Szkoła

W-f w szkole

Każdego roku coraz mniej i mniej wierzę w to, że polską edukację da się jakoś odratować. Szkoła była już beznadziejna, kiedy ja do niej uczęszczałam, skupiając się głównie na nauczaniu teorii, zapamiętywaniu formułek i nie łączeniu ich nigdy z wiedzą praktyczną czy jakimikolwiek zastosowaniami w realnym życiu- żadnych eksperymentów na lekcjach chemii czy fizyki, prawie żadnego rozmawiania w obcych językach na lekcjach itd. Mam wrażenie, że przedmioty ścisłe i języki obce wymagałyby zbyt wielu zmian, żeby naprawić ten beznadziejny system, jednak widzę potencjał w lekcjach wychowania fizycznego. Szczególnie, kiedy obserwuję koleżanki z moich dawnych klas liceum czy gimnazjum, które poszły na Akademię Wychowania Fizycznego i na prawdę nauczyły się tam czegoś wartościowego, co warto byłoby wprowadzić do szkół, szczególnie, że za w-f em raczej nikt nie przepadał- mówię tu głównie o dziewczynach, bo chłopcy mieli raczej dosyć dobrą zabawę.

Uważam, że byłam dosyć dobra z w-fu, często siłą wybierali mnie na zawody czy aby reprezentować klasę. Na zajęciach nie dawałam z siebie wszystkiego, ponieważ panicznie bałam się, że mój makijaż spłynie z twarzy odsłaniając moją fatalną skórę, ale mimo wszystko starałam się biegać, skakć, grać i być w miarę aktywną. Niestety mimo tego, że lubię sport i zawsze byłam aktywna, na myśl o lekcjach w-fu przewracałam oczami. W skrócie- w podstawówce w-f oznaczał wieczne gry w piłkę ręczną, to był jedyny sport, w którym szkoła była dobra, więc nauczyciele rzucali nam tę piłkę jak kawał mięcha i oczekiwali, że się sobą zajmiemy przez te 45 minut. Codziennie, przez 6 lat graliśmy w tę piłkę ręczną, czasami mieliśmy wyścigi rzędów, kiedy pięć sześcioosobowych grup musiało np biegać na czworak tam i z powrotem, jeden po drugim, jak w sztafecie, kozłować piłką, czołgać się itd, ostatnim urozmaiceniem zajęć było bieganie na czas na różne dystanse, najlepiej na samym początku wiosny, kiedy wuefiści pokrzykiwali na nas spod dwóch warstw grubego dresu i kurtki, a my biegaliśmy w krótkich rękawkach i spodenkach. Gimnazjum wyglądało tak samo, tylko piłka ręczna zmieniła się w siatkówkę, co przyjęłam z ulgą, bo przynajmniej jest to mniej kontaktowy sport, ale bieganie w mroźne poranki pozostało. W liceum nadal tłukliśmy siatkówkę i bieganie na czas. Z lekcji w-fu pamiętam jeszcze jedną beznadziejną rzecz- wieczne testy ile zrobisz brzuszków w minutę, czy rzucisz piłką do kosza z dwutaktu (zaprezentowanego przez nauczyciela na tych samych zajęciach co test), jak długo utrzymasz na poziomych rękach ciężarki, ile razy podniesiesz pionowo nogi z podłogi do drabinek itd. Miało to sprawdzić czy mieścimy się w widełkach przewidzianych dla naszej grupy wiekowej- może żeby sprawdzić, czy się dobrze rozwijamy? Nie wiem, bo jak dla mnie od takich rzeczy jest lekarz. Po latach widzę, że te lekcje były nic nie warte, zniechęciły wszystkich do aktywności fizycznej, a na zajęciach fitness dowiedziałam się, że źle robię brzuszki i przysiady, które tak pieczołowicie sprawdzali i liczyli nauczyciele na tych swoich corocznych testach.

