Przemyślenia

Zwierzenia

Budynek Królowej Wiktorii, centrum handlowe

Człowiek jako istota społeczna potrzebuje dzielić swoje emocje i przeżycia z innymi, czy to te pozytywne czy negatywne. Zwierzanie się ma jakby uzdrawiającą moc. Sprawia, że jest nam lżej na duszy, ale także pozwala dostrzec jak nasz problem wygląda z czyjejś innej perspektywy. Wyrzucenie z siebie problemu lub zwykłe opowiedzenie wstydliwej historii działa na nas uspokajająco- nawet jeśli problem nie znika, to jest jakoś lepiej, kiedy podzielimy się tym z kimś.

No właśnie, z kim? Zwierzacie się małżonkowi? Najbliższej waszemu sercu osobie, która znać was powinna najlepiej- w końcu jest z wami 24 godziny na dobę. A może dzieciom, jeśli są już dorosłe- ale czy jest sens obarczać je swoimi problemami, skoro całe życie próbowaliśmy je przed nimi uchronić, a niektórzy kreowali się w oczach dzieci na niezniszczalnych bohaterów? A może przyjaciołom- ludziom w podobnym wieku i na podobnym etapie życia co my? Albo psychologowi- od kiedy w społeczeństwie postrzeganie terapii zmieniło się na mniej stygmatyzujące, coraz więcej osób udaje się do gabinetu psychologa. A może lepiej jest się zwierzyć kompletnie nieznanej osobie- albo w barze, w taksówce, przypadkowo napotykanym ludziom na wakacjach, albo w Internecie?

Osobiście najbardziej cenię sobie to ostetnie miejsce, ponieważ zapewnia to najwyższy stopień bezpieczeństwa. Możemy mieć pewność, że nieznające nas osoby nie zachowają naszego sektretu ,,na potem”, kiedy będą mogły użyć go przeciwko nam czy to w kłótni czy to w spiskowaniu. Nie musimy się bać, że nasz jedyny przyjaciel po wysłuchaniu kontrowersyjnego sekretu odwróci się na pięcie i zerwie z nami kontakt. W Internecie mamy o wiele więcej osób, choć z drugiej strony, jeśli bardzo kogoś polubimy, to i tak jego zniknięcie może nas zasmucić. Mimo wszystko, nie narażamy się na bezpośrednią konfrontację i jest to na pewno o wiele łatwiejsze dla ludzi mających niskie poczucie własnej wartości. W Internecie czujemy się anonimowi- możemy mieć pewność, że nasz wstydliwy sekret nie dojdzie do uszów osoby, której wstydliwa sytuacja dotyczy. Dodatkowym argumentem jest to, że w sieci możemy być kim chcemy, a ludzie oceniają nas przez pryzmat tego, co pozwolimy im o sobie wiedzieć. Możemy wybrać, czy chcemy nawiązać jakieś więzi, ale nie mieszać ich do naszego drugiego, realnego życia, wytworzyć jakby osobną osobowość, czy wolimy nie narażać swojego poczucia wartości i zwierzać się jednorazowo na jakimś forum, po czym uciec i nie przejmować się złośliwymi komentarzami ze strony nieznajomych, którzy nie mają dla nas tak dużego znaczenia jak nasi bliscy w prawdziwym życiu. W Internecie mamy też cały przekrój społeczeństwa i dostęp do bardzo różnorodnych opinii, które pomagają nam spojrzeć na problem czy zagadnienie moralne z tysiąca perspektyw. To zdecydowanie nieoceniona kopalnia wiedzy. Obecnie widzimy raczej osłabienie więzi rodzinnych i społecznych, brak zaufania do najbliższych, emigrację, brak czasu na poznawanie przyjaciół, przez co chętniej zwracamy się w stronę Internetu. Tam ludzie będą mogli nas ocenić bez tych wszystkich zbędnych emocji, jakie odczuwają w stosunku do nas bliscy, z reguły nikt nie jest też do nas uprzedzony, więc cały dialog ma szansę być bardziej obiektywny. Nie musimy obawiać się, że osłabimy swoją pozycję w pracy, bo ktoś użyje naszego sekretu przeciwko nam, ani nie musimy zadręczać się tym, że martwimy naszych bliskich, którzy mogą za silnie przeżywać nasz problem. Nie wszysktim też odpowiada rozmowa z terapeutą, bo nie czują się wtedy z tą osobą na równi- dlatego może nie wzbudzać zaufania. Jednak chyba najbardziej przemawiającym dla mnie argumentem jest to, że nie będę musiała patrzeć osobie, znającej moje słabości, w oczy, kiedy już chwila mojego załamania przeminie. Nie wyobrażam sobie żyć na codzień z partnerem lub mamą, którzy widzieli mnie w mioch najgorszych chwilach. Wtedy resztki poczucia własnej godności, jaką do siebie czuję, odpływają w nicość.

