęczówki oka, babkę od ziółek. Czasem mi się wydaje, że powinnam po prostu zapisać się na masaże albo akupunkturę, żeby się zrelaksować i to by chyba wystarczyło 🙂

      Polubione przez 1 osoba

  3. Opowiem swoją historię. Na nogach zaczęły mi się pojawiać takie bardzo swędzące koła. Na udach i niżej. Poszłam do lekarza i dostałam tabletki i maść. Guzik mi to pomagało, a swędzenie było bardzo dokuczliwe. Zaczęłam się myć szamponem Head & Shoulders i wyobraź sobie, że od dwóch lat mam spokój! Gdzieś jest lek i dla Ciebie!

    Polubienie

    1. Ale czad- nie wpadłabym na mycie szamponem, dobre. Ja wiem, że organizm człowieka jest mega skomplikowany i ciężko ogarnąć te wszystkie zależności, ale i tak często się zastanawiam, czego się ci lekarze uczą na tych studiach, że umieją przepisać tylko paracetamol i antybiotyk na wszystko 🤔

      Polubione przez 1 osoba

  4. Znam osobę której pomogła Autohemoterapia. Nie wiem czy próbowałaś… pewnie tak.
    Osobiście znałam niejedną osobę z problemami skórnymi i to głupio i banalnie zabrzmi, ale mi to u nich nie przeszkadzało.

    Polubienie

    1. Ah, to ostrzykiwanie własną krwią- nie, na tym jeszcze nie byłam. Dużo osób zachwala, może faktycznie spróbuję.
      Czasami ze skórą nawet nie jest istotne, czy ludzie wokół to zauważają i komentują czy nie. Myślę, że ważniejsze jest, że nie ważne jak inni świadomie starają się nie zwracać uwagi (albo naprawdę nie zwracają), ale na poziomie podświadomym i tak wszyscy lubimy tych, którzy wyglądają zdrowo- to ewolucja. Chory ma lustro w domu i wie, że źle wygląda we własnych oczach. Ja dodatkowo mam poczucie okropnego żalu ze względu na brak kontroli- chyba właśnie brak siły sprawczej nad tym, jak wygląda moja cera jest taki męczący- zmieniasz, testujesz, cudujesz, a skóra i tak pokazuje ci środkowego palca. Tak, bezsilność bardziej działa mi na nerwy niż jakiekolwiek komentarze.

      Polubienie

      1. Oj, nie tylko skóra potrafi pokazywać środkowy palec, są i inne dziedziny życia których za żadne skarby nie możemy zmienić. U mnie na przykład jest to praca, nie mogę się nijak przebranżowić, bo mnie wciąż ściąga to samo…

        Polubione przez 1 osoba

  5. Sam nie mam dobrych doświadczeń z lekarzami do tego stopnia że wolę żyć z uszkodzonym mięśniem niż kolejny raz przechodzić pielgrzymki od gabinetu do gabinetu i tracić nerwy. Ty miałaś więcej cierpliwości i samozaparcia by coś zrobić z problemem jaki Ci dokuczał, ja już się oswoiłem z tym że ręka czasem pobolewa.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Właśnie ta niekończąca się wędrówka od lekarza do lekarza jest najgorsza (zresztą, msuzę się ekstra urywać z pracy, żeby iść do lekarza, kto ma na to czas?).
      Szczerze powiedziawszy, nadal nie rozwiązałam mojego problemu z cerą- jest nadal taka sama, a ja po porażce z zapisaniem się do ginekologa, bo trzeba iść na koronatesty, stwierdziłam, że trzeba to łażenie po lekarzach zapauzować, bo do niczego mnie nie zaprowadzi…

      Polubienie

  6. Trądzik…istne cholerstwo…też długo uprzykrzał mi życie. Nie działało nic. W pewnym momencie zniknął. Hurra – chciało by się rzec. Jednak wystarczyło w pandemii założyć kaganiec, by wrócił w jeszcze gorszej postaci… Wk***łam się i za przeproszeniem – wypier**łam maski. Znowu jest ciut lepiej 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. Ah, maseczka, od tego dziadostwa mam teraz już nie tylko zaatakowaną mordę, ale również mój ,,drugi podbródek”, bo maseczka się tam wiecznie szura i wkurza moją skórę. Dodatkowo jeżdżę rowerem, z maseczką, więc całe to wilgotne środowisko jest idealne na kolejną katastrofę.

