Zdrowie psychiczne

Czy dążenie do szczęścia ma sens?

Świeczki

Uważam się za osobę niespecjalnie szczęśliwą. Zawsze wydawało mi się, że jak będę ładniejsza, jak będę więcej zarabiać, albo jak ludzie bardziej będą mnie szanować, to na pewno mój poziom szczęścia wzrośnie. Było to spowodowane błędnym przekonaniem, że szczęście wynika z jakichś zewnętrznych czynników i jest skorelowane z konkretnymi osiągnięciami i sukcesem. Takie jest myślenie Zachodu. Wschód określiłby szczęście raczej jako jakiś ulotny stan, którego należy szukać w sobie, a nie na zewnątrz. Zawsze zazdrośnie patrzyłam na ludzi, którzy potrafili cieszyć się z drobnych rzeczy, albo byli bardziej zadowoleni z życia, mimo że według mojej miary nie mieli ku temu żadnych przesłanek, bo nie mieli na koncie wielu sukcesów czy pięknej twarzy i mnóstwa pieniędzy. Jako że jestem nastawiona na odhaczanie zadań do wykonania, stwierdziłam, że ,,osiągnięcie szczęścia” będzie po prostu kolejnym takim zadaniem, złożonym z pomniejszych kroków jak: naprawić zdrowie, więcej zarobić, czy ładniej wyglądać.

Nie będę owijać w bawełnę- plan się nie udał i opętana chęcią zrozumienia dlaczego, dokopałam się do kilku badań, mówiących, że człowiek ma swój zaprogramowany poziom szczęścia, który ulega jedynie niewielkim wahaniom podczas naszego życia. Było to dowodzone poprzez badania nad bliźniakami jednojajowymi w Minnesota Study of Twins Reared Apart i polegało na analizie poziomu szczęścia i doceniania swojego życia przez pary bliźniąt, które zostały rozdzielone i wychowywały się w różnych środowiskach. Okazało się, że poziom szczęścia w 50 procentach zdeterminowany jest genetycznie. Jedni twierdzili, że nie jest to uwarunkowane konkretnym genem, ale zestawem cech psychicznych, jakie dziedziczymy, inni uznali, że jednak odpowiada za to konkretny gen: gen 5-HTTLPR (w badaniu prowadzonym przez Jana-Emmanuela De Neve na amerykańskich nastolatkach), który to odpowiada za transport serotoniny w mózgu (hormonu szczęścia), więc wpływa na zadowolenie z życia, oraz gen FAAH (badany przez Uniwersytet w Warnie i Politechnikę w Hongkongu)- gen ten blokuje w naszym organizmie rozpad substancji, która pozwala nam odczuwać większą przyjemność zmysłową i redukuje odczuwanie bólu. To drugie badanie pokazało, że ,,gen szczęśliwości” występuje najczęściej w Afryce Zachodniej, północnej części Ameryki Południowej i w Europie Zachodniej, z kolei w krajach arabskich i w Azji Południowo-Wschodniej gen ten występuje rzadko (czyżby dlatego Latynosi, albo Skandynadowie byli szęśliwsi niż Jordańczycy czy Chińczycy?). Już bardzo dawno temu czytałam gdzieś, że prowadzono badania nad ludźmi, którzy doświadczyli bardzo traumatycznych przeżyć w swoim życiu, albo wręcz przeciwnie- mieli bardzo pozytywne przeżycia. Obie grupy, po chwilowym obniżeniu lub polepszeniu nastroju, wracały do poziomu szczęścia sprzed tego wydarzenia, potwierdzając, że poczucie szczęścia jest w nas i nie zależy tak mocno od tego, co doświadczamy. Według pierwszego przytoczonego badania nad bliźniakami jednojajowymi wynikało, że życiowe doświadczenia mają tylko dziesięcioprocentowy wkład w nasze poczucie szczęścia. 40 % za to jest związane z naszymi działaniami, które podyktowane są cechami charakteru. Wszystkie artykuły, jakie przeczytałam na ten temat, piały z zachwytu, że te 40% to pole manewru dla nas, by zwiększyć odczuwanie szczęścia, ale czy na pewno? Patrząc na to, że rodzeństwa wychowywane w tych samych warunkach, w tej samej rodzinie i według tych samych wartości, mają kompletnie różne charaktery, to śmiem wątpić, że charakter jest czymś, na co mamy wpływ. Można na pewno w jakimś stopniu pracować nad swoimi cechami, ale tutaj znowu nauka uważa, że dostajemy od rodziców geny, które determinują nasze predyspozycje do rozwinięcia pewnych cech charakteru. Jeżeli razem z genami otrzymujemy zdeterminowany poziom neuroprzekaźników jak dopamina, serotonina i oksytocyna (odpowiedzialnych kolejno za przeżywanie pozytywnych emocji, dobre samopoczucie i utrzymywanie bliskich więzi z innymi), to mamy dosyć małe pole manewru. Do tego dochodzi nasz temperament- jeśli jesteśmy bardziej ekstrawertykami, to potrafimy czerpać więcej z kontaktu z ludźmi, co bezpośrednio podwyższyłoby nasze szczęście. Jeśli cechuje nas neurotyzm, to niestety będziemy mieli większą skołonność do zadręczania się zazdrością, poczuciem winy i innymi negatywnymi emocjami. Więc z naszych 40% zostanie trochę mniej możliwości ingerencji w nasze poczucie szczęścia niż to mówią badania.

