Przemyślenia · Z życia wzięte

Związek-pułapka

To już któryś z kolei wpis o relacjach, ale mam nadzieję, że jeszcze się wam nie przejadł ten temat. Chciałabym napisać coś na temat związku, ku przestrodze dla młodych i dla rozryki dla starszych, żeby wiedzieli, jacy młodzi potrafią być w związkach naiwni.

Jestem osobą bardzo rozsądną- do tego stopnia, że po niesatysfakcjonującym związku z miłości, postanowiłam, że przyszedł czas na to, by związek zaplanować i wykalkulować. Wydawało mi się, że jeśli się dobrze osobnika prześwietli i będzie on dobrze rokować, a potem się go oczaruje, to taki związek powinien wypalić i nareszcie spełnić moje oczekiwania (nie były one super wygórowane, chciałam po prostu kogoś, kto nie będzie leniem i kto będzie nadawał się do dorosłego życia i tworzenia rodziny, w przeciwnieństwie do poprzedniego lekkoducha, żyjącego myślami w jakimś alternatywnym świecie). Na szczęście studiowałam na uczelni, która z racji oferowanych kursów obfitowała w studentów-facetów. Nie musiałam długo czekać, aż trafił się odpowiedni osobnik: z dobrej rodziny, pracowity, studiujący przyszłościowy kierunek, nie zawalił żadnego kursu, miał hobby w postaci koszykówki, cieszyło mnie, że nie grał za dużo na komputerze, mieszkał sam z kolegami, więc musiał nauczyć się gotować i był religijny (to ostatnie mnie od niego odrzucało, bo nie jestem związana z wiarą katolicką, chociaż do ateistów tym bardziej mi daleko. Niemniej jednak stwierdziłam, że skoro moja głębokowierząca przyjaciółka jest taka kochana i kieruje się dobrymi wartościami w życiu, to on pewnie też będzie. Jak dobrze podejrzewacie: pudło!). Dopięłam swego i po kilku miesiącach byliśmy już razem. Po około roku zamieszkaliśmy ze sobą i cieszę się z tego za każdym razem, gdy tego troglodytę wspominam, bo bez mieszkania ze sobą i przebywania 24 godziny na dobę nigdy bym nie odkryła, że mój idealny książę przyszedł w pakiecie z paskudnym charakterem. Taka krótka dygresja na marginesie- zawsze będę zachwalać wspólne zamieszkanie ze sobą przed ślubem, nawet jeśli ktoś jest wierzący i tego nie popiera. Ale niestety jest to najlepsza metoda na sprawdzenie, czy ta osoba funkcjonuje na codzień tak, jak nam pasuje. Można chociaż od czasu do czasu pojechać razem na wakacje, albo mieszkać razem tylko na weekendy, ale będę się kłócić, że trzeba!, bo bez tego nie pozna się dobrze tej drugiej osoby.

Przyznam szczerze, że powinnam uciec już wtedy, kiedy nasze rozmowy stały się męczące. To był facet, z którym ciężko się rozmawiało, bo mimo że studiował jeden z cięższych kierunków inżynierskich, więc wydawałoby się, że jest inteligentny, to nigdy nie miał żadnej opinii o czymkolwiek. Najpierw zawsze mówił ,,nie wiem”, gdy chciałam usłyszeć jego opinię, potem przerodziło się to we wzruszanie ramionami, a finalnie przeszło w szybsze przeżuwanie obiadu. Jakby procesy myślowe i opiniotwórcze mu zanikły. Musiałam się głowić i czytać więcej artykułów lub oglądać więcej filmów, żeby zabawiać go monologiem, bo chętnie słuchał, marudził, gdy między nami panowała cisza, a jednocześnie na ,,co o tym myślisz” wzruszał ramionami. Ponadto, mój ukochany okazał się świetnym manipulatorem w stylu ,,podgrzewania żaby”, która nie wie, co się dzieje, zanim nie będzie za późno. Zaczęło się niewinnie- od niepomagania w drobnostkach dnia codziennego. Na wspólnym wyjeździe ze znajomymi pan i władca oznajmił, że on idzie do kościoła, a ja mam iść na zakupy, bo sklep niedługo zamykają i zostaniemy bez niczego. Nie dość, że te ciężkie zakupy taszczyłam przez nieznane mi miasto, to w domu zostałam wyśmiana, że w niedzielę nie powinno się chodzić do sklepu. Dodatkowo takie złe niewierzące dziewczęta jak ja tak właśnie źle kończą, że muszą iść na zakupy, bo nie mają wymówki (jak on), by się od tych zakupów wymigać. Byłam wtedy zbyt zaskoczona, żeby zareagować i umknęło mi również to, że msza była także wieczorem, a nie tylko w tych ostatnich godzinach otwarcia sklepu.