Dlatego chciałabym podziękować wszystkim, którzy mają ochotę posłuchać od czasu do czasu moich zwierzeń. Cieszę się, że jesteście tam po drugiej stronie.

17 myśli na temat “Zwierzenia

  1. trzeba by się umówić, jaką informację o sobie zaliczamy do „zwierzeń”, a jaką nie… niby intuicyjnie wiemy, o co chodzi, ale ludzie różnie zakreślają granice swojego „privat”, stopniują też te granice zależnie od targetu tej informacji… pracując kiedyś jako terapeuta uzależnień odkryłem, że łatwiej się zdobywa zaufanie ludzi, którym się pomaga, gdy „wygada” im się z jakichś swoich słabości, prochu zresztą nie wymyśliłem, bo niejaki Kotański odkrył to wcześniej… ta zasada działa zresztą w wielu innych sferach życia, bywa czasem nadzwyczaj skuteczna… oczywiście pod warunkiem, że się nie przegnie, nie wpadnie się w kanał „lepkości emocjonalnej”, bo wtedy skutek bywa wręcz odwrotny…
    wynalazek internetu (w tym blogosfera) stworzył nowe możliwości komunikacji, nowe drogi powstawania relacji między ludźmi, tak pozytywnych, jak też wrogich each other… zwiększył się też margines ryzyka, że owe relacje nie są naturalne, autentyczne, a jedynie sztuczne, że ktoś się bawi „kimś”, a nie „z kimś”… gdy zakładałem bloga 15 lat temu to od początku traktowałem to raczej jako zabawę słowem, przygodę literacką, niż poletko do komunikowania światu o sobie… szybko się zresztą przekonałem, że gdy mi się zbyt dużo „wymskło”, to po pewnym czasie wracało w postaci wrogich wibracji..
    są ludzie, dla których blogowanie jest formą autoterapii… to może być dla nich bardzo pomocne, ale warto przypomnieć sobie bajkę o słudze króla Midasa, który zwierzył się do dołka na plaży, że jego pan ma ośle uszy…

    co do Ciebie to chyba sam fakt, że komentuję i że z Tobą (przyjaźnie i życzliwie) rozmawiam świadczy o tym, że dobrze oceniam Twoje pisanie, ale o wielu sprawach /jeśli takie są/ wolałbym np. mailowo, nie „przy ludziach”…
    mam jeszcze konto na GG, ale jakoś pajęczyną zarosło od dłuższego czasu – właśnie sprawdziłem, nadal dycha, ale lepiej mnie najpierw uprzedź mailem jakby co, bo zaglądam tam raz na rok…
    p.jzns 🙂

    Polubienie

    1. Prawda, że różni ludzie inaczej zakreślają wokół siebie granice, które nie są do przekroczenia dla pewnych ludzi. Ale jak dla mnie wynika to z tego, że może nie potrzebują zwierzać się z tego, z czego chcieliby się zwierzać inni ludzie. A może strach przed zwierzaniem się z tym rzeczy jest nawet większy niż benefity, które mogłyby wyniknąć ze zwierzania się, więc to ich powstrzymuje- to taki wybór mniejszego zła.
      Blogosferę oceniam bardzo pozytywnie- można wyżyć się intelektualnie czy artystycznie, a na nieżyczliwych ludzi można wpaść tak samo w Internecie jak i w życiu prawdziwym, ale wydaje mi się, że internetowi hejterzy są trochę mniej szkodliwi, bo mogą mniej na nasz temat wiedzieć. Ci nieżyczliwi z ,,prawdziwego” życia są bardziej szkodliwi kiedy zdradzają nas po dłuższej znajomości. Poza tym, blog to świetne narzędzie w czasach pandemii i daje możliwość kontaktu z językiem, kiedy się siedzi w nie swoim kraju. Zresztą, każdy ma też różne etapy ,,rozwoju”, przez które przechodzi. Ja na razie czuję się świetnie przelewając emocje czy opinie na klawiaturę, gdybym miała od razu skakać na głęboką wodę i mówić wszystko wszytskim w twarz, to pewnie zacięłabym się na pierwszym etapie i nie poszła nigdzie dalej. Więc cieszę się, że mogę poznać ludzi poprzez taki kanał informacji.

      Polubienie

  2. To ja znowu „swoje” … To bardzo mądre i cenne uwagi, jakie zgromadziłaś w poście, niestety jednak dotyczące wąskiej grupy osób, które chcą się zwierzać i tych, które chcą słuchać/doradzać. O konieczności szczerej wymiany poglądów i doświadczeń nie ma co przypominać, bo bez tego ani rusz. Oczywiście co innego doradzać komuś np. jaki film warto obejrzeć, a co innego jak zareagować, gdy np. chodzi o rozwód. Dlatego ja bym doradzał – to taka moja wada psychologa, który dwa lata terminował na telefonie zaufania – aby uwzględniać proporcje danego zjawiska/problemu.

