Przemyślenia · Z życia wzięte

Lektury szkolne

Właśnie zaczął się nowy rok szkolny. Szkołę skończyłam już jakiś czas temu, dzieci jeszcze nie mam, więc temat powrotu do szkoły jest mi raczej obcy. Mimo to, dociera do mnie dosyć sporo wpisów i informacji na temat listy nowych lektur szkolnych, więc postanowiłam sprawdzić z czystej ciekawości, jak bardzo wybrane pozycje do czytania różnią się od tych, które pamiętam.

Najgorzej idzie mi rozpoznawanie książek z listy dla najmłodszych i najstarszych klas. Oprócz Dzieci z Bullerbyn i Akademii Pana Kleksa nie kojarzę nic z listy obecnych lektur dla wczesnej podstawówki. Obie książki wspominam bardzo dobrze- chociaż mam wrażenie, że Dzieci z Bullerbyn czytała mi babcia, ot sama z siebie, nie jako lekturę. Ale to starożytne czasy, więc może źle pamiętam. Przeleciałam też wzrokiem przez listę lektur dla starszej podstawówki i liceum i tutaj też szału nie było z ilością książek, które rozpoznaję: te fajniejsze jak W pustyni i w puszczy, Mitologia grecka, Kamienie na szaniec, Opowieść wigilijna i Pan Tadeusz, i kompletne gnioty jak Katarynka, Balladyna, Mały Książę, Dziady, Kordian, Król Edyp i te mi obojętne jak Chłopcy z Placu Broni i Hobbit. Z dziką przyjemnością za to patrzę na wyrzucone na listę uzupełniającą takie książki jak Krzyżacy, Stary człowiek i morze, Cierpienia młodego Wertera i Ludzie bezdomni. Szkoda, że również Tajemniczy orgód jest teraz lekturą uzupełniającą, bo na pewno nie starczy na niego czasu. Niegdy nie byłam nawet świadoma istnienia listy lektur uzupełniających, bo nigdy do żadnej nie dotarliśmy- inne rozplanowane lekcje na to nie pozwoliły: ani w podstawówce, anie w gimnazjum, ani w liceum.

Jestem bardzo zdziwiona, że lista lektur tak bardzo się zmieniła. Przez wszystkie 12 lat mojej edukacji od podstawówki do liceum byłam przekonana, że ta lista jest dosyć stała, szczególnie, że książki, które przyszło mi czytać, czytała również moja mama- o 28 lat starsza ode mnie. A tu nagle, po około pięciu latach od skończenia liceum patrzę na listę obecnych lektur i kojarzę tylko 20% z nich.

Mój związek z lekturami był conajmniej ciężki w czasach szkolnych. W podstawówce teksty były raczej krótkie, więc czytało się je dosyć dobrze, początkowe książki czytała mi babcia, kolejne były na tyle ciekawe, jak W pustyni i w puszczy czy Akademia Pana Kleksa, że chciało się je czytać. Później niestety przychodziły sprawdziany z tych lektur i okazywało się, że mimo przeczytania i zapamiętania książki na pamięć, nie byłam w stanie odpowiedzieć na pytanie, przez które kraje podróżowali Staś i Nel, ponieważ w czasach, kiedy pisana była książka istniał tylko Egipt, który ciągnął się aż przez obecny Sudan, czego nie dało się wiedzieć, póki nie przeczytało się opracowania lektury, albo nie wyciągnęło się obecnych map świata, więc zostałam oskarżona przez nauczycielkę o to, że nigdy tej książki nie czytałam. To samo w przypadku noweli ABC o kobiecie, która została ukarana za bycie nauczycielką bez ,,licencji nauczyciela”. Przynajmniej tak zrozumieli książkę uczniowie, bo nauczyciel zapomniał nakreślić nam kontekst książki- że jest to opowieść o Polce mieszkającej w Polsce pod zaborami, ściganej za to, że uczyła dzieci języka polskiego. Jak 13-letni uczeń, nie znający realiów tamtych czasów, miał na to wpaść dzieki świetnie ukrytym aluzjom w książce? Od tamtej pory zaczęłam czytać zarówno książkę jak i jej opracowanie, które według nauczycieli było zdradą, bo opracowania lektur to przecież samo zło.