Trochę mnie te wszystkie doniesienia zdołowały, bo wygląda na to, że moje poczucie szczęścia jest ograniczone przez moją fizjologię i zestaw genów, których nie mogę zmienić (chyba, że ktoś wierzy w epigenetykę i uważa, że odpowiednim pożywieniem, ćwiczeniami i stylem życia jest w stanie włączać i wyłączać pewne geny w obrębie swojej puli genowej). Żeby jednak ten wpis nie był aż taki zasmucający, chciałabym skupić się na tym, co dałoby się zrobić w obrębie tych mniej niż 40% możliwości związanych z naszym charakterem, żeby podwyższyć swój poziom szczęścia. Fantastyczny artukuł na ten temat przeczytałam na https://ideologia.pl/uwarunkowania-szczescia/ i w skrócie, aby być bardziej szczęśliwym, należałoby:

  1. Utrzymywać kontakty z innymi ludźmi- ale takie, które będą pozwalały nam dążyć do współpracy z innymi, a nie do rywalizacji. Również dbanie o więzi z bliskimi, albo z przyjaciółmi sprawi, że będziemy szczęśliwsi. Tę oczywistość znamy.
  2. Należy zadbać o swoje zdrowie i ćwiczyć, gdyż ćwiczenia fizyczne pomagają nam podnieść poziom hormonów szczęścia. Pozwalają nam też być szczęśliwymi z tego, że jesteśmy zdrowi.
  3. Trzeba znaleźć pracę, która daje nam poczucie przydatności. Poczucie, że robimy coś ważnego i jesteśmy potrzebni, nadaje naszej egzystencji sens. Dlatego często osoby śmiertelnie chore łatwiej znoszą chorobę lub są w stanie żyć trochę dłużej, jeśli nadal czują się potrzebne swojemu otoczeniu.
  4. Wymieniano rozwijanie wdzięczności jako dobry sposób na podniesienie poziomu szczęścia: w formie pisania listów do osób, którym jesteśmy za coś wdzięczni, albo w formie prowadzenia dziennika i zapisywania codziennie, za co jest się dzisiaj wdzięcznym światu. Jest to metoda, której już próbowałam i u mnie odniosła odwrotne skutki. Byłam wściekła, że codziennie zapisuję prawie te same rzeczy, co udowadniało mi, że nie osiągam nic nowego. Ponadto, kiedy miałam gorszy dzień, nie mogłam wymyślić nic, za co mogłabym być wdzięczna. Dlatego nie polecam tej metody.
  5. Lepszą opcją było według mnie wypisywanie, jakie mamy najmocniejsze strony swojego charakteru i wymyślanie, gdzie możnaby je jeszcze zastosować. Albo przypominanie sobie sukcesów i analizowanie, dlaczego udało nam się je osiągnąć. Ewidentnie w tej metodzie próbujemy zwiększyć zadowolenie z samego siebie i to działa. (Pytanie czy oznacza to, że nie powinniśmy w tym momencie spotykać się z ludźmi bardziej atrakcyjnymi lub odnoszącymi więcej sukcesów, bo wedle natury ludzkiej zaczniemy się do nich porównywać i już nie będziemy tacy szczęśliwi? Czuję, że to jest właśnie coś, co mnie unieszczęśliwia najbardziej. Z drugiej jednak strony pamiętajmy, że kto z kim przystaje, takim się staje, więc osoby odnoszące sukcesy mogą nas zmotywować do pracy nad sobą.)
