Australia

Szok kulturowy

Dziki indor

Jestem w Australii już cztery lata. Jako że świat jest teraz bardziej niczym jedna globalna wioska, a Internet, książki, programy podróżnicze przybliżyły nam to, jak wygląda żcyie w innych krajach, to nadal znalazło się kilka rzeczy, które wprawiły mnie w Australii w osłupienie. Bez zbędnej gadaniny, zapraszam na krótki przegląd dziwactw, które mnie zaskoczyły.

  1. Bardzo często w mieszkaniach w blokach jest zakaz wywieszania prania na balkonach, żeby nie psuć estetycznych doznań u osób, które na ten budynek patrzą. I pewnie też, żeby agenci nieruchomości mogli żądać więcej pieniędzy za budynek, który tak pięknie wygląda. Jestem przeciwnikiem takiego przerostu formy nad treścią, gdzie lepiej jest katować ciuchy w pralko-suszarce, która skraca żywot materiałów, albo chować pranie w domu i wąchać pozostałości proszku, zamiast powiesić to wygodnie i praktycznie na balkonie. Budynek, w którym ja mieszkam przewiduje 500$ kary za pranie na balkonie i zastrzega, że pranie wywieszone wewnątrz domu powinno być tak schowane, żeby nikt nie mógł wypatrzeć go nawet przez nasze okno. Na szczęście wiele nacji olewa ten zakaz i nie donosi na siebie nawzajem, więc większość ludzi i tak to pranie wywiesza.
  2. W centrum Sydney jest mnóstwo bezdomnych żyjących przy stacjach pociągowych, przy sklepach albo we wnękach budynków. Temperatura jest na tyle łaskawa przez cały rok, że są w stanie przetrwać na tej ulicy w każdą porę roku. Najczęściej żyją tam na tej ulicy z całym swoim dobytkiem, tysiącem koców, walizek, dupereli i wygldąda to naprawdę fatalnie, kiedy się chodzi wokół nowoczesnych budynków, a pod nimi odbywa sie jakieś dzikie koczownicze życie.
  3. Jeśli już przy bezdomnych jesteśmy, to często widzę, jak Australijczycy podchodzą do tych bezdomnych nie tylko rzucić im parę drobnych, ale nawet zagadują ich przez chwilę, pytają jak im mija dzień, co tu robią, jak to się stało. Nie wiem, czy to typowo angielska kultura small talk, żeby z każdym uciąć sobie luźną pogawędkę, czy oni na serio przejmują się losem tych ludzi, ale zupełnie tego nie rozumiem. Różnie się toczą ludzkie życia, ale jako imigrant, który bez kontaktów, jakiegokolwiek doświadczenia w pracy i bez ukończonej lokalnej szkoły, poradziłam sobie i na ulicy nie mieszkam, zawsze podchodzę do tych zdrowych żebrzących bardzo nieufnie.
  4. Basen jest płatny za wejście, a nie za ilość godzin tam spędzonych. Płaci się ustaloną kwotę jak za bilet do kina i można rozmakać w tym basenie niczym rodzynka, a i tak cena jest taka sama jak za 10 minut przebywania na tym basenie.
  5. Jeszcze dziwniejsze jest to, że przy wejściu na basen i baseno-aquapark nie trzeba ściągać butów. Wszyscy łażą tam w swoich kozakach, trampkach lub czymkolwiek innym, a wokół człapią również pływający- w klapkach lub boso. O dziwo, na tych basenach nadal jest czysto. Może dlatego, że nie ma tutaj śniegu i oblodzonych dróg, które w Polsce sypiemy piachem i solą, i nie ma za często deszczu, który zaowocowałby błotem na butach.
  6. Na basenie ludzie pływają w płetwach i maskach z rurkami do oddychania. Bardziej spodziewałabym się tego ekwipunku na plaży, nie wiem, do czego jest to potrzebne na basenie.
  7. DLa osób, które nie mają ochoty pływać w oceanie, są zbudowane baseny zaraz przy plaży, najczęściej po części osadzone w skale/ klifie. Dzięki temu basen wygląda jak przedłużenie morza- zresztą wpada do niego oceaniczna woda, kiedy fale rozbijają się o basen i o plażę.
  8. Ogólnie ludzie nie ściągają butów, wchodząc do czyichś domów, albo nawet do swoich domów. Buty ściągają głównie Azjaci i Słowianie, osoby z reszty Europy, USA i Australii chodzą w butach po domu.
  9. Poprzedni punkt jest o tyle dziwniejszy, że w mieszkaniach najczęściej cała podłoga to dywan, wszędzie, w każdym pomieszczeniu. Rzadko zdarzają się posadzki, a na tym jakiś mniejszy dywanik, chociaż wydaje mi się, że nowsze mieszkania zaczynają właśnie tak wyglądać. Te starsze i biura to cały dywan od ściany do ściany. Dodajecie do tego chodzenie w butach, a nie w kapciach…