W gimnazjum było już gorzej, bo zaczęły wchodzić książki bardziej ,,poważne”, a w liceum było już fatalnie. Poprzez słowo ,,poważne” mam na myśli wszystkie te beznadziejne książki o martyrologii państwa polskiego. Co kolejna książka, to można było tylko poczytać o rozbiorach, o zaborach, o powstaniach, o wojnach, o skłóceniu Polaków. Może dlatego do tej pory tak bardzo się żremy między sobą- naczytaliśmy się jakie to chwalebne bycie cierpiętnikami i jak należy pielęgnować wspomnienia o wszystkich upadłych powstaniach, więc zgryźliwość i niechęć do nowości została nam we krwi. W liceum jedynymi lekturami jakie przeczytałam to był Król Edyp (który nie podobał mi się ze względu na formę) i Cierpienia młodego Wertera. Ta druga książka była tak koszmarna, że do dziś nazywam ją Cierpieniami młodego czytelnika- tyle tam było romantycznych pierdół i umartwiania się trywialnymi problemikami. Zniechęciła mnie do szkolnych lektur tak bardzo, że po niej nie przeczytałam już ANI JEDNEJ. Opierając się na opracowaniach lektur przeszłam spokojnie przez resztę liceum i pani od polskiego zawsze chwaliła mnie za to, że tak pięknie czytam książki i wszystko z lektur pamiętam. Dzięki wam, opracowania!

Nie namawiam do nie czytania książek. Niestety tak to już jest, że wszyscy mamy inny gust i nie każdemu będzie się podobać to samo. Uważam jednak, że szkoła powinna wybrać książki, które poruszają różne zagadnienia i pokazują jak najszerszy wachlarz światopoglądów, zamiast tłuc męczeństwo narodu polskiego, jak to miało miejsce za moich czasów, albo ociekać filozofią katolicką, jak to będzie miało miejsce przy nowej liście lektur. Zamiast promować różnorodność i zestawiać różne poglądy na świat, to szkoła będzie pokazywać tylko jednen, maleńki wycinek. Już przy liście lektur, przez którą ja przeszłam, skupialiśmy się tylko na męczeńskim patriotyzmie, przez co wielu osobom zaczął kojarzyć się negatywnie. Niektórzy zaczynali reagować na wszelkie nawiązania do patriotyzmu alergicznie, inni agresywnie, inni przewracali oczami, inni chcieli na siłę robić na przekór. Czasy bardzo szybko się zmieniają i te stare powieści o Polakach podczas zaborów są dla nas abstrakcją. Do mnie bardziej przemówiły Kamienie na szaniec w kwestii patriotyzmu- też mieliśmy tam ulubione przez szkołę męczeństwo, ale przynajmniej pokazane w bardziej przystępny sposób, akcja postępowała szybko, nie było zbędnych opisów jak w Ludziach bezdomnych, Przedwiośniu czy tych wszystkich powieściach napchanych romantycznymi ideałami nie przekładającymi się na praktykę. Większość lektur szkolnych wyglądała jak kolejne części tego samego dzieła- upajanie się cierpieniem i rozpamiętywanie kolejnych porażek. Chyba tylko Pan Tadeusz był wśród tego inny, bo chociaż można było podziwiać autora, że chciało mu się wszystko napisać w formie rymowanej. Cud, że Dziady nie wyleciały z kanonu lektur, przecież to jawne promowanie pogańskich praktyk : ). Żałuję, że nigdy nie omawialiśmy Dziadów pod kątem tego, jak wyglądały wierzenia Słowian, zanim Kościół nie rozprawił się z nimi na dobre.

Podsumowując, jeśli minister edukacji sądzi, że lekturami na temat patriortzmu (i raczej rozpamiętywania porażek i upadających powstań) i wstawkami na temat Jana Pawła II wychowa sobie jedynie słusznych patriotów zapatrzonych w Kościół, to niestety się myli. Ludzie będą reagować na te książki taką samą wzgardą, alergią lub agresją jak moje pokolenie na te wszystkie cierpiętnicze powieści. Musimy pamiętać, że szkoła ma pokazwyać różne poglądy na świat, bo jak dotąd nikt nie odkrył prawdy o świecie, życiu i śmierci, więc dlaczego to jego narracja ma być tą jedyną i prawdziwą? Szkoła ma edukować, pokazywać różne wersje, zestawiać ze sobą przeciwne światopoglądy, pokazywać, że nadal poszukujemy ostatecznych odpowiedzi. Zamiast tego dzieciaki dostają tylko mały wycinek, i to wycinek, z którym coraz mniej ludzi się zgadza.