Facet miał też zbyt duże poczucie dumy, więc kiedy na innych wakacjach musieliśmy z walizkami dojść do pensjonatu sami, bo debil bał się poprosić znajomych o podwiezienie (bo to by źle wyglądało, że mężczyzna sam sobie nie umiał tego zorganizować), to taszczyłam moją walizkę przez las, a potem po oblodzonej kładce pod wodospadem. Niezapomniana wyprawa. Ale wtedy tłumaczyłam sobie, że może w górach nie było zasięgu, więc nie mógł zadzwonić, a widoki były na tyle ładne, że nie chciało mi się psuć wyjazdu już na początku.

I nasz ostatni wyjazd, również niewypał, gdy moja mama wygrała voucher w jakimś konkursie, którym mogłyśmy zapłacić za część wakacji za granicą. Namówiłam mojego faceta, by jechał ze mną, ale musiał zapłacić swoimi pieniędzmi. Ile ja się nasłuchałam przez cały wyjazd, że on musiał tak dużo wydać, a ja sobie cwaniacko załatwiłam niższą cenę, to nie jestem w stanie zliczyć. I tu pojawiła mi się pierwsza wielka lampka ostrzegawcza, bo jeśli twój partner nie potrafi cieszyć się z twoich sukcesów, zazdrości ci, albo uważa, że na coś nie zasługujesz, to nie jest to osoba warta związku.

Między czasie, kiedy w końcu zamieszkaliśmy razem, choć facet nie był chętny na ten pomysł, bo to przecież nie po katolicku, zaczęły się codzienne niewinne dogryzki. Najlepsze było to, że gościu po każdych niemiłych słowach do mnie próbował mnie przekonywać, że przesadzam, że na pewno mam jakieś traumy z poprzedniego związku, dlatego źle reaguję na jego zaczepki i wyolbrzymiam, a on przecież nie jest taki. Jeśli to nie działało, to mówił mi, że nie ma prawa się gniewać, bo ON będzie się źle czuć, a nie po to jest ze mną w związku, żeby mu było źle. Szczerze powiem, że po wielu zdaniach w stylu ,,jesteś wredną małpą”, ,,ale głupio wyszłaś na tym zdjęciu”, ,,beznadziejnie ci ten obiad wyszedł”, to już sama zaczynałam wierzyć, że on ma rację, a ja przesadzam. Zawsze, kiedy chciałam zwierzyć się koleżankom, zatrzymywałam się w pół słowa- przecież narzekanie, że facet mówi do mnie ,,nie noś tego, bo masz w tym za małe cycki” i ,,umyłabyś te gary po obiedzie, a nie leżała, bo nie mogę kawy zrobić” brzmią mało poważnie i w prównaniu z innymi problemami wydawały się niewarte omawiania. Dlatego zaczęłam wierzyć, że może naprawdęto ja przesadzam. I wtedy los sprawił, że odwiedziłam na święta jego dom rodzinny i posłuchałam, jak mąż i syn jeżdżą słownie po żonie/matce, mówiąc jej przy mnie ,,nie ruszaj tej śrubki przy choince, bo ty nic nie potrafisz dobrze zrobić”. W tamtym momencie dotarło do mnie, że warto jest też popatrzyć na relacje pomiędzy mamą a tatem swojego partnera, bo bardzo możliwe, że będzie on kopiować te wzorce niczym wredna małpa, jak luby lubił mnie przezywać.

Mówiłam już, że nie pasowało mu, że ze sobą zamieszkaliśmy, bo to nie po katolicku i co ludzie powiedzą. Na szczęście jego współlokator nagle wyprowadził się do dziewczyny, a mojemu facetowi nie chciało się szukać nowej osoby do pokoju, a tym bardziej nie uśmiechało mu się więcej płacić. Dlatego spłynęła na mnie łaska zamieszkania razem. Wygoda okazała się ważniejsza od tego, co wypadało robić po katolicku. Wygoda również zatriumfowała w sferze seksu (wybaczcie mi tak intymną wstawkę, możecie pominąć resztę akapitu, jeśli was to gorszy)- bo facet jak mantrę powtarzał, że wystarczy się wyspowiadać i po krzyku. Zawsze mi się wydawało, że aby spowiedź była ważna, musi pojawić się mocne postanowienie poprawy, że nie popełni sie tego grzechu ponownie. Ale pan i władca oznajmił, że przecież nie chodzę do kościoła, więc się nie znam i wystarczy się wyspowiadać, po czym można to robić dalej, bo tak było wygodnie. Na szczęście nie musieliśmy się długo przejmować tym dylematem, ponieważ facet miał małe problemy w tej sferze. Nie wiem, może to jego podświadomość nie pozwalała mu na łóżkowe ekscesy, bo godziły w jego wiarę, więc upośledziła ciało, by utrudnić mu grzeszenie, kto wie : ) Skończyło się na tym, że za seks raz w tygodniu facet zaczął mnie wyzywać od popieprzonych nimfomanek i obniżył częstotliwość do jednego razu na dwa tygodnie, mówiąc, że jestem nienormalna.