      Polubione przez 1 osoba

  7. Znam dziewczynę borykającą się z wypryskami, kiedy poszła do dermatologa, orzekł, by iść do gastrologa. Ten stwierdził nietolerancję mleka i pochodnych, więc wykluczył sery, jogurty, masło, śmietanę. Na początku chodziła z lupą po sklepach, bo każda odrobina mleka była widoczna na twarzy, nawet z drożdżówki. Teraz już wie, że wiele rzeczy jeść nie może, w tym większość słodkości.
    Życzę trafnej diagnozy, 🙂
    Serdeczności

    Polubienie

  8. pieprzę ten Twój cały trąd z zikiem, chodźmy na piwo, czy na coś tam innego, po prostu fajnie sobie pogadać, pośmiać się, powygłupiać i w ogóle…
    p.jzns 🙂

    Polubienie

      1. co do głównego tematu, to jestem raczej niekompetentny…
        kiedyś słyszałem o cudownych właściościach mydła siarkowego, ale taki „rad cioci Kloci” to pewnie słyszałaś mnóstwo…
        sam za to mam trądzik, ale różowaty, mało problemowy zresztą, niewiele go widać, ale inny lekarz ma teorię, że to odmrożenie… jako że mam odmrożone dłonie i akurat wiem, dlaczego tak się stało, to jestem przy tej drugiej teorii, ale że upierdliwość tego wszystkiego jest minimalna, tedy nic z tym nie robię, bo ponoć i tak niczego to nie zmieni… tak więc kaliber mojej przypadłóści, to jak pistolet na wodę przy Twojej armacie…

        Polubienie

        1. Z różowatym walczyła moja mama, i mimo że było to na podłożu alergicznym, to pomogło jej smarowanie twarzy iwermektyną na pasożyty. Widać, że lekarze sami nie wiedzą, jakie sekrety jeszcze skrywa ludzki organizm. Jak ktoś jest niestandardowym przypadkiem, to ciężko coś sensownego dla niego wymyślić 🤣

          Polubienie

  9. Strasznie Ci współczuję takiego problemu, zdecydowanie wiem co czujesz i jak takie z pozoru mało istotne kwestie wpływają na poczcie własnej wartości. Ja całą szkołę podstawową i gimnazjum miałam trądzik, tłuste włosy, aparat na zębach i w dodatku matka ubierała mnie jak chłopca. Tego co wtedy przeżyłam ze strony rówieśników nawet nie da się opisać. I cóż że te problemy znikły wraz z końcem okresu dojrzewania… Do dziś moje poczucie własnej wartości jest w strzępkach. Kompletnie nie wierzę w siebie i nie potrafię nawiązać silnych więzi z innymi ludźmi. Mam nadzieję, że lekarze mają rację i urodzenie dziecka coś zmieni. Uwierz, że to taki armagedon dla organizmu, że jestem w stanie dać temu wiarę. Po ciąży i porodzie ciało się zmienia całkowicie, a organizm działa jakby innym rytmem.

    Polubienie

    1. Hah, ten armagedon nie brzmi zbyt zachęcająco, ale i tak chyba ku niemu zmierzam, więc zobaczymy. Mama miała rację, kiedy modliła się, żebym urodziła się facetem, ale coś jej nie wyszło i teraz muszę się z tym bujać. No nic, może faktycznie przejdzie, wtedy sprawdzę czy jest za późno dla tej psychiki czy nie.

      Polubione przez 1 osoba

      1. Oj uwierz, że ciąża, poród i pierwsze chwile po nim nie mają nic wspólnego z cudownym stanem jak próbuje nam się wmawiać w serialach 😄 Dlatego cieszę się, że mam syna i nie będzie musiał przez to przechodzić 😄

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s