Na koniec jeszcze dodam, że mój entuzjazm wzbudziła książka Felix, Net i Nika, która pojawiła się na liście lektur (niby przesunięta z listy obowiązkowych do uzupełniających). Uwielbiam tę serię i niestety nie była lekturą, kiedy chodziłam do szkoły, ale przeczytałam wszystkie części i mimo, że to książka dla dzieci i młodzieży (a zbliżam się już do trzydziestki), to dwie jej części przyleciały ze mną do Australii. Ciekawa jestem, czy ktoś czytał?

21 myśli na temat “Lektury szkolne

  1. Przyznam że niewiele pamiętam lektur z czasów gdy chodziłem do szkoły. O dziwo wtedy nie cierpiałem czytać a teraz kocham 🙂 Może dlatego że wtedy był to obowiązek, a dziś przyjemność 🙂 Mnie martwi bardziej to, że w Polsce próbuje się układać lektury pod ideologię, próbując na siłę wciskać JPII czy Wyszyńskiego. Czarnek jest intelektualnym troglodytą. Pochodzi z mojego województwa i tu ma opinię ciemniaka i to niestety już wychodzi w tym co robi jako minister edukacji.

    Polubienie

    1. Też nie lubiłam czytać, ale tylko lektur. Im dalej w edukację, tym mniej pojawiało się zjadliwych książek. Wtedy też wciskali ideologię- męczeństwa narodu polskiego, teraz będą wciskać kolejną ideologię i wyjdzie im to tak samo źle jak za moich czasów. Kiepski nam sie ten minister trafił, oj kiepski.

      Polubienie

  2. Jestem pewien, że młodzi sobie z gniotami lektur obowiązkowych i wspomagających poradzą, szczególnie teraz, gdy łatwo o streszczenia. Myśmy dali radę nie czytając wszystkich, dlaczego nie oni?

    Polubienie

    1. Pewnie, że sobie poradzą, ja też jechałam na streszczeniach. Chodzi raczej o zniechęcenie do wylewających się z tych lektur wartości. Potem mamy albo samych hiperpatriotów, albo tych, którzy przewracają oczami na każdą wzmiankę, by wspierać rodzimy przemysł, polskie firmy, czy uczyć polskiego swoje dzieci za granicą. Dlatego patrzę na lektury nie jako przykry szkolny obowiązek, ale coś, co odciska na nas negatywne piętno.

      Polubienie

  3. Z lekturami szkolnymi zawsze miałem problem, bo od chorego ojca leżącego w łóżku nauczyłem się czytać już w wieku 3-4 lat. Chyba ok. 2-3 kl. podstawówki przeczytałem trylogię Sienkiewicza, ale po fragmencie wbijania Azji na pal strasznie rozbolała mnie głowa i czytanie książek zostało mi zakazane. Na szczęście miałem latarkę więc dalej czytałem pod pierzyną …
    Masz rację, że narzucona odgórnie lektura obowiązkowa nie jest najlepszym sposobem kreowania światopoglądu młodych ludzi o różnej przecież osobowości i mentalności wyniesionej z domu i środowiska.

    Polubienie

      1. Problem kształtowania umysłów dzieci za pomocą obowiązujących lektur jest znacznie ważniejszy niż by to wynikało z pobieżnego wglądu. Myśę, że w każdym bardziej cywilizowanym kraju niż Polska z moich lat dziecięcych (jestem z grudnia 1950 r.) moim rodzicom by groziło pozbawienie praw rodzicielskich za . Czytałem i pisałem (gorzej) w wieku 3-4 lat co umożliwiło mi dostęp do literatury, której jeszcze nie rozumiałem, ale wchłaniałem opisy różnych krwawych, przemocowych, lub seksualnych opisów sytuacyjnych. Miałem chyba szczęście, że na komunię dostałem m.in. „Małego Inżyniera” i pochłonęła mnie zabawa w świecie elektroniki, która trwa do dzisiaj. Potem fotografia, sport, i wreszcie kobiety … Powtarzam więc: Dostęp dzieci do książek (a ogólnie wiedzy) powinien być ściśle uzależniony od wieku i od założeń programowych nie jakiegoś tam „czarnka”, ale od najwyższego naukowego gremium.