Żeby nie było, że tylko marudzę, to chętnie napiszę, jak chciałabym, żeby w-f wyglądał. Mamy tyle nowych, wykształconych w tym kierunku ludzi, którzy często, ze względu na pensję siedzą raczej w siłowniach i prowadzą prywatne zajęcia sportowe, raczej dla dorosłych, zamiast być w szkołach. Nie dziwię im się- szkoła to tak zatwardziały, ciężki do zmiany system, że też nie chciałoby mi się z tym walczyć. Ale nie wierzę, że ci, którzy trafili do szkół, czy to z powołania czy to z braku innych perspektyw, nie nauczyli się podczas studiów poprawnej formy wykonywania ćwiczeń. Dlatego chciałabym, żeby nauczyciele zaczęli właśnie od tego- nauczenia dzieciaki, jaka jest poprawna postawa podczas tych ćwiczeń i jak je wykonywać, żeby wyciągnąć z danego ćwiczenia maksymalne korzyści. Może starszym dzieciakom można byłoby nawet wytłumaczyć, które mieśnie są aktywne podczas danego ćwiczenia. Druga sprawa to te nieszczęsne testy ,,ile dasz radę zrobić brzuszków/podciągnieć/ cokolwiek w minutę”. Te testy niczemu nie służą, ponieważ sprawdzają najczęściej obecną formę dzieciaka, którą dzieciak samodzielnie wypracował biegając po podwórku. Lepiej byłoby, gdyby te testy robiło się na samym początku roku szkolnego, po czym trenowało się te partie ciała i wykonywało te ćwiczenia, które pomogłyby uczniom osiągnąć więcej pod koniec roku szkolnego. Wtedy te testy miałyby sens- na początku roku potrafię zrobić 20 brzuszków w minutę, pod koniec roku mogę zrobić 30- jest postęp, jest radość z osiągnięcia, można dostrzec sens w ćwiczeniach. Zajęcia wtedy mają przynajmniej jakiś cel, można porównać siebie z przeszłości do obecnego siebie, zamiast patrzeć na jakieś wydumane widełki danych, w których trzeba się zmieścić według swojej kategorii wiekowej. I trzeci pomysł, który prawdopodobnie byłby najprostszy do wykonania- nauczyć dzieciaki poprawnej postawy ciała. Skoro już siedzimy na tych niewygodnych szkolnych krzesełkach przez 7 godzin dziennie, a potem wisimy nad zadaniami domowymi kolejne 3 godziny, gapimy się w telewizor jak poskręcane pędraki, a potem w telefon, robiąc sobie świński podbródek, może warto byłoby chociaż na tych lekcjach w-f kłaść nacisk na poprawną postawę ciała- żeby dzieciaki przestały biegać zgięte w pół po boisku, żeby osoby niećwiczące nie siedziały pokrzywione na ławkach itd. To by się dobrze łączyło z nauką jaka jest poprawna technika wykonywania ćwiczeń i na pewno wspomogłoby rowój młodych ludzi. Wuefiści mogliby odegrać na prawdę o wiele ważniejszą rolę w szkole i rozwoju dzieci, ale system oczekuje od nich, że tylko rzucą dzieciakom piłkę, każą biegać lub policzą, jak długo trzymali w rękach ciężarki, jakby to miało jakieś głębsze znaczenie.

Takie właśnie trzy drobne zmiany chciałabym widzieć w szkole. Nie wymaga to zmiany planu lekcji, którego niestety nauczyciele nie mogą sobie zmieniać, bo jest on narzucony odgórnie. Nie wymaga to jakichś ekstra kursów doszkalających, tylko wiedzy zdobytej już na studiach, bo są to podstawy. Nie wymaga też zbyt wielkiego zaangażowania, ani indywidualnego podejścia do ucznia, bo wiem, że klasy są po trzydzieściparę osób i byłoby to niemożliwe. Ale marzy mi się, że wuefiści uczą jak poprawnie ćwiczyć, podkreślają wagę poprawnej postawy ciała i ćwiczą ją na zajęciach, a także pokazują ci, że jeśli ćwiczysz, to robisz postępy- zamiast pokrzykiwać, że ,,dziewczyny w waszym wieku to powinny robić 40 brzuszków na minutę, tak pisze na mojej magicznej karteczce z wytycznymi, a teraz macie piłkę i po prostu grajcie”.