    Polubienie

    1. Skupiam się na tej wąskiej grupie ludzi, bo czuję, że ją rozumiem/ do niej należę. Ocenę lub opis innych grup zostawię ich reprezentantom, bo nie potrafię się utożsamić z tym, co oni myślą i potzrebują.
      Wymiana poglądów i doświadczeń to nieoceniona kopalnie wiedzy- doceniam jątym bardziej im dalej idę w dorosłe życie i potrzebuję porad dotyczących radzenia sobie z zadaniami od życia- od wynajmowania mieszkania, przez szukanie pracy, wizy, załatwianie zaświadczeń, aż po zwykłe polecenie sklepu/ rozrywki. Bez takiej siatki informatorów człowiek zginąłby na studiach- u nas nigdy żadna informacja nie była podawana przez dziekanat. O terminach i wymaganiach trzeba było się dowiadywać od conajmniej szpiegów wywiadu : )
      Nie do końca rozumiem o co chodzi z tym ”uwzględnieniem proporcji danego zjawiska/problemu”? Czy że człowiek powinien mieć różne relacje- trochę tych bliższych, trochę dalszych, trochę internetowych, trochę tych twarzą w twarz, czy raczej chodzi o to, że tym dalszym osobom nie ma co opowiadać o bardzo intymnych rzeczach, a tym bardzo bliskim osobom zostawiać tylko trywialne tematy do rozmów?

      Polubienie

      1. Widzę, że pomimo upływu wielu dekad t.zw. „giełda młodych” nadal żyje i ma się dobrze. Nie wiem czy na studiach u Ciebie jeszcze funkcjonuje „opiekun grupy” który właściwie powinien pełnić funkcję łącznika pomiędzy studentami a uczelnią? W każdym razie środowiskowe doradztwo jest b. skuteczne. Ale jest problem. Po maturze musiałem zdecydować, czy mam podjąć fundowane studia zagraniczne, zostawiając w Polsce słabowitą matkę opiekującą się chorym ojcem, czy raczej pójść na dzienne i pomagać rodzicom. Polska PRL-owska oferowała kilkanaście rodzajów stypendiów pomocowych (obejmujących moją sytuację) i zasiłków, za granicą sytuacja była odwrotna, tam nikogo nie interesowały problemy rodzinne, a na studiach trzeba było płacić za wszystko. I tu chyba przyznasz, że porady środowiskowe nie miały sensu … to trzeba było „przetrawić” w gronie rodzinnym. I to są właśnie te „proporcje danego zjawiska/problemu”. I tu nie ma reguł, dalsi mogą pomóc lepiej, bliżsi mogą nawet zaszkodzić …

        Polubienie

        1. Ah, ok! Nie oczekuję, że ludzie wkażą mi jedyną poprawną opcję na rozwiązanie problemu- raczej cenię sobie obrót informacji, bo żeby podjąć dobrą decyzję, musimy móc oprzeć się na danych od ludzi, którzy już doświaczyli tego problemu w życiu. Dletago warto słuchać różnych głosów.
          Mieliśmy na studiach taką osobę, ale mimo wszystko bardzo często nie wiedziała ona wszystkiego, choć prężnie działała, albo nie zdążyła wszytskim przekazać, bo decyzje były podejmowane z dnia na dzień. Dziekanaty to takie same wylęgarnie paskudnych urzędników jak inne ZUSy czy urzędy państwowe- tak samo pomocne i znające się na swojej pracy : ) A opiekun grupy czerpie informacje od nich i koło się zamyka. Cieszę się, że mnie to już nie dotyczy.

          Polubione przez 1 osoba

          1. Bardzo mi się podoba propagowanie środowiska, i najbliższego otoczenia, jako najważniejsze źródło dostępu do pragmatycznych informacji. Źródło, które dodatkowo podlega obrotowi (wg mnie obiegowi 😉 ) informacji.
            Ten nasz polski opiekun – ale także chyba amerykański, jeżeli nic się nie zmieniło – to nie byle jaka osoba. To najczęściej taki wychowawca na modłę szkolnictwa podstawowego i średniego, a więc uznany wykładowca.
            Dziekanaty w PRL to były najmilsze miejsca w któyvch można było „załatwić” wszystko, a nawet więcej. To tutaj miłe panie podpowiadały jak zdobyć dodatkowe stypendia, pracę w Spółdzielniach Studenckich, urlopy dziekańskie bez utraty świadczeń, przedłużenie ważności indeksu/legitymacji, dodatkowy termin egzaminu, itd., itp., … i komu to przeszkadzało? 😉😁🤣