        Polubienie

        1. Niestety pan Czarnek dostał się na tyle wysoko w hierarchii, że to on może teraz sobie ustalać tę odgórną listę lektur. Nie wiem do końca, jak ta lista jest tworzona, ale nie powinna wymyślać ją tylko jedna osoba.
          Książki powinny być dostosowane do wieku dzieci, ale z tego samego powodu, lektury powinny być różnorodne (żeby pokazać różne perspektywy) i zawierać jakieś pozycje zgodne z obecnymi realiami świata/ albo po prostu ciekawe. Moje pokolenie miało ładowane cierpiętnictwo narodu polskiego, w absolutnie wszystkich książkach- ani się z tym nastolatek w wolnej Polsce nie umie utożsamić (więc dwie książki na ten temat by wystarczyły), ani jakoś nie rezonuje to z jego wartościami i mam wrażenie, że przesyt książek o tym samym po prostu człowieka nastawia negatywnie na tematy, które powracają we wszytskich tych lekturach jak bumerang.

          Polubienie

          1. Bardzo celne uwagi. Tylko jak zmusić klasycznych bajkopisarzy, albo autorów lektur dla dzieci, aby pisali programowo i politycznie? Sztuka dla indoktrynacji??? Kultura (czytelnictwo) została już tak zdominowana przez Internet, że nie ma sensu tworzenie czegoś na zamówienie, ale wybór – jak najbardziej – należy do nas, dorosłych odpowiedzialnych za rozwój umysłowy dzieci, nie tylko własnych.
            A „jakiś tam czarnek” przeminie, bo natura nie lubi takich wypaczeń. Gorzej z jego „moczodawcami”, bo w naturze Kościoła jest, aby cofnąć społeczeństwo o tysiąclecia wstecz … najchętniej do czasów faraonów.

            Polubienie

            1. Może działania pana ministra otworzą teraz kompletnie nową dziedzinę w literaturze- właśnie to pisanie na zamówienie. Wiadomo, jakie książki cała ta ferajna chciałaby widzieć na liście lektur, więc może ktoś zauważy tę niszę i zacznie pisać kolejne gnioty. Tak jak profesorzy na uczelni często mówią, że jedyną książką, która dobrze opisuje zagadnienia kursu, jest ta napisania przez nich, więc proszę ją kupić. I nagle popularność ich ,,dzieła” wzrasta jak szalona.

              Polubienie

  4. W wieku szkolnym czytałem dużo i nawet nie sprawdzałem co było na liscie lektur, bo byłem przekonany, że już to przeczytałem.
    W ten sposób ominęły mnie Cierpienia młodego Wertera, które były na liscie lektury uzupełniającej. Jednak korci mnie zeby je przeczytać, boję się tylko, że w tłumaczeniu na angielski wyszło to kiepsko.
    Masz racje co do rozbieżności między tym co uczeń znajdował w książce a czego oczekiwała od niego szkoła. Dopiero chyba w 8 klasie zrozumiałem na czym ta gra polega.
    Co do najnowszej listy lektur, to zgadzam się z komentarzem DeLu – w obecnych czasach internet zapewni odpowiedź na wszelkie pytania z dziedziny literatury.
    Zatem można swobodnie czytać to co się lubi.
    Albo wcale nie czytać.

    Polubienie

  5. zawsze lubiłem czytać książki, ale z lekturami szkolnymi był ten kłopot, że nie miałem czasu ich czytać, bo miałem go zajętym na czytanie ciekawszych książek, tedy nie znając treści większości tych lektur ledwo wyciągałem z polskiego tróję /stara skala 2 – 5/… na szczęście chodziłem do elitarnego, eksperymentalnego liceum matematycznego, gdzie priorytetem była owa matematyka, każdego jej działu uczono osobno i nie zajmowali się tym zwykli nauczyciele, tylko naukowcy z wyższej półki, nieraz światowej klasy, a że byłem dobry w te klocki, tedy przy marnych ocenach z polskiego, czy historii przepychano mnie do następnej klasy…od lektur obowiązkowych odrzucała mnie też ich obowiązkowość, gdy już późniejszych latach zaznajomiłem się z kilkoma pozycjami, to kilka z nich okazała się być nawet nadająca się do czytania…
    nie znam spisu obecnych lektur szkolnych, ale słyszałem, że na skutek działalności politruka fanatyka katolskiego czarneka to już istna masakra, marnota i dyndas… na szczęście, jak wyżej wspomniał TheLoo, mamy net, w nim streszczenia i bryki, więc dzieciaki powinny jakoś sobie z tym całym chłamem poradzić…