A wy? Lubiliście w-f w szkole? Chcielibyście, żeby był inny? Albo w ogóle zniknął z planu lekcji, bo był przykrym obowiązkiem?

23 myśli na temat “W-f w szkole

  1. Nie chwaląc się, ja uczę WFu w szkole podstawowej i u mnie nigdy nikt nie siedzi na ławce 😉 System szkolny najlepiej oceniać będąc już nauczycielem. Podstawa programowa z WFu to nonsens, bo prawda jest taka, że dzieci właśnie powinny uczyć się poprzez zabawę i gry zespołowe. Klepanie piłki sto tysięcy razy nie ma najmniejszego sensu jeśli zaraz uczeń wychodzi na boisko grać i stoi jak słup soli. Testy sprawnościowe to dla mnie jakiś chorych wymysł, bo dziecka nie powinno się oceniać za sprawność, a za wysiłek! Wfista może nie jest lekarzem, ale zdecydowanie ma większą wiedzę na temat układu ruchu, stąd też to od nas zależy czy dziecko będzie dobrze rozwijać się ruchowo. Lekarz tego nie zobaczy, przynajmniej nie pediatra. Nawet z niemowlakiem trzeba iść do fizjoterapeuty prywatnie, by mieć pewność że z dzieckiem jest ok.

    Polubienie

    1. Szkoda, że nie można zmienić tej podstawy programowej, którą wydumały sobie jakieś kanapowe leniwce z rządu. Zawsze mnie martwi, że kiedy jakiś prężny młody (czy to wfista, czy z jakiegoś innego zawodu) chciałby poprawić coś w systemie i ma pomysł, jak można byłoby to wszystko lepiej zorganizować, to niestety taka osoba spotyka się ze ścianą i biurokratycznymi formalnościami nie do ruszenia. Dlatego wadliwy system trwa w najlepsze i jedyne, co można zrobić, to liczyć na to, że np trafi się w szkole dobry wfista, który oprócz podstawy programowej będzie przemycać przydatne informacje. A tak jak mówisz- też uważam, że wfista lepiej oceni, czy ktoś poprawnie wykonuje ćwiczenie, ma dobrą postawę ciała itd- i z jego wiedzy i upominania uczniów można byłoby stworzyć naprawdę świetny plan prewencji chorób! Ale na to brakuje pieniędzy, a czasami dobrej woli ,,tych z góry”. Dopiero po latach ludzie łapią się na tym, że jednak warto siedzieć prosto i zaczynają szukać, co ciału przeszkadza, że nagle coś się posypało (sama jestem w tej grupie). W dużych miastach i tak jest lepiej- można zmienić szkołę, można gdzieś pójść prywatnie, a w małych miastach nie ma za dużego pola manewru- dobrze, że chociaż zawsze zostaje nam Internet. Dobrze, że chociaż Twoi uczniowie dobrze trafili i nie mają ochoty siedzieć na ławce : )

      Polubione przez 1 osoba

      1. No niestety w Polsce kultura fizyczna jest daleko za jaskiniowcami 😂 Nic nie wiemy o tym, ale coraz to młodsi WFisci zaczynają pracę i zapewniam, że wszyscy chcą zmienić świat, choć wysokości pensji nie jest tego warta 🙂 Mamy już dość WFu z PRLu.

        Polubienie

  2. A ja wf-y wspominam dobrze. W podstawówce był luzik 😉 Graliśmy głównie w dwa ognie, czyli robiliśmy to, co i po lekcjach 🙂 Żadnej spinki i nadęcia, więc dzieci się chętnie ruszały i chyba o to chodzi. W Liceum wf mieliśmy na stadionie sportowym. Nie po to, żeby mieć osiągi, ale żeby poznać różne dyscypliny. Tak więc rzucałam oszczepem, kulą, skakałam wzwyż, biegałam, nawet raz przez płotki 😉 , poznałam tajniki trójskoku. To było naprawdę ciekawe, tym bardziej, że nikt nie oceniał naszych rezultatów, a jedynie zaangażowanie. Na studiach pływalnia i koszykówka, którą bardzo lubiłam.