I wybaczcie mi jeszcze jedną intymną- niesmaczną wstawkę, ale muszę ją opisać, bo w tamtym momencie dojrzałam do decyzji, że pakuję walizkę i wychodzę tak jak stałam. Otóż na jedne wakacje zostaliśmy w domu, ponieważ pan i władca miał praktyki studenckie w dużym mieście. Ja zostałam dla towarzystwa, uczyłam się, zajmowałam sobą i mieszkaniem. Pewnego dnia mój organizm postanowił, że z nudów odpali sobie swój ulubiony program ,,śmiercionośny okres” i zamęczy mnie na śmierć. Musicie wiedzieć, że to był czas mojego życia, kiedy bycie kobietą regularnie zabijało mnie co miesiąc, lekarze rozkładali ręce, ja jadałam z sześć leków przeciwbólowych na raz, a i tak kończyło się na zwijaniu się na łóżku, a potem zwijaniu się na podłodze, kiedy po wizycie w toalecie mdlałam w połowie trasy i nie byłam w stanie doczołgać się do łóżka. No więc w tamte wakacje nadszedł dzień zemsty mojego organizmu i skręcałam się tak przez sześć godzin, trochę na kanapie, trochę na podłodze, poryczałam sobie trochę z bezsilności między drugą a trzecią tabletką przeciwbólową, nie jadłam nic od samego rana, bo ból wyrwał mnie ze snu i prześladował od samego rana. Pół godziny przed powrotem pana i władcy przestało mnie boleć i leżałam na kanapie umęczona tak bardzo, jakbym nie spała trzy dni i kopała rowy. Poprosiłam, żeby facet zrobił mi kanapkę, gdy wrócił z praktyk studenckich, ale niestety usłyszałam, że jak mnie już nie boli, to powinnam sobie móc tę kanapkę zrobić sama, a przy okzaji zrobić też jakąś jemu, bo właśnie wrócił z pracy i jest zmęczony : )

No więc widzicie? Chyba na serio facet miał rację, że przesadzam, bo nasz związek zrujnowała głupia kanapka : )

A teraz już na poważnie. Bardzo ciężko się odchodzi od ludzi, którzy stopniowo nas przyzwyczajali do swoich złośliwości, pomalutku, po troszeczku, żebyśmy nie wiedzieli, kiedy przekroczyliśmy tę granicę ,,dozwolonych małych zgryźliwości”. Bardzo ciężko jest osobom jak ja z małym poczuciem właśnej wartości (czyli pewnie większość nastolatków) zrozumieć, że wcale nie przesadzają i są po prostu manipulowani. Ciężko się również tłumaczy babciom i ciociom czemu się rzuciło tego ułożonego chłopaka, bo przemocy psychicznej nie widać- nawet dla ofiar jest ona nie do końca uchwytna. I choć facet na odchodnym powiedział mi, że zmarnowałam półtora roku jego życia, to ja nie odczuwam tego w ten sposób. Ja nauczyłam się, co mi w związku nie odpowiada i tego, że nie da się wykalkulować związku. Że partner musi ,,chcieć” się dla nas starać, a nie tylko przejawiać możliwości do pomocy, ale nie chcieć podejmować w tym kierunku kroków. Teraz wiem, że trzeba szukać kogoś, kto nas słownie wspiera, żebyśmy przy jego boku czuli się pewniejsi i silniejsi. I mimo, że w moim obecnym związku też sobie czasami dogryzamy, to czuć, że jest to z przymrużeniem oka, z innym tonem głosu, z niepoważnym wyrazem twarzy, a miłych słów jest sto razy więcej. Wątpię, że ten poprzedni facet się wcześniej maskował. Wydaje mi się, że był taki zawsze, tylko gdy byliśmy ze sobą całe dnie i noce, to coraz bardziej mi ufał i coraz więcej mówił, nie dlatego, że taki był jego misterny plan, tylko dlatego, że sam mi bardziej ufał i uważał za swój święty obowiązek ustawić mnie do pionu.