  10. W Sydney do niedawna nie było tramwajów. Zaczęły się nieśmiało pojawiać mniej więcej, kiedy przyleciąłam do Australii. Mamy tylko kilka linii, głównie wokoło centrum i ich ilość to nic w porównaniu do dużych polskich miast. Nie ma też metra, po mieście jeżdżą autobusy i pociągi. Linie tych drugich czasami nurkują poniżej poziomu ziemi, ale więcej jest odcinków przebiegających na powierzchni.
  11. Przystanki autobusu na jednej trasie są tak blisko siebie, że czasami jedzie się dosłownie 20-30 sekund pomiędzy jednym a kolejnym przystankiem i znowu autobus się zatrzymuje, żeby ktoś mógł wsiąść/ wysiąść.
  12. Nie ma biletów miesięcznych, czasowych, semestralnych itp. Każdy ma kartę (albo posługuje się kartą płatniczą), którą się przystawia do terminala w autobusie i płacimy za pokonaną trasę. Z tego powodu wchodzenie i wychodzenie z autobusu odbywa się w formie kolejki, bo wszyscy tą kartą muszą ,,pipnąć” przy wejściu i wyjściu (to samo z pociągiem, ale tam terminali jest więcej). Dodajcie do tego bardzo gęsto upakowane przystanki i nagle podróż autobusem zajmuje wieczność!
  13. Mimo że Sydney to takie wielkie miasto, to wybór produktów jest bardzo okrojony. Niby mamy te same marki, które znam z Polski, ale nie wszystkie produkty tych marek są dostępne. Często stacjonarnie sklep ma mniejszą ofertę, a na stronie internetowej rozszerza trochę ilość produktów, ale wciąż nie ma wszystkich, które znalazłabym w Polsce. Nawet w moim małym mieście.
  14. W każdym domu i mieszkaniu są alarmy przeciwpożarowe przyczepione do sufitu. To jest coś, co mnie doprowadz do szału. Raz, że te debilne alarmy muszą mieć przegląd raz w roku, więc muszę czatować w mieszkaniui brać wolne z pracy, aż przyjdzie facet i rozpyli sobie trochę dymu, żeby sprawdzić, czy detektor działa. A po drugie, częśto te detektory są montowane dosyć blisko kuchni (bo mieszkanie jest małe i nie było innych opcji), więc w naszym 24-piętrowym budynku słyszę dwa fałszywe alarmy dziennie, szczególnie kiedy Azjaci smażą coś na głębokim oleju.
  15. Nad każdym otworkiem w gniazdkach jest jeszcze dodatkowy malutki przełącznik (jak do światła), i dopiero jego pstryknięcie aktywuje to gniazko elektryczne. Takie samo coś jest w Wielkiej Brytanii i do tej pory zastanawiam się, do czego to jest niby potrzebne. Ale większość Australijczyków na serio najpierw wyłącza tym pstryczkiem gniazdko elektryczne, a dopiero potem wyciąga z gniazdka wtyczkę. I nieufnie patrzą na mnie, kiedy ja od razu ciągnę za wtyczkę.
  16. Pralka nie jest w łazience tylko albo w osobnym pokoju (przy większych mieszkaniach), albo w ,,szafie” (w mniejszych mieszkaniach). U mnie pralka, kilka półek, szafek i zlew żyją sobie we wnęce w ścianie, która zamyka się na drzwi, dlatego nazywą jaą szafą- taką jak szafa na wymiar, od sufitu do podłogi. Popularne są też pralnie, a bloki z małymi kawalerkami mają często wspólną pralnię na parterze.
  17. Można kupić mięso z kangura w supermarkecie. Jest to dla mnie dziwne tylko dlatego, że to trochę taki narodowy zwierzak, który jest też na wielu symbolach narodowych, godłach, flagach itd, więc to tak jakby Chińczycy jedli pandy, albo Polacy żubry. Na marginesie, polecam ięso z kangura, jest zdrowe, zawiera mało tłuczu, a dużo żelaza, i ma bardzo ładny ciemnoczerwony kolor.
  18. Jeśli jesteśmy już przy jedzeniu, to australijski hamburger ma jako dodatek plasterek ugotowanego buraka w środku. Całkiem smaczne połączenie.
  19. W supermarkecie znalazłam ogórki kiszone- i ku mojemu przerażeniu bardziej popularne są ogórki pokrojone w plasterki, niż ogórki w całości.
  20. W mieszkaniach są pojedyncze szyby, nie takie podwójne, jak w Polsce, przez co izolacja od zimna z zewnątrz jest zerowa. W starszych mieszkaniach tą szybę można spokojnie wziąć i w ogóle wyjąć z ramy okiennej, po prostu zerowa izolacja.