    Polubienie

    1. Te zajęcia na stadionie brzmią ciekawie. Sama bym na takie coś poszła- zazdroszczę : ) Ja w-fy nawet lubiłam, kiedy na nie chodziłam- dopiero z perspektywy czasu widzę, że można było o wiele więcej wycisnąć z tego czasu, ale system na to nie pozwala. Dopiero na studiach mieliśmy większy wybór dyscyplin i poszłam na judo- jedyna baba w całej 20-sto osobowej klasie informatyków- było super!

      Polubienie

  3. Heh, u mnie lekcje w szkole wyglądały równie beznadziejnie, ale ty jesteś dużo młodsza, więc jestem w szoku, że nic się pod tym względem nie zmieniło.
    Słuchaj, muszę cię zapytać. Często piszesz o problemach z twoją skórą, na czym konkretnie one polegają?

    Polubienie

    1. Polska jest bardzo przywiązana do swoich ,,tradycji”, nawet tych kiepsko działających w nowej rzeczywistości, jeśli dodać do tego naszą biurokrację, to ciężko jest wprowadzić jakieś zmiany- więc wf pozostaje tak samo kiepski. Lubiłam go nawet, jak na niego chodziłam, ale z perspektywy czasu widzę, że miał o wiele większy potencjał, którego przez zły system nie możemy rozwinąć.
      Moje problemy ze skórą polegają na mutantycznym trądziku, trądzie wręcz bym powiedziała (prawdopodobnie złe trawienie ze stresu plus kosmicznie wysoka prolaktyna- ale wysmarowałam się już wszystkim, co było w aptece, jadłam i antybiotyk i tretynoiny, urządzałam pielgżymki po lekarzach i straciłam w nich wiarę- potrafią tylko przepisywać leki-siekiery na całe życie).

      Polubione przez 1 osoba

  4. Na W-F lubiłem gdy zespołowe, ze szczególnym uwzględnieniem piłki nożnej, za to nie cierpiałem wszelkich zajęć na ocenę, z tą koszmarną skrzynią na czele 🙂 Lekcje WF mogą być fajne, a mogą i koszmarne. Miałem w podstawówce takiego nauczyciela który rzucał nam piłkę a potem szedł do kantorku pić wódkę i to nam pasowało 🙂

    Polubienie

    1. Ja chyba wolałam siatkówkę (mniej kontaktowy sport, a niestety niektóre panienki nosiły tipsy- nie chciałam dostać pazurem pod żebra 🙂 ). Taki wfista ,,zajmijcie się sobą” chyba jest lepszy od tego ,,dzisiaj kolejny test sprawnościowy na ocenę”! Ale żeby od rzau wódkę? Haha

      Polubione przez 1 osoba

  5. Za moich szkolnych czasów, 70 lat temu, wf był absolutnie marginesowym przedmiotem czyli wszystko zależało od nauczyciela/nauczycielki.
    W szkole podstawowej miałem bardzo dobrego – wiadomo, przedwojenny – który zwracał wiele uwagi na postawę, pod jego okiem robiliśmy „gimnastykę szwedzką”. W lecie, gry zespołowe – cztery ognie i siatkówka.
    W 5 klasie wszyscy przechodziliśmy program BSPO – Bądź Sprawny do Pracy i Obrony, było to przygotowanie do odznaki SPO – https://pl.wikipedia.org/wiki/Odznaka_%E2%80%9ESprawny_do_Pracy_i_Obrony%E2%80%9D
    To były testy lekkoatletyczne: 60m poniżej 13.5, rzut piłeczką palantową, skok w dal, skok wzwyż.
    Co ciekawe, w rzucaniu i obu skokach liczyła się suma rzutów/skoków z lewej i prawej ręki/nogi.
    W szkole średniej nie było ani sali gimnastycznej ani boiska. Nauczyciel prowadził nas do pobliskiego Domu Kultury, dawał piłki do koszykówki i wychodził na papierosa.