  6. Wbrew przekonaniu, że pieniądze szczęścia nie dają okazuje się, że jednak dają, ale tylko do pewnego momentu. Bogatsi ludzie w biednych krajach są zdecydowanie szczęśliwsi niż reszta obywateli, ale tylko dlatego, że pieniądze pozwalają im zaspokoić podstawowe potrzeby życiowe i dać poczucie bezpieczeństwa. Ten trik nie działa w państwach bardziej rozwiniętych, gdzie bycie coraz bardziej bogatym nie da nam już przyrostu szczęścia. Możemy być chwilowo bardziej zadowoleni, jeśli zarabiamy więcej od innych lub więcej od nas samych z przeszłości, ale nie osiągniemy tak długotrwałego szczęścia. Ważne też było, że jeśli ludzie dążyli do większej ilości pieniędzy, żeby twórczo je wykorzystać, spożytkować na hobby, kształcenie się, to majątek podnosił ich szczęście. Pożądanie pieniędzy dla samego posiadania nie dawało takiej satysfakcji.
  7. Podobnie sprawa miała się z religijnością, która podnosiła poziom szczęścia u ludzi wierzących, ale tylko w biedniejszych krajach, ponieważ dawała im wiarę w to, że kiedyś może być lepiej (raj), albo że bóg jednak jest przy nich. W krajach bardziej rozwiniętych niestety poziom szczęścia wierzących i niewierzących był taki sam.
  8. Bez poczucia kontroli nad naszym życiem też nie mamy wielkich szans na szczęście. Sami widzimy to po obecnej sytuacji z wirusem, kiedy straciliśmy poczucie wpływu na to, co dzieje się wokół nas. Dobrym rozwiązaniem jest nauczyć się odpuszczać to, czego nie możemy kontrolować, ale szczerze powiedziawszy, to wymaga długiej nauki. Łatwiejsze będzie nauczenie się doceniania drobnych rzeczy w naszym życiu.
  9. Warto jest zredukować stres środowiskowy jak duże natężenie hałasu, długie dojazdy do pracy, czy złe pożywienie i zatrute środowisko. Na zwiększenie szczęścia działało również uśmiechanie się na siłę, ponieważ ciału wydaje się, że jesteśmy zadowoleni i dlatego się uśmiechamy, dlatego zaczyna produkować więcej hormonów szczęścia.
  10. Ostatnia deska ratunku (i to szczególnie dla mężczyzn) to po prostu się zestarzeć. Okazuje się, że kobiety są szczęśliwsze w początkowych latach swojego życia, możliwe że dlatego, iż czerpią większą satysfakcję ze związków międzyludzkich, potem ich poziom szczęścia raczej ma tendencję spadkową (małżeństwo nie naprawia sytuacji, okazuje się raczej, że kobiety zamężne są na dłuższą metę mniej szczęśliwe od singielek, ale wynika to pewnie z tego, że pytano o zdanie pokolenia starsze, kiedy jeszcze kobiety musiały trochę więcej poświęcić, będąc żonami- miały prowadzić dom, pracować, być idealnymi matkami, żonami, paniami domu i dbać o męża i dzieci, nie zajmując się zbytnio sobą. Możliwe też, że wraz z wiekiem i utratą urody, a pamiętajmy, że ,,wartość rynkową” kobiety kiedyś definiowała głównie uroda i młodość, panie były coraz bardziej nieszczęśliwe). Z kolei u panów, mimo początkowego niższego poziomu szczęścia niż u ich rówieśniczek (ze względu na niemożność zaspokojenia swoich ambicji i braku zniewalających sukcesów tuż po wkroczeniu w dorosłość), ich poziom szczęścia rósł wraz z wiekiem na skutek zajęcia lepszej pozycji w pracy i nauczenia się, jak czerpać radość z więzi z bliskimi. Mimo wszystko w przypadku obu płci, seniorzy byli bardziej szczęśliwi, ponieważ przestali się przejmować krytyką ludzi i nie porównywali się do innych.