  21. Powyższe czyni australijskie domy koszmarnie zimnymi podczas zimy, kiedy na zewnątrz jest 5 stopni rano, w nocy i wieczorem. Nigdzie nie zmarzłam tak bardzo jak w starym australijskim domu. W Polsce chodzimy po dworze w kurtkach, po czym wracamy do ciepłego domu i kaloryferów. Tutaj po chłodzie na dworze, wracamy do zamarzniętego mieszkania, gdzie nie ma kaloryferów. Czasami siedzę u znajomych w kurtce w ich domu, jeśli mieszkają w starym budynku.
  22. Nie sprzedają ptasiego mleczka w sklepach. To był dla mnie największy cios. Delicji też nie ma, ok, kłamstwo, są, nazywają się Jaffa cakes, ale nie są zbyt popularne. Nie znalazłam też budyniu, który mogłabym zrobić na ciepłym mleku. Wszystkie ,,budynie” to puddingi do robienia na zimno.
  23. W sklepie za to jest solone masło. Przy pierwszych zakupach, kiedy przeczytałam na maśle napis ,,niesolone”, to zawiesiłam się na chwilę, bo to świadczyło o tym, że w sprzedaży musi być również ,,solone”. Kanapki z nim smakują całkiem dobrze, ale solone masło nadal mnie dziwi.
  24. Ludzie zdają się nie zarznąć w stopy. W zimie widzę ludzi w kutrkach, w kapturach i w swetrach, którzy nadal noszą klapki japonki, a cdo tego potrafią mieć krótkie szorty. Wszystko przy + 5 stopni. Wolałabym cienszy sweter niż gołe stopy. Nie potrafię przeżyć zimnych stóp.
  25. Australijczycy to geniusze w podwatrzaniu raz usłyszanego słowa jak papuga. Ja czasami nie potrafię powtórzyć nowego słówka po angielsku, a oni są w stanie powtórzyć słowo z każdego języka ot tak po prostu, nie ważne jak jest długie. Może to dlatego, że ćwiczą obeznanie z dziwnymi dźwiękami na imionach z całego świata. Tyle razy musieli się szybko nauczyć obcobrzmiących imion osób z całego świata, że powtarzanie obcych wyrazów weszło im w krew.
  26. Na pasach nie ma ,,zebry”, są tylko dwie równoległe linie, które zaczynają się na jednej stonie jezdni i ciągną do drugiej strony jezdni.
  27. Kiedy kończy się czas na przejście przez jednię, to sygnalizacja świetlna miga czerwonym światłem. W Polsce było: zielony ludzik= idź, zielony ludzik miga=kończy się czas na przechodzenie, czerwony= stój. Tutaj jest zielony= idź, czerwony miga=kończ przechodzenie, czerwony=stój.
  28. Ludzie dziękują kierowcy autobusu, wychodząc z pojazdu, albo chociaż podnoszą rękę w geście podzięki i pożegnania się z kierowcą. Zwyczaj w sumie uroczy, chociaż gdybym była kierowcą, to wolałabym, żeby ludzie nie dziękowali mi za wykonaną pracę, tylko dali mi spokój.
  29. Mój partner, pracujący w większej firmie niż moja, musiał podpisywać specjalny dokument, że nie będzie niestosownie prześladować koleżanek w pracy. Uważam to za przesadę, szczególnie, że panie nie musiały podpisywać, że zobowiązują się nie prześladować kolegów w pracy. Wydaje mi się, że przez to panowie boją się żartować w pracy, żeby nie zostało to jakoś źle zrozumiane przez wojujące feministki.
  30. Uważam, że Australijczycy, w imię kultury brytyjskiej, boją się konfrontacji. Lepiej się pouśmiechać do klienta/ kolegi/ pracownika, potakiwać, naobiecywać, a potem po ciuchu i tak zrobić po swojemu, albo najlepiej już nigdy się nie odezwać. Pamiętam, jak kiedyś pytałam, czy po próbnym dniu pracy zadzwonią do mnie z informacją, czy mnie przyjmą czy nie- nigdy nie oddzwonili. Zresztą nie oni jedyni. W pracy też mam wrażenie, że nie można komuś wprost powiedzieć, że coś źle zrobił, albo że jego pomysł nie trzyma się kupy, żeby tej osoby nie urazić.
  31. Pracownicy mający kontakt z klientem naprawdę uśmiechają się i szczebioczą przez cały dzień. Nie wiem, jaka jest ich tajna moc, ale podziwiam ich, że potrafią tak funkcjonować cały dzień. Z drugiej strony udzieliło mi się takie funkcjonowanie, kiedy pracowałam w kafejce, mimo czasami niemiłych klientów.
  32. Po parku biznesowym, gdzie pracuję, 20 minut samochodem pod centrum, chodzą sobie dzikie indyki i grzebią w ziemi, w biały dzień. Chodzą też po kamusie uniwersytetu. Nocą można w mieście zaobserwować jeszcze więcej zwierzaków.