    Polubienie

    1. Podstawówkowy wf brzmi dobrze, szkoła średnia to przy nim to jak niebo a ziemia.
      Teraz też myślę, że wf jest często traktowany po macoszemu- w planie lekcji jest bo jest, tak dla równowagi, ale właśnie wszystko zależy od nauczyciela- młodsi mają więcej zaangażowania, bo system ich jeszcze nie przeczołgał, ale pensja wcale nie zachęca, żeby się starać i wychodzić przed szereg.

      Polubienie

      1. Pensja nie zachęca…
        Wyznam, że brzmi mi to jakoś obco.
        Jeśli nauczyciel wybrał sobie ten zawód bo chciał pracować z młodzieżą to chyba robienie tego dobrze dostarczy mu więcej satysfakcji niż robienie byle jak.
        Na marginesie dodam, że w chwili wybierania zawodu każdy może sprawdzić jakie są zarobki.
        Rozumiem niechęć gdy do autentycznej pracy z młodzieżą dochodzi biurokracja, zebrania, itp. ale nadal nie widzę logiki w robieniu tego co lubię gorzej niż potrafię.

        Polubienie

        1. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że na początku młodzi są pełni entuzjazmu,, zmienię świat, nie ważna pensja, czuję powołanie „, a potem okazuje się, że na tym powołaniu i ideałach nie da się daleko zajechać, kiedy człowiek zderza się z rzeczywistością. Jednych zdemotywuje biurokracja (ja np uwielbiam wypełniać głupie dokumenciki w pracy), innych zdemotywuje brak uznania dla ich pracy- np poprzez niską pensję, innych rutyna, innych atmosfera w pracy. Gdyby wszyscy patrzyli na zarobki przed wyborem pracy, to wszyscy bylibyśmy lekarzami, albo specjalistami w Niemczech. Ja nie myślałam o zarobkach w momencie wybierania studiów- nawet mi to przez myśl nie przeszło- nastolatek nie myśli w takich kategoriach. Myślałam, że każdy za swoją pensję może godnie żyć.
          Znam bardzo mało osób, które całe życie potrafią dawać z siebie 100% tylko dlatego, że lubią swoją pracę- więcej jest tych, którzy pracę zmieniło, choć nadal pozostaje ona ich hobby, ale zarobki nie dawały żyć, w pracy też nikt nie doceniał ich nawet słownie, albo (skoro mówimy o szkole) uczniowie traktowali zajęcia niewdzięcznie. Jak lubię coś robić, to mogę robić to dla siebie. Uważam, że rada, by znaleźć sobie pracę, którą się lubi, nie działa. Praca to nie hobby- wolę w pracy robić coś, w czym jestem dobra, coś, co jest dochodowe (ktoś może woli coś, co,, ma znaczenie”). Myślę, że jeśli ktoś poszedł do pracy dla ideałów, albo dlatego, że to jego hobby, to kiepskie pieniądze i kiepska atmosfera w pracy bardzo szybko popchną go na skraj wypalenia zawodowego.

          Polubienie

  6. do kwestii wu-fu w szkole mam dość schozofreniczne podejście: z jednaj strony jako entuzjasta sportu, ruchu wszelakiego chętnie bym dzieciaki przegonił przynajmniej raz dziennie dla zdrowotności, z drugiej zaś strony jako wolnościowiec pozostawiłbym im wybór, czy chcą się harmonijnie rozwijać, czy wolą być niezdarami, pokrakami i grubasami, do tego jeszcze ślepymi od ślęczenia nad srajfonem, czy tabletem… pewnie najlepszy jest tu jakiś złoty środek, niemniej jednak konieczna jest baza: pomieszczenia, sprzęt rozmaity, do tego rzecz jasna sensowny nauczyciel, instruktor, który umiałby takie zajęcia ciekawie poprowadzić i zmotywować dzieciaki do aktywności… ba, także kwestie higieny: szatnie, prysznice etc. mają tu duże znaczenie… pamiętam, jak za swoich czasów nieraz wracałem po lekcjach do domu uszargany, w dresie, gdyż przebieranie się nie miało sensu, bo nie było się gdzie porządnie umyć… niektórych to mocno zniechęcało do wu-fu i trudno im się dziwić…
    niestety polityka wu-fu polskich szkół bywa różna i przeważnie marna: zwykle jest to traktowane po macoszemu, a sam nauczyciel jest pracownikiem drugiej kategorii, albo też selekcjonuje się jakąś wąską elitę sportowców, którzy mają wygrywać trofea, którymi dyrektor zagraci swój gabinet na swoją chwałę, a reszta uczniów nikogo nie obchodzi w tym temacie..
    p.jzns :).