Czy wy też macie jakieś związki porażki? Albo wpadliście na partnerów o psychopatycznych zapędach?

27 myśli na temat “Związek-pułapka

  1. nie do końca czuję detale Twojej opowieści, na przykład te religijne, bo nie jestem ani katolikiem, ani wyznawcą żadnej innej religii, co więcej nie jestem chrystiano- czy katolo-centrycznie uwarunkowany i wiem, że ludzie nie dzielą się jedynie na katolików i tzw. „ateistów”… są na świecie jeszcze inne, nawet fajne religie, nie wyjaławiające umysłu tak, jak chrześcijaństwo…
    ale mniejsza o te detale, które akurat są najmniej istotne… dla mnie bazowy błąd polegał na podejściu do idei związku już na samym początku… wychodzi na to, że nie chodziło Ci o znalezienie partnera życiowego, tylko o obiekt, rzecz, przedmiot, który zaspokoiłby Twoje oczekiwania… wreszcie taki przedmiot znalazłaś, ale zapatrzona w swoją iluzję błędnie rozpoznałaś sytuację, na szczęście sprzeczność między iluzją, oczekiwaniami, a realnym stanem faktycznym okazała się na tyle waląca po oczach, że porę zorientowałaś się w jaki shit wdepnęłaś… ta kanapka nic nie zrujnowała, bo ten związek był ruiną już od początku i wcale nie z winy tego kolesia, bo on był po prostu sobą…

    skoro pytasz, to odpowiadam, że wszystkie związki /włącznie z obecnym/ miałem i mam udane poza jednym, gdy kiedyś zadufany w sobie chciałem być partnerem i terapeutą 2-in-1, ale nie nazwę tej kobiety „psychopatką”, bo to była naprawdę bardzo fajna laska, tylko słaba, zbyt słaba, żeby sobie ze sobą poradzić, a moja „mocność” okazała się niewystarczająca…
    p.jzns 🙂

    Polubienie

    1. Wiem, że istnieje jeszcze tysiące innych religii, choć w polskiej rzeczywistości nie ma ich już tak wiele, dlatego skupiłam się tylko na tym jednym rozgraniczeniu: katolik kontra ateista. Uważam, że osoby z różnych religii nie powinny tworzyć związków, bo nie będą mogli dojść do porozumienia odnośnie tego, w duchu której religii wychowywać dzieci.
      Tak, moje założenia odnośnie związku były błędne, ale chciałam wtedy sprawdzić, czy jeśli związek z miłości nie działa, to może ten wykalkulowany podziała? Uważam, i to całkiem poważnie, że po jakimś czasie pojawiła się w tamtym wykalkulowanym związku miłość, przynajmniej z mojej strony, bo starałam się, dogadzałam, zabawiałam i dbałam o tamtego faceta- bo chciałam, bo uważałam, że on na to zasługuje, lubiłam go na swój sposób. Nie wiem jak z jego strony. Znam w Australii dwie pary z Indii, które żyją w zaaranżowanym małżeństwie, czyli wykalkulowanym przez ich rodziców, i mimo bycia już w Australii, nadal trwają razem, choć mogliby pójść w osobne strony. Ale po czasie zaprzyjaźnili się ze sobą i chcieli się starać. To pokazuje, że nawet i wykalkulowany związek ma szansę przetrwać, jeśli jeden z partnerów nie jest dupkiem.
      Ta wstawka o kanapce, to już była ironia z mojej strony : ) Ale jestem pewna, że z perspektywy tamtego gościa właśnie tak to wyglądało: ,, narzekałem na dziewczynę cały czas i miałem rację „.
      Gratuluję samych dobrych związków, i zazdroszczę, że podejmujesz tak dobre wybory.
      Bycie terapeutą dla partnera rzadko kiedy działa, bo żeby partner był w stanie dać nam pełnię miłości i dobry związek, to musi zacząć od siebie i uporządkować własną głowę. Za niego tego nie zrobimy.