To już chyba wszystkie zadziwiające drobiazgi, jakie wprawiają mnie w osłupienie w Australii. Czy was też coś kiedyś zaskoczyło w innych krajach? A może to wasi zagraniczni znajomi mieli moment zwątpienia, kiedy coś ich zdziwiło w Polsce?

29 myśli na temat “Szok kulturowy

  1. Akurat część z tych „dziwactw” w Polsce by sie przydała. Choćby w podejściu do bezdomnych, którzy u nas i ofiarami agresji padają. Jak wysiadam z autobusu to może nie dziękuję, ale też nigdy nie zdarzyło mi sie wyjść bez słowa, o ile kierowca nie był gburowaty. Przyznam, że Australia jest jednym z tych krajów w których nigdy nie chciałbym mieszkać, a to za sprawą jadowitych węży, pająków i innego draństwa 🙂 Niewielu rzeczy sie boję, ale węży nienawidzę i nawet od naszych Polskich żmij trzymam sie z daleka.

    Polubienie

    1. Każdy zawsze wymienia pająki i węże jako argument za omijaniem Australii, a ja jeszcze ani jednego węża nie widziałam. Wydaje mi się, że one słyszą, kiedy ludzie się zbliżają i starają się uciekać. Więc zobaczyć można najczęściej te martwe, ale nawet i na martwe się jeszcze nie natknęłam. Pająki się zdarzają i tutaj ciekawostka- w Polsce jako dziecko bałam się ich bardzo, jeśli wyskakiwały skądś znienacka, to od razu robiłam się blada jak ściana, a w Australii nagle zaczęłam elegancko je łapać do szklanek i wyrzucać na dwór. W domu mieliśmy jednego dużego jak ludzka dłoń (ugryzienie boli, bo rozmiar szczęk jest spory, ale nie jest jadowity. Jadowite są najczęściej te małe). W pracy w biurze też często się zdarzają, szczególnie w pomieszczeniach na parterze. I też: dziada do szklanki i hop na dwór.

      Polubienie

  2. Zabawne, bo Australia kojarzyła mi sie z gorącem i raczej Polskich zim tam nie uświadczysz, wiec to siedzenie w kurtce w domu mnie zdziwiło 🙂 Ale jeszcze mało wiem o świecie 🙂

    Polubienie

    1. Mnie też zdziwiło, i to bardzo nieprzyjemnie. W poprzedniej kawalerce mieliśmy kiepskie okna i kiepskie ściany- w zimie w mieszkaniu było 5 stopni, a ja całą zimę spędziłam w puchatym szlafroku i pod kocem, w lecie było 40 i wtedy pryskaliśmy się wodą w spreju niczym żaby. W nowym mieszkaniu jest już normalnie.