Wygląda na to, że jest dosyć sporo dróg, którymi możemy podwyższyć nasz poziom szczęścia, jednak mimo wszystko nadal będzie ograniczać nas nasz wrodzony poziom radości, którą potrafi odczuwać nasze ciało ze względu na genetykę. Naprawienie tej sytuacji polega w głównej mierze na zmianie sposobu myślenia zarówno o sobie, swoim życiu jak i świecie. Można próbować unikać sytuacji stresowych i wywołujących złe emocje, jeśli mamy tendencję do umartwiania się, lub wpadania w furię, ale uważam, że świat jest skonstruowany w taki sposób, że nie da się żyć pod kloszem. Można też próbować pracować nad swoim charakterem, żeby zacząć cieszyć się małymi rzeczami, przestać porównywać się z innymi i reagować spokojniej na nieprzyjemne wydarzenia w życiu, ale czy wtedy jesteśmy na prawdę w zgodzie z samym sobą i tym, jacy jesteśmy? Patrząc po sobie, dla ludzi z wzrodzonym niższym poczuciem szczęścia, ratunkiem mogłyby okazać się zioła uspokajające lub wspomaganie syntezy serotoniny i dopaminy, a także przede wszystkim pogodzenie się z samym sobą- samoakceptacja, nieporównywanie się do innych i docenienie siebie i swoich osiągnięć. Ale co jeśli jednak nie ma sensu dążyć do szczęścia, bo nie jest ono celem samym w sobie, a zamiast tego skupić się na swoich ambicjach i samorozwoju, a szczęście traktować jako produkt uboczny tych działań? Stać się ,,zadowolonym” zamiast ,,szczęśliwym”.

14 myśli na temat “Czy dążenie do szczęścia ma sens?

  1. Moim skromnym zdaniem da się zdefiniować stany szczęścia, szczęśliwości czy zadowolenia, choć będą to definicje subiektywne. Natomiast próby znalezienie sposobu na osiągnięcie takich stanów to przysłowiowe perpetuum mobile.

    Polubienie

        1. Ciekawe, nie spotkałam się jeszcze z taką definicją. Zawsze myślałam, że to coś, co,, wiecznie funkcjonuje”, albo napędzana samo siebie jeśli raz puścimy to w ruch.
          Jeśli to działanie bez szans na powodzenie, to tak, pasuje- można szczęście gonić, ale raczej nigdy go nie złapiemy, jeśli osiągnięcie szczęścia będzie celem samym w sobie. Chyba droga do tego szczęścia bardziej się liczy.

          Polubienie

  2. Dążenie do szczęścia…
    Wydaje mi się, że „za moich czasów” dążyło się do jakiegoś konkretnego celu – dostać pracę, dostać mieszkanie albo kupić dom , mieć dzieci itp.
    Nie utożsamialismy tego ze szczęściem, raczej z satysfakcją.
    Pozdrawiam.

    Polubienie

    1. Znam osoby, które są szczęśliwe z natury i niewiele im potrzeba, żeby cieszyć się życiem, inni z kolei dążą do konkretnych celów, żeby być przez chwilę zadowolonymi. Identyfikuję się raczej z tą drugą grupą, za to nie rozumiem pierwszej grupy. Może kiedyś nie było za dużo czasu, żeby zastanawiać się nad naturą szczęścia, tylko trzeba było działać. Na początku mojego pobytu w Australii pracowałam tak dużo, że nie miałam czasu zastanawiać się nad tym, czy jestem szczęśliwa. I wtedy byłam chyba bardziej zadowolona.