            Polubienie

            1. Hym, a to nie, to w takim razie nie mieliśmy takiego opiekuna grupy. Myślałam, że chodzi o studenta, który jest pośrednikiem, bo taka osoba była- działająca w samorządzie- i tyle. Przy przyjęciu na studia zakładali nam maila studenckiego, nikt nam nawet o tym nie powiedział, dowiedzieliśmy się przypadkiem na zajęciach w listopadzie, to samo z tym, że prace inżynierskie czy magisterskie muszą być sprawdzone przez dwie osoby- jedna z nich w stopniu profesora, moją sprawdziło dwóch doktorów, dziekanat po prostu kazał mi wyjść, mówiąc że będę bronić się w kolejnym roku. Gdyby nie rozmowy z innymi studentami, to byśmy tam zginęli ☺

              Polubienie

              1. Mój rok był dość liczny, ok. 60 osób, zrobiono z tego dwie grupy i w każdej był „gospodarz”, czyli właśnie taki pośrednik pomiędzy uczelnią (ten j.w. opiekun w stopniu doktora), a studentami. Informacja była niezła, o ile ktoś był na wszystkich zajęciach, i może dlatego, że nie było jeszcze e-maili, i sms-ów …

                Polubienie

  3. Odradzałbym blog czy jakikolwiek inny kontakt netowy. Z doświadczenia wiem, że to się może fatalnie skończyć. Cztery blogi musiałem zamknąć (dwa na interii). Raz jeden miałem kontakt z psychiatrą i psychologiem, i napiszę z pełną świadomością – tylko oni. Są lepsi niż spowiednik, nie wyznaczają pokuty, zaś obowiązuje ich również tajemnica zawodowa.

    Polubienie

    1. Do psychologów podchodzę z pazurkami- to też ludzie, oni też oceniają i patrzą na nasz problem ze swojej perspektywy, jakby się nie starali ze względu na etykę pracy. Poza tym, i tak nie chodzą w naszych butach, więc ich jedynym atutem jest to, że świetnie znają teorię, ale nie widzę żeby różnili się bardzo od rozumnego przyjaciela. Ta czy siak, nawet chłopakowi nie zwierzałabym się z jakichś swoich problemów, jeśli z czymś sobie nie radzę. Łatwiej jest odseparować swoje prawdziwe ja od tego ,,internetowego ja” i przelać na to drugie jakieś problemy czy rozterki. To też daje możliwość popatrzenia na to wszystko z boku. Poza tym, nie szukam w necie terapii, tylko zaspokajam potrzebę gadania i relacji w sposób, jaki potrafię. Jeśli miałabym rzucać się na głęboką wodę i tworzyć zupełnie otwarte i szczere relacje w prawdziwym życiu, to zacięłabym się na początkowym etapie. A tak to sobie wygodnie człapię łatwiejszątrasą, może dojdę kiedyś do tego ,,wyższego” etapu, ale na razie nie czuję, żeby był potrzebny.

      Polubienie

    2. Nie bez kozery piszę o duecie: psychiatra-psycholog. Samemu psychologowi też bym nie zaufał. Psychiatrze prędzej, ale on/ona nie ma tyle czasu dla nas, za to ma możliwość kontrolowania psychologa. W całym, półrocznym kontakcie z tka parą pań usłyszałem tylko jedną radę – mam być zdecydowanie bardziej asertywny, a większość moich problemów zniknie. I zniknęła.

      Nie ma nikogo, kto przy Twoich zwierzeniach by Cię nie oceniał. Liczy się tylko to, co z tą oceną zrobi, a najlepiej gdyby nie zrobił nic. Normalny człowiek tego nie potrafi, bo nawet jeśli nie zmieni się w „wujka dobra rada”, pewnie zmieni stosunek do zwierzającego, a to się prędzej czy później da odczuć.

      Polubienie

  4. Może jestem pod tym względem jakimś odmieńcem, ale zawsze lepiej o problemach rozmawiało mi się z obcymi ludźmi, a jeszcze lepiej się o nich pisało… Jakoś nie mogę się przemóc by rozmawiać o takich rzeczach z bliskimi… Może to kwestia charakteru, ale niestety tak właśnie to wygląda… Właśnie po to by móc wywalać z siebie emocje założyłem bloga.

    Polubienie

    1. Przybijam piątkę, bo mam tak samo ☺ Łatwiej się klepie w klawiaturę, zostawia to duże pole komfortu psychicznego, kiedy człowiek tak obnaża swoje serce przed innymi. Dlatego dobrze, że istnieje Internet- dla tych, którzy nie potrafią inaczej, istnieje przynajmniej miła alternatywa do zaspokojenia swojej potrzeby zwierzania się.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s