      Polubione przez 1 osoba

  3. Tylko do punktu 8 i 9, bo reszta w ogóle by mnie nie zdziwiła.
    Optuję za tym australijskim zwyczajem i od dawna praktykuję go we własnym mieszkaniu. Jak tylko któryś gość chce ściągać buty wyrażam stanowczy sprzeciw. Choć tego nie mówię wprost, nie mam zamiaru wąchać czyichś stóp, szczególnie w ciepłe dni. Przed drzwiami wejściowymi jest wycieraczka, a to, co się ewentualnie wniesie zawsze można zmieść lub odkurzyć po wizycie. Jeśli miałbym wstręt do sprzątania, nikogo bym nie zapraszał. Ale gdy idę do kogoś też nie pytam, czym mam ściągnąć obuwie, a już tym bardziej nie założyłbym starych, zdezolowanych papci dla gości, w których nie wiadomo kto chodził. Najwyżej gospodarz mnie już nie zaprosi.

    Polubienie

    1. Myślę, że to ubieranie przypadkowych kapci u gospodarza to byłoby coś, na co Australijczycy zareagowaliby osłupieniem. W sumie zapomniałam dodać jeszcze jednej rzeczy do tych dziwactw: wchodząc do domu nie ściąga się butów, a z drugiej strony nie zdziwcie się, kiedy zobaczycie kogoś na boso chodzącego po mieście po chodniku. To też się zdarza.

      Polubienie

  4. Bardzo ciekawy wpis! O najlepszych perełkach nie dowiesz się z przewodników, tylko od ludzi mieszkających w tym kraju na co dzień. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś powrócisz do tematu, więc wyłapuj dziwactwa, notuj, zapisuj, wypunktuj i wrzucaj na blog.
    Z tym wywieszaniem prania i chodzeniem w butach w domu – faktycznie dziwne. I durne, zwłaszcza to pranie.
    Numer 7 mi się podoba i działa na wyobraźnię…
    Na wyobraźnie działa też, niestety, to zimno przy pojedynczej szybie… Brrrr!
    Numer 13 – Jakie produkty masz na myśli? Spożywcze czy odzieżowe?
    Też spotykałam się z różnymi dziwnymi zwyczajami w innych krajach, zwłaszcza w Turcji, gdzie przez chwilę mieszkałam. Ale to w ogóle temat na osobny wpis, który może kiedyś popełnię.

    Polubienie

    1. Bardzo dziękuję i zachęcam w takim razie do podobnego wpisu o Turcji. Byłam tam dwa razy na wakacjach, ale ukrywanie się w hotelu nie daje możliwości poznania kraju, niestety.
      Co do produktów to chyba najbardziej brakuje tutaj tych kosmetycznych. Ciuchy są, H&M jest, sporo drogich małych butików, do których nigdy nie wchodzę też jest, co do spożywczych to powiedziałabym, że jest trochę większy wybór, jeśli celujemy w kuchnię azjatycką, ale kosmetyki i makeup? Niby jest L’oreal, ale nie wszystko to, co pamiętam z Rossmanna, Garnier też jest okrojony, nie ma prawie żadnych wcierek do włosów, nad czym pomstuję za każdym razem, wchodząc do drogerii…

      Polubione przez 1 osoba

  5. Ciekawe zestawienie. A co do butów – przed wojną, w domach doktorskich czy adwokackich, gdzieś tam w Krakowie – ale po prawdzie to wszędzie, gdzie stać było właściciela na służbę – chodziło się w butach. Aczkolwiek chyba nie wszędzie były dywany 😉 Wiesz, w tych czasach, gdy kobieta nigdy, ale to nigdy nie pokazywała kawałka gołej stopy, bo to było niedopuszczalne – w lecie obowiązywały po prostu cieńsze pończochy i tyle. Sandałki z pasków skórzanych – i cieliste, cieniuteńkie pończochy. Gołej kończyny nie pokażesz i szlus.
    A popatrz dobrze, tylko nie nazbyt nachalnie, czy ci bezdomni nie mają aby tatuaży? Bo może są tak grzecznie traktowani, bo to rdzenni? I jednak w Pl pokutuje, że jak bezdomny, to z powodu alkoholu. Co nie musi być prawdą, ale jest tak silnym stereotypem, że z czasem obraca się w rzeczywistość.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Ci bezdomni z centrum miasta to w sumie najczęściej biali Australijczycy. Może w innych miastach/ albo częściach miasta jest większy przekrój etniczny, ale w centrum dominują biali panowie. Myślę, że to na serio kultura small talk i uśmiechania się do wszystkich, podziwiam że Australijczycy potrafią być tak pogodni cały czas.
      Co do tatuaży, to jest to tutaj bardzo popularne. Sporo osób ma tatuaż i podoba mi się, że nie są zmuszani do zakrywania go w pracy. Przynajmniej u nas w firmie nie ma wymogu, żeby koleżanka zakryła tatuaż na karku, a kokega nosił długi rękaw, bo ma wytatuowaną cała rękę. Może jest to jnaczej traktowane, kiedy ma się kontakt z klientem, tego jeszcze nie wiem.