      Polubienie

  3. nie mogę zanegować istnienia frajd powodowanych czynnikami zewnętrznymi, bo sam ich nieraz doświadczam, jednak tak w ogólności, to w temacie „szczęście” bliższe jest mi podejście „wschodnie”, niż „zachodnie”… za tym zaś idzie moja teza, że ludzie, którzy nie są /nie czują się/ szczęśliwi mają tak głównie dlatego, gdyż za dużo o tym myślą…
    /głównie, bo chorzy na depresję z przyczyn organicznych to trochę osobna bajka/…
    powód ich niedoboru, czy wręcz braku szczęścia polega na tym, że go szukają, tworzą sobie jakąś jego iluzję, dążą do niej z klapkami na oczach przegapiając wszystko, co ich otacza i co się dzieje tu i teraz.. tak więc na Twoje pytanie końcowe odpowiem tak, że takie dążenie istotnie nie ma sensu, że lepiej skupić się na chwilowych zadowoleniach, satysfakcjach, niż na pogoni za czymś, co jest po prostu fikcją generowaną przez umysł… to trochę jak z kolarzem, który bierze udział w wyścigu i pojęcia nie ma, jakie fajne widoki mija na trasie, różnica jest tylko taka, że on do mety w końcu dojedzie, zaś taki ptyś „dążący” do szczęścia raczej nigdy…
    ale jest to tylko moje prywatne, subiektywne zdanie, są bowiem „kolarze”, których kręci jechanie dla samego jechania, to ono jest dla nich źródłem szczęścia, widoki na trasie ich nie interesują i to także jest okay…
    p.jzns 🙂

    Polubienie

    1. Ale zarówno kolarz, który podziwia widoki jak i ten, który lubi jazdę samą w sobie cieszy się procesem dochodzenia do szczęścia, więc oni mają większą szansę być szczęśliwi. Ci, których interesuje tylko wynik końcowy i znalezienie się na mecie, szczęśliwi nie będą. Szczególnie, że człowiekowi zawsze mało i jak tylko osiągnie jeden cel, to zaraz będzie mieć następny i tak w nieskończoność.

      Polubienie

      1. w sumie to nie jest ważne, czy ten nasz kolarz podziwia widoki, czy napawa się jedynie samym jechaniem, istotne jest, że w obu przypadkach wie, że żadnej mety (realnie) nie ma, więc nie zawraca sobie tym głowy…
        co do celów, to nie ma czegoś takiego, jak „żyć bez celu”… nawet jak ktoś idzie do klopa, to zawsze ma jakiś w tym cel /np. poczytać w spokoju swój ulubiony tygodnik sportowy 🙂 /, a gdy klop okaże sie zajęty, to od jego psychiki tylko zależy, jak bardzo go to sfrustruje, jak wielki sobie z tego stworzy problem…
        tak wracając do analogii sportowych, to kiedyś zapytano kilku sprinterów, o czym myślą podczas biegu na setkę /czy na ileś tam/… pierszy odpowiedział, że myśli o nagrodzie, która go czeka, gdy wygra… drugi powiedział, że myśli o swojej kobitce, jak wielką frajdę jej sprawi swoim sukcesem /też jakaś nagroda/… trzeci odparł, że gdy biegnie, to myśli tylko o tym, żeby biec jeszcze szybciej… fajna odpowiedź w rzeczy samej, taka „tu i teraz”, ale to jeszcze nie to, o co chodzi… moją sympatię budzi odpowiedź czwartego: „wcale nie myślę, po prostu biegnę”…
        moim zdaniem ten czwarty ma najwiekszą szansę, aby nie czuć się źle, gdy nie wygra tego biegu…
        i w tym momencie można się pokusić o definicję szczęścia taką trochę „od tyłu”, że szczęście jest wtedy, gdy nie czujemy się sfrustrowani, zawiedzeni, rozczarowani, rozżaleni, rozgoryczeni, albo np. wystraszeni, itp. etc, ujmując to sumarycznie, dużym słowem: nie cierpimy… a od czego to zależy?… tu się uprę, że (głównie) od nas samych, a dokładniej, od tego, co „robimy” z naszym umysłem, zaś to, co zrobimy z naszym otoczeniem, to już sprawa drugorzędna…

        Polubienie

        1. Czyli upraszczając- cieszenie się drogą do celu daje więcej szczęścia niż dotarcie do celu. Miałoby to sens, ale to znaczy, że ci bardziej ambitni nie będą mogli żyć szczęśliwie, a to oni pchają świat do przodu różnymi osiągnięciami i wynalazkami, trochę to dziwne z perspektywy ewolucji. Albo ciesz się tym, co tuni teraz, albo ambitnie goń szczęście, którego nigdy nie dogonisz.