    Polubienie

    1. Ja raczej nie zostawiałabym uczniom decyzji czy chcą wf czy nie- od tego mają dorosłych, żeby im powiedzieli, co jest warte zachodu a co nie- uczeń sam tego nie wie, więc niewygodny wf pewnie pominie. A tak jak mówisz- wf traktujemy jak lekcje drugiej kategorii, dla rozrywki (albo uprzykrzenia życia, jeśli ktoś zajęć nie lubi), a szkoda- bo lekcje mają naprawdę duży potencjał, i widzę to dopiero z perspektywy czasu.
      Co do wady wzroku to zaryzykuję stwierdzenie, że największą wadę wzroku fundują nam wielogodzinne zadania domowe i stresy- przynajmniej moja wada wzroku rozwijała się tak długo jak długo byłam w szkolnej panice, a w liceum i na studiach, mimo większej ilości godzin z oczami wlepionymi w komputer, wada się nie pogłębiła.
      Co do trodeów to się zgodzę- moja szkoła miała kilka gablot z tymi pucharami na korytarzach- wszystkie za piłkę ręczną, dlatego wf to był tylko piłka ręczna, może żeby wyłapać tych z talentem 🙂

      Polubienie

  7. Ja zdecydowanie w-f i religie traktowalbym jako zajęcia pozaszkolne. Moje doświadczenia z tym przedmiotem są nie miłe, albo piłka nożna, a ze nie biegalem za szybko i problemy z koordynacja to koledzy stawiali mnie na bramce. Niestety jakimś cudem dla nich przegrana takiego meczu, miała znaczenie jakby to był final ligi mistrzow wiec z wiekszosci takich meczy mozna bylo wrocić z podbitym okiem… potem byly testy… czyli to o czym wspomniałaś. Łatwo sie domyśleć, ze gdy moglem to bylo zwolnienie lekarskie.
    W gimnazjum nastąpiła zmiana, nauczycielka, zajmująca się koszykówką. Piłka nożna zanikła. Pojawiło się bieganie. To też, gdy ktoś się nie pożygał ze zmęczenia, znaczyło ze ma zwolnienie. (tak kto miał zwolnienie dostawał lżejsze cwiczenia) Oczywiście po 3 epidemi zapalenia płuc, nasza wychowawczyni zainterweniowała to też te biegi pojawiały się co 4 lekcję no i na sprawnościowymy egzaminie. Jednak wiedza o prawidlowych skipingach przydała mi się. Szkoda, że mało tłumaczono do czego w praktyce to cwiczenie służy. Gdybyśmy pierwsze lata byli uczeni o skipingach, i właściwym oddechu to po prostu bieganie byloby przyjemnością…
    ale to już zrozumiałem na koniec gimnazjum, oczywiście moje oceny z tego przedmiotu byly ciekawe. W sumie była cała paleta od ndst po cel.. plus reprezentowanie szkoły jako jedyny w szachach.
    W technikum nie chodziłem na w-f…

    Ogólnie problem do czego ma służyć wf? Do szczupłosci nie, znam wiele osób, ktorym wf, dodatkowe zajęcia i dieta nie pomogły, a wręcz przynosiły efekt odwrotny. Do sylwetki każdy musialby miec indywidualne zajęcia, a jego program nauczania opracowywać ditetyk wf-ista plus lekarz.