      Polubienie

  6. sporo tego, więc tak nie o wszystkim:
    – ten opis podejścia do bezdomnych kojarzy mi się z południem Francji, tam też ludzie traktują ich co najmniej życzliwie, nie traktują ich jak shit /jak w Polsce/, tylko właśnie zagadają, zamienią kilka słów, niektórzy mają nawet takich swoich „dyżurnych” klochów, którym regularnie wręczają jakieś drobne… po prostu homelessi traktowani są tam jak ludzie mający pecha, a nie jak „odrażający, brudni i źli” alkoholicy /”koniecznie” alkoholicy/…
    – za to zaciekawiły mnie te dzikie indyki w parku z zestawieniu z bezdomnym, bo tak sobie pomyślałem, że taki homeless raczej głodny nie jest, skoro tyle drobiu w okolicy 🙂
    – a skoro przy jedzonku… z tego, co wiem, to w Australii jest wiele gatunków kangurów, jedne są rzadkie i ściśle chronione, innych jest na tyle dużo, że idą na odstrzał, wcale bym się nie dziwił istnieniu ferm hodowlanych odmian kangurów przeznaczonych do zjedzenia…
    – kwestia butów… chyba nie ma w Polsce jakiegoś jednolitego zwyczaju na ten temat… wszystko zależy od chwilowej pogody na dworze i od relacji, stopnia poufałości z gościem… podam przykład: ma kumpla, który w mokre dni sam podrzuca mi laczki, gdy go odwiedzę, a w suche dni nie da mi się nawet schylić do butów: „wyluzuj, sucho jest”… zaś gdy się jest u kogoś, kogo się słabo zna, to nieraz gość sam pyta na wejściu: „jak tu u ciebie z butami?”… naprawdę nie ma reguł w tej kwestii, ustalane są na miejscu, „na tą chwilę”…
    – nie powiem, uprzejme „dziękuję” czy „do widzenia” kierowcy to miły zwyczaj, sam to praktykuję, gdy wysiadam z autobusu relacji międzymiastowej, ale w komunikacji miejskiej faktycznie jawi mi się jako pewna przesada… zresztą w Polsce kierowca przeważnie siedzi w swojej kabinie i nawet nie ma jak… za to przyjęte jest podziękować, gdy kierowca chwilę poczeka na biegnącego do wozu pasażera na przystanku… najczęściej procedura polega na geście ręką, który kierowca widzi w lusterku…
    – solone masło /lub margaryna/ – w Skandynawii to normalka… ale kiedyś w latach kryzysu takie masło sprowadzano do Polski z Holandii i faktycznie budziło pewne zdziwienie… ciekaw jestem, co na to koty, które lubią się dorwać do masła na stole… niby koty lubią słone rzeczy, byle jednak nie za słone…
    – za to kiszone ogórki w plasterkach chyba by mnie nieco zbulwersiły… wolę jednak sam decydować, czy jem takiego w całości, czy kroję /np. do sałatki/…
    p.jzns 🙂

    Polubienie

    1. Też nie mogę przeżyć tych plasterkowych ogórków kiszonych. To profanacja jest!
      Ja w Polsce nigdy nie byłam u nikogo w domu w butach, absolutnie zawsze się ściągało…
      A co do indyków, to zdziwiło mnie również to, że one potrafią latać. Nie wiem, dlaczego, ale ubzdurało mi się, że są na pewno bardzo ciężkie i nie latają, ale nieprawda. Odkryłam to dopiero niedawno, kiedy zauważyłam jednego skubańca na drzewie na wysokości trzeciego piętra.