          Polubienie

  4. Zazwyczaj osoby, które nie uważają się za szczęśliwe, nie potrafia być też zadowolone. To pierwsze jest abstrakcyjnym konstruktem, to drugie konkretnym odczuciem płynącym z ciała ze spokojności umysłu, im dluzej żyję, tym bardziej jestem sklonna twierdzić, że szczęście to zadowolenie górnolotnie nazwane.

    „Patrząc na to, że rodzeństwa wychowywane w tych samych warunkach, w tej samej rodzinie i według tych samych wartości, mają kompletnie różne charaktery, to śmiem wątpić, że charakter jest czymś, na co mamy wpływ.”

    Te 40% niby leży w naszych rękach, ale co leży w naszych rękach? Bo przynajmniej kilkanaście pierwszych lat naszego życia nie jest czasem przeżytym bardzo świadomie. A to wtedy ustalamy sobie role jakimi ciągle będziemy pogrywać. Co z tego, że rodzina ta sama, skoro rodzeństwo przydziela sobie role – jest bohater rodziny (pracuś nastawiony na zadania, który biegnie do matki, żeby dostać od niej za odhaczenie pracy miłość warunkową, on się w przyszłości zaorze, żeby wszystko wszystkim zorganizować), kozioł ofiarny (to on zawsze jest w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie, to jemu najczęściej nie udaje się skończyć edukacji, bo bycie oczkiem w głowie matki odhaczył już kto inny), dziecko we mgle (ten, któremu trzeba ciągle pomagać, skupiający na sobie uwagę „wrażliwością”, jadący na głębi, której świat nie rozumie) … Te role ludzie przyjmują zanim zaczynają myśleć. No i jeszcze … nie każde dziecko kocha się tak samo. Tak po prostu jest.

    Polubienie

    1. Mam wrażenie, że czasami kilkoro dzieci może grać podobną rolę, ale wobec innego rodzica, albo po prostu tę samą rolę- jeden będzie pracusiem furiatem, drugi pracusiem spokojnym. Ale te podświadome schematy pozostawiają jeszcze mniejsze pole manewru niż te 40%.
      Dla mnie szczęście i zadowolenie są rozdzielne. Szczęście jest stanem, który pochodzi z mojego wnętrza/ nastawienia do świata, zadowolenie pochodzi od konkretnych sukcesów i osiągnięć. Więc to drugie jestem w stanie odczuwać mimo, że szczęścia chyba nie potrafię.

      Polubione przez 1 osoba

      1. Też sądzę, że role mogą być podobne w stosunku do innych osób z rodziny. To tylko role. To my im nadajemy zbyt duże znaczenie w naszym życiu. Np. uważamy, że ktoś sobie bez nas nie poradzi. Tymczasem każdy człowiek kiedyś znika, a reszta świata bez niego trwa. Dodatkowo, osoby, które ogłaszają, że sobie nie radzą, w sposób nieomal magiczny zazwyczaj znajdują osoby, które za nich załatwią ich sprawy 😊 Uważasz, że zadowolenie płynie z sukcesów i osiągnięć. A czy zdarzyło Ci się kiedyś usiąść przy kawie/herbacie, spojrzeć przed siebie i być zadowoloną, że jesteś „tu”? Taki rodzaj zadowolenia „z niczego” mam na myśli.

        Polubienie

        1. Ci którzy nie potrafią sobie radzić mają właśnie tę jedną wspólną cechę, że potrafią znajdować ludzi, którzy całe zmaganie ze światem odwalą za nich.
          No właśnie wydaje mi się, że to zadowolenie z niczego to jest właśnie szczęście, czyli uczucie zadowolenia płynące ze mnie, ze środka. Ale jeśli jestem zadowolona z ciszy przy tej herbacie, albo z tego, że mam chwilę wolną, to chyba jest to zadowolenie z czegoś konkretnego.

          Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s