    Polubienie

    1. Widzę, że wspomnienia różnych osób na temat w-fu to tylko lepsze i lepsze…Smutne, bo ten przedmiot ma naprawdę duży potencjał. Nie traktowałbym go jako dodatkowy, raczej jako dobrą przeciwwagę do reszty przedmiotów, gdzie pracujemy umysłem i siedzimy w tych niewygodnych ławkach.
      W-f większości osobom dałby dobrą sylwetkę i szczupłość, bo osoby, na których wagę absolutnie nic nie działa są na szczęście w mniejszości (chociaż możliwe, że ich ilość rośnie jako że mamy beznadziejną żywność w marketach). Ja chciałabym, żeby w-f skupił się na postawie ciała, świadomości ciała i poprawnej technice wykonywania ćwiczeń- zrób tylko 10 brzuszków, ale chociaż poprawnie, bez np urywania sobie głowy, bo brzuch za słaby i trzeba rękami ciągnąć głowę pod koniec. W szkole niestety liczy się ilość.

      Polubienie

      1. Ja wiem o co chodzi, tak jak np. w niektórych krajach azjatyckich i wysp Pacyfiku, wykonuje się tzw. „KATA”, czyli ćwiczenia sztuk walki, bez przeciwnika oraz medytacja. Tylko tutaj jest różnica pomiędzy jak widzą te cwiczenia ludzie zachodu i wschodu. Na zachodzie od razu oczekiwania rozsną i od razu po tym wydaje się, ze same Bruce Lee powinny po tym być. Na wschodzie chodzi w tym tylko o prawidłową pracę organizmu. Gdyż Kata jest tak dobrane że przy poprawnym wykonaniu, każdy mięsień pracuje zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Nie pamiętam, nazwy książki i autora, ale polski lekarz chirurg opisał dokładnie, które mięśnie i jak podczas takich cwiczeń pracują. Po nie poprawnie wykonanym KATA widac nawet, które partie ciała nalezy wzmocnić.
        Tylko, że też niewłaściwie prowadzone zajęcia nastawione na wyniki spowodują kontuzje.

        Gdy piszemy o W-f w kontekście zdrowia, to poruszamy się tak na prawdę po terenie fizjoterapeutów. Gdy w kontekście drogi do sportu wyczynowego to już po terenie trenerów. Chociaż wydawałoby się, że jeśli tyle czasu na w-f męczy się piłkę nożną to powinniśmy mieć wyniki. Oczywiście oglądając mecze reprezentacji szybko poznajemy prymuśow z w-f, gdy taki gra od razu pytamy co on wyprawia. Dużo czasu zajmuje trenerom oduczenia nawyków z tego przedmiotu… Zresztą w tym temacie to rozwinął się Henryk Kasperczak, czy od piłki ręcznej Wenta.

        Polubienie

        1. Jako że sportem wyczynowym zajmować się będzie mało ludzi w swoim życiu, a zdrowia brakuje nam wszystkim, to w-f powinien być rozpatrywany w kategoriach zdrowia (i wtedy mamy fizjoterapeuto-wuefistów) – i w tym momencie za dużo wymagam od szkoły, która innych przedmiotów też nie potrafi poprawić, żeby wnosiły w życia uczniów coś więcej niż tylko zakreślanie a-b-c-d.
          Wschód i Zachód jest zupełnie inaczej nastawiony do życia, to prawda. My chcemy wszystko na teraz już, jak wyniki nie pojawiają się na drugi dzień, to znaczy, że metoda nie działa i wszystko chcemy rozwiązać silnymi lekami dającymi natychmiastowe rezultaty. Wschód bazuje bardziej na małych, konsekwentnych kroczkach, mając cel majaczący daleko na horyzoncie, ale to im wystarcza, by nadal mozolnie do niego podążać. Oba światy osiągnęły sporo, ale na różnych polach, więc żadna z metod nie jest lepsza, chociaż skłaniam się ku twierdzeniu, że podejście Wschodu daje stabilniejsze rezultaty.

          Polubienie

          1. Widzisz nie wymagasz za dużo od szkoły, tylko od ich szefostwa-polityków. Jednak mam genialną myśl 2025 Prezydent Polski BurgundowyKangur!

            Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s