      Polubienie

      1. bo faktycznie ptaki z rodziny „kurowate” marnie latają, niemniej jednak czasem im się zdarza, nawet na trzecie piętro…pamiętam z dziecięcych lat, jak na wyskokim drzewie ogrodu sąsiadów pojawił się paw, jakby nie było krewniak indyka… nikt pojęcia nie miał skąd i jak się tam znalazl… ptaszydło siedziało na tym drzewie ładne kilka dni, od czasu do czasu tylko darł japę na całą okolicę… wreszcie zniknął tak samo tajemniczo, jak się pojawił…

        Polubione przez 1 osoba

  7. Nie wiem, czy nie zostanie to źle odebrane, ale wszędzie tam, gdzie mogę, staram się wywoływać dyskusję zmierzającą do zmiany podglądów w kwestii noszenia „obuwia w domu”. Prawdę pisze „aksinia-kawa-pudelka”, że zwyczaj chodzenia w butach jest ściśle powiązany z poziomem kultury, pozycją i miejscem na drabinie społecznego rozwoju. Nie będę się rozwodził, rozwijając kwestie estetyki i bhp, ale oporni niech sobie wyobrażą, że np. wchodzą na proszony obiad do królowej Elżbiety w … laczkach. Nie trzeba zresztą mierzyć tak wysoko … „konia z rzędem temu”, kto dostrzeże np. w hiepermarketach sprzedawców biegających w domowych laczkach. Kilka dni temu jedna z łódzkich firm kurierskich zlecających pracę zdalną koordynatorom zwolniła pracownika, który pracując w domu ubrany był w służbowy uniform (biała koszula, kombinezon), ale uporczywie chodził w domowych kapciach. Nie pomogło tłunaczenie, że na kilkaset wizyt kurierów w tygodniu tylko kilka to klienci z zewnątrz …

    Polubienie

    1. obuwie w pracy to kompletnie osobny temat, tu wszystko zależy od samej pracy, miejsca i rodzaju zajęcia, decydują zwykle względy praktyczne… gdy praca jest sporo „chodzona” w pomieszczeniu /np. pielęgniarka, pracownik magazynu lub personel hipermarketu/ to laczki są tak samo bez sensu, jak szpilki, czy płetwy…
      przykład obiadu u królowej angielskiej jest też mocno nie na temat, bardziej na temat by było pytanie, co miał na nogach nieboszczyk Filip, gdy szedł do sypialni…
      kwestia sprowadza się tylko do jednej sytuacji: prywatne mieszkanie i kiedy gość zdejmuje buty, kiedy nie, kiedy tego odeń wymagać, kiedy nie, kiedy od siebie wymagać będąc gościem, kiedy nie, etc… już na tym drobnym odcinku rzecz nie jest jednoznaczna i nie ma jednej reguły, sprawa jest przeważnie dość intuicyjna do rozstrzygnięcia w każdym indywidualnym przypadku…
      p.jzns 🙂

      Polubienie

  8. Przytaczając przykłady zawsze staram się, aby skrajnością nie zachęcały do polemizowania. Nie zawsze się to udaje. Myślę, że jeżeli komuś nie pasuje obiad u królowej Elżbiety to może sobie wyobrazić obiad w hotelowej restauracji, gdzie gość „schodzi” na obiad w kapciach. Oczywiście tu też można „się czepiać”, bo np. młody A. Delon wchodził do najdroższych restauracji w Paryżu tylko po to, aby się demonstracyjnie wysikać, a Michnik przyjmował odznaczenia państwowe w sweterku i „jebansach”. Ale nie o to chodzi, bo post raczej dotyczy zachowań wśród „niższych sfer”.
    Natomiast ten drugi przykład dotyczył pracownika na zdalnej pracy, który w domu przyjmował kurierów i klientów. W obu przykładach chciałem zasygnalizować to, że nasz ubiór nie powinien zrażać innych osób, a to, że jest on (ten ubiór) uzależniony od wielu innych czynników, nieraz nawet demaskujących pochodzenie i wychowanie, to już zupełnie inna sprawa.
    Skoro Ty zapolemizowałeś księciem Filipem to i ja zapolemizuję. Osobiście mało mnie interesuje w czym Filip zasuwa do sypialni (albo jak używa bidet), ale już bardziej byłbym zainteresowany jakiego koloru brustaszy
    https://www.lancerto.com/pl/blog/butonierka-i-brustasza-czym-sie-roznia-i-co-powinienes-o-nich-wiedziec
    użył towarzysząc żonie. Bo wiadomo, że np. pomarańczowa brustasza nie pasuje do żółtego kostiumu. Tą polemiką chciałbym zwrócić uwagę, że kwestia butów może być b. istotna w pewnych środwiskach, a w innych prawie nie istnieje.