    ale mniejsza z tym, uważam, że nauka przedmiotu „język polski” powinna przebiegać zupełnie inaczej… nie jako znajomość literatury, wybranych odgórnie pozycji, tylko kształcenie umiejętności posługiwania się narzędziem komunikacji, jakim jest ów język polski… czyli najpierw baza, czyli gramatyka i ortografia, potem nauka czytania tekstu ze zrozumieniem, oraz samodzielnego formułowania myśli, ich werbalizacji… do tego też rzecz jasna potrzeba jakiejś literatury, ale w roli przykładów, gdzie nauczyciel i uczniowie powinni mieć nieograniczony luz w ich doborze… mój postulat to kompletna decentralizacja wyboru owych przykładów, a nie odgórnie centralnie narzucona lista pozycji uznanych za wartościowe tylko na mocy widzimisię jakiej pyzy z ministerstwa…
    /c.d.n., bo jeszcze mam parę uwag natury ogólnej na temat edukacji, ale nie wiem, czy system przepuści tyle znaków za jednym zamachem/…

    Polubienie

    1. Ja niestety nie byłam taka mądra w czasach szkolnych i nie miałam czasu na fajniejsze książki, bo czytałam te badziewne lektury. Mimo bycia w matematyczno-fizycznej klasie w liceum, mieliśmy rozszerzony polski (i zresztą całą masę przedmiotwó), bo nauczyciele uznali, że skoro jesteśmy mądrą klasą, to należy swoje ambicje spełniać na nas, zamiast na klasie humanistycznej, więc zazdroszczę Ci tego eksperymentalnego liceum.
      Dzieciaki sobie poradzą ze zdaniem sprawdzianów z nowych lektur, bardziej martwi mnie, że wyrzygają się tym wszystkim po dordze, bo pamiętam jak mi patriotyzm i męczeństwo narodu polskiego wylewało się uszami, kiedy wszystkie lektury były na jedno kopyto.
      Zgadzam się z tą uwagą, jak powinny wyglądać lekcje polskiego, ale postawiłabym jednak na odgórnie narzuconą listę, ale żeby zawierała ona różnorodność i prezentowała te wartości i przemyślenia, jakie cechowały epokę, w jakiej literatura powstała. No i bardzo nie zgadzam się z tym, że na języku polskim powinna być gramatyka. Ortografia i konstuowanie sensownych zdań tak, ale nie gramatyka. Pamiętam jak trzy bite lata uczyliśmy się na pamięć jakie końcówki mają np imiesłowy, nazwy przypadków, czy różne końcówki w różnych typach odmiany czasowników. Uważam, że po tym powinno się prześlizgnąć pobieżnie, żeby tylko zasygnalizowaćistnienie tych rzeczy i jeśli ktoś jest ciekawy, niech sobie potem studiuje konstrukcję języka. ”Naturalny” użytkownik języka polskiego nie musi wiedzieć, na jakie końcówki zakończone są rzeczowniki rodzaju męskiego, żeby umieć odmienić przymiotnik do tego rzeczownika i powiedzieć ładny mężczyzna, zamiast ładna mężczyzna, a niestety trzy lata polskiego w gimnazjum było właśnie o tym : (

      Polubienie

      1. masz rację z tą gramatyką, może niedokładnie wyraziłem, o co mi chodzi… tu stawiałbym na intuicyjne nauczanie praktycznego stosowana owej gramatyki, natomiast dokładną klasyfikację, nazewnictwo i analizę konstrukcji języka /czyli też owe końcówki/ pozostawiłbym dla studiujących językoznawstwo,badanie owej konstrukcji…