    Polubienie

    1. Wygląda na to, że różne osoby różnie pojmują dobre wychowanie w kategorii ściągania lub nie ściągania butów. Tutaj mamy postawę uważającą ściąganie obuwia za nietaktowne, bo zmusza postronnych do wąchania skarpetek gości, z kolei większość Azji uważa, że ściąganie butów właśnie pokazuje szacunek do gospodarza.
      Wydaje mi się, że wyższe sfery chodziły/ chodzą w butach po domu, bo wygląda to elegancko, i pewnie po domu chodzą również w porządnych sukienkach, garsonkach itp, żeby w każdej chwili móc przyjąć gości w eleganckim stroju. Jestem pewna, że w swojej prywatnej komnacie chodziliby ubrani normalnie, a jeśli nie, to wygląda mi to na przerost formy nad treścią i dopasowywanie się do sztywnych reguł nienagannego ubioru, bo przecież szlachcic to nadczłowiek.
      Ja wolę ustalać ze znajomymi, czy chcą być w butach, albo czy ja mam je u nich ściągać. Poza tym, ci sami Australijczycy, którzy chodzą w butach po domu, chodzą w japonkach lub boso po mieście. Wszystko na opak.

      Polubienie

      1. to jest w sumie naprawdę bardzo proste: gdy wchodzę do kogoś po raz pierwszy to sam pytam „jak tu u ciebie z butami?”… w końcu to teren gospodarza, on tu ustala reguły gry…
        a jak ktoś wchodzi do mnie, to patrzę, jak jest na dworze… jak sucho, to niech robi co chce, a jak mokro, to sam wie, co robić /np. zapytać/… dla wybranych w odwodzie są „gościnne” laczki, jakby co, zawsze jakoś da radę wybrnąć…
        i po co to całe zamieszanie i plątanie do sprawy królowej angielskiej? 🙂
        intuicja rulez, a nadmiar myślenia sucks…

        Polubienie

        1. wyjątek: funcjonariusze publiczni, tacy jak kominiarz sprawdzający stan wentylacji, czy pracownik gazowni/elektrowni odczytujący stan licznika… oni są na chwilę, nie ma czasu na zbędne rytuały, ale zwykle mają na tyle taktu, aby te buty wytrzeć przed drzwiami, czy ostukać ze śniegu… tak przynajmniej jest w moich uwarunkowaniach…

          Polubienie

  9. „Po co to całe zamieszanie i plątanie do sprawy królowej angielskiej?” – ano po to, aby sobie wyobrazić jak niestosowne są wszystkie inne sytuacje, gdy w laczkach wchodzimy tam, gdzie inni chodzą w butach, albo w butach do łóżka (tak robią Amerykanie 😉 ). Myślę, że gdybyś zamiast królowej podstawił kierownika restauracji – jak proponowałem – to wtedy łatwiej by było zrozumieć, że „dzielimy włos na czworo”. A skrajności podałem dlatego, że w hotelach niższej kategorii niektórzy pewnie by poszli do koryta w kapciach, ale do królowej to może już nie. I tu jest sedno sprawy … stosowność, adekwatność …
    Czuję, że teraz walniesz wykład na temat tego dlaczego Amerykanie nogi z butami kładą na stół, albo na łóżku … a nie o to przecież chodzi.

    Polubienie

    1. chyba źle czujesz, bo ja nie wiem dlaczego Amerykanie wchodzą w butach na Amerykanki… może po prostu tak chcą i lubią?… za to przypomniałeś mi, jak kiedyś jakaś kobitka tłumaczyła mi niestosowność sytuacji, gdy facet puka panienkę w skarpetkach…
      ale może ten temat sobie darujmy, bo wchodzimy w sferę przaśnego, rubasznego męskiego dowcipu, a nie wiemy, jak nasza Gospodyni może się czuć w tym klimacie 🙂

      Polubienie

      1. Zgadzam się … to nasze przekomarzanie trwa zbyt długo. Więc może pozostańmy przy tym, że ja stawiam hipotezę, iż zdejmowanie butów jest różnie odbierane w różnych środowiskach, a większość komentujących (i chyba czytających) ze mną się nie zgadza i uważa, że buty powinno się zdejmować, bo jest to oznaka szacunku, tradycji, i regionalnych zwyczajów.

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s