        Polubione przez 1 osoba

  6. ciąg dalszy:
    tak ogólnie, to uważam, że edukacja w szkole publicznej /czyli państwowej/ powinna polegać na edukacji, a nie na wychowywaniu… te sprawy obecnie są mocno mylone ze sobą, więc może przypomnijmy, co te pojęcia znaczą:
    – edukacja to naukowa, obiektywna informacja, neutralna, bez wartościowania /które jest zawsze subiektywne/, plus nauka różnych umiejętności życiowych i stwarzanie uczniowi warunków, aby mógł się realizować…
    – wychowanie to wciskanie uczniowi poglądów /także światopoglądu/, systemu wartości, programowe narzucanie mu określonych postaw i wymuszanie pewnych zachowań…
    postulat mój brzmi: edukacja – tak, wychowywanie – nie…
    oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie da się uniknąć owego wychowywania całkowicie… prostym przykładem może być trener, instruktor sztuk/sportów walki, który nie tylko uczy adepta różnych technik (czyli edukuje), ale także wyrabia w nim pewne nawyki ruchowe, odpowiednio go motywując (czyli wychowuje go)… tak więc wspomniany postulat po pewnej modyfikacji, urealnieniu go powinien brzmieć: edukacja – tak, możliwie jak najszersza, zaś wychowanie – tak, ale zredukowane do absolutnego minimum, którego uniknąć się nie da…
    tymczasem w Polsce sprawa jest postawiona do góry kołami: „edukacją” nazywa się tworzenie wzorowego, posłusznego obywatela według marksistowskich wzorców… kiedyś za tzw. „komuny” nazywało się to „homo sovyeticus”, dziś za obecnej neokomuny jest to „homo catholicus”… z czego to wynika?… tak naprawdę, to chyba każdemu państwu zależy na „grzecznych” obywatelach, szczególnie państwu autorytarnemu z totalitarnymi ciągotami jakim jest obecna RP…

    dochodzi jeszcze taka sprawa, że wielu rodziców nie chce, nie umie, nie ma czasu, etc wychowywać swoich dzieci, tedy oczekuje od państwa, że zrobi to za nich…
    w efekcie tego wszystkiego mamy dość chorą sytuację, gdzie zamiast maksymalizacji różnorodności i rozwoju ludzi jest „społeczeństwo stada”, gdzie większość to owo stado zindoktrynowanych głupków plus pewna wykształcona elita /naukowcy i artyści/, która nie dała sobie sprać mózgów… dodatkową ciekawostką jest to, że ta elita wcale nie rządzi, jest wręcz pewnym zagrożeniem dla reżimu, który w większości składa się z takich samych głupków, jak wspomniana wcześniej większość…
    rzecz jasna z racji realiów blogowych upraszczam i uogólniam temat, tak gwoli klarowności szkicu jak to wszystko działa…
    p.jzns 🙂

    Polubienie

    1. Bardzo dobrze ujęte. Chociaż pamiętam, że kiedy ja byłam mała, to moja szkoła, w małym zapyziałym mieście, głosiła, że szkoła nie jest od wychowywania i nawet pojawiły się na jakiś czas plakaty ,,rodzicu, poączmy siły, ty wychowaj dziecko, my je wyedukujemy”. Ale było to bardziej podyktowane tym, że szkoła miała dosyć pyskatych, biegających po korytarzach dzieci, z którymi nie wiedziano co zrobić, a nie że szkoła tak wspaniałomyślnie zostawiła kształtowanie dzieci ich rodzicom : ) Mimo tych plakatów to czuję, że szkoła nas wychowywała- godzenie kłócących się uczniów na siłę, lekcje wychowawcze o katolickich i patriotycznych wartościach, wmawianie, że stuprocentowa frekwencja jest superważna, że trzeba się uczyć, ładnie zachowywać i najlepiej przepraszać swoich oprawców i jakieś tam inne duperele. Teraz mam wrażenie, że szkoła wychowuje jeszcze mocniej niż kiedyś : (
      I tak, ci co się nie dali wychować są postrzegai jako jacyś odczszepieńcy, których należy się bać/ ignorować/ nadal próbować zmieniać.

      Polubienie

  7. Jak dobrze wiedzieć, że nie tylko ja… nie czytałam lektur 😀 Rzeczywiście, w większości beznadziejne i monotematyczne, i o ile mogę się zmusić do przeczytania całego podręcznika na egzamin, o tyle z książką jest to niemożliwe. Książka od zawsze kojarzy mi się z relaksem, przeżyciem fajnej przygody, dlatego nie jestem w stanie zmusić się do gniota. Never!

    Polubienie

    1. Nauczyciele straszyli, że na pewno się dowiedzą czy czytaliśmy lektury czy nie, ale grupa nieczytających jest całkiem spora. Nie mam wyrzutów sumienia- tak jak mówisz: książka to ma być miła forma spędzenia czasu, a nie jakiś gniot.

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s