      Polubienie

      1. te pary hinduskie to jakby trochę inna bajka… żadne z nich nic nie kalkulowało, tylko ktoś za nich skalkulował, np. rodzice, w efekcie oboje są ofiarami systemu, gdzie aranżowanie związków (małżeństw), a nazywając rzecz po imieniu: ZMUSZANIE ludzi do bycia razem to pewna norma…te ofiary jadą na jednym wózku, nie dziwi więc, że z czasem mogą się plubić, zaprzyjaźnić, czy nawet pokochać…one nawet nie muszą postrzegać się jako ofiary, dla nich być może po prostu „tak ma być” i bunt nie przychodzi im wcale do głowy…
        tu natomiast mówimy o nieco innej sytuacji, o tym jak ktoś znajduje sobie obiekt pod swoje oczekiwania przypisując mu cechy, których wcale nie musi mieć, mija jakiś czas i rzeczywistość skrzeczy coraz bardziej…
        z drugiej strony jednak takie związki nie zawsze są skazane na fiasko, czasem realia faktycznie mogą się pokryć z oczekiwaniami, w końcu czasem ktoś wygrywa w Lotto… bywają też związki nie partnerskie, tylko oparte o relacje sado-maso, w takich związkach jedna strona wyraźnie dominuje, niejako „kształtuje” partnera/kę pod swoje potrzeby, a drugiej to odpowiada i podporządkowuje się… co ciekawe, takie związki bywają nieraz nadzwyczaj harmonijne, mimo że dla zwolenników relacji partnerskich mogą wydawać się chore…

        Polubione przez 1 osoba

  2. Wbrew pozorom człowieka nie da się „prześwietlić”, ale niektórzy próbują. 😉 Gdyby jednak komuś taka sztuka się udała, to jeszcze jest problem z jasnowidztwem, bo nie wiemy co w danym związku wydarzy się za lat 10, 20 … Natomiast wiadomo, że człowiek w całym swoim etapowym rozwoju, osiąga różne poziomy m.in. zależne od płci, genetyki, czy środowiska. To dlatego małżeństwo zgodne w chwili ślubu, już po kilku latach może – na skutek różnic w psychofizycznym rozwoju – zauważyć pogłębiające się różnice. Także okresy meno/andropauzy mogą, a nawet powiny występować w różnym wieku jego i jej. Z tego powodu zmieniają się zwyczaje, potrzeby, oczekiwaniaod partnera, zainteresowania, aktywność społeczno-zawodowa, pęd do wiedzy, sukcesu, czy stabilizacji.
    PS. Od jednego z moich kolegów, niezwykle surowego, i apodyktycznego w pracy managera dużej firmy komputerowej, odeszła żona. Powód: „mąż w domu bywał … panfoflarzem”. Gotował, zmywał, nawet robił zakupy, a żonie rano podawał śniadanie do łóżka. Żona odeszła do innego, który na powitanie zrobił jej „tuning” twarzy wybijając ząb i podbijając oko. Podobno są szczęśliwym małżeństwem …

    Polubienie

    1. niewykluczone, że kobitka pochodziła z przemocowej rodziny i miała wdrukowany pewien skrypt, jak ma wyglądać i funkcjonować małżenstwo, a działania małżonka – „pantoflarza” kompletnie się w ten skrypt nie wpisywały…

      znam nieco pokrewny przykład: pewna pani dała dyla od męża pijaka i damskiego boksera i wdała się w romans z panem, który nie pił, nie bił i był nadzwyczaj czuły… romans nie trwał jednak długo, pani zupełnie dobrowolnie, bez żadnych nacisków wróciła do męża, a kochanek dopiero po czasie zrozumiał, że aby ją zatrzymać musiałby tłuc ją jeszcze mocniej…
      ten przypadek podchodzi trochę pod syndrom sztokholmski, ale sprawa staje się jasna po przyjrzeniu się małżeństwu rodziców owej pani, gdzie ojciec rodziny też miał szybki start odręczny…
      p.jzns 🙂

      Polubienie

      1. W tym przypadku ona po prostu wstydziła się meża „pantoflarza”. I tak sobie myślę, że może niepotrzebnie do związku małżeńskiego wprowadzamy opinie z zewnątrz i poddajemy się ocenie koleżanek, rodziny, środowiska, a nawet psychologa.
        Dwa lata pracowałem jako psycholog, wydałem w tym czasie kilkanaście orzeczeń psychologicznych i wiem, że można je „o kant d… rozbić”. Standardy, normy, zasady, wskaźniki itp. to tylko pomoc dla psychologa. W rzeczywistości każdy człowiek jest inny, każdy wymaga indywidualnego podejścia, i tak chyba powinno być? 😉
        „Syndrom sztokholmski” to zbyt pochopna kwalifikacja, bo żona nie została ani porwana, ani uwięziona. To raczej efekt „podgrzewania żaby w wodzie”.

        Polubienie

        1. Wydaje mi się, że znajdzie się sporo ludzi, którzy będą potrzebować opinii innych, albo będą dążyć do pewnych zachowań w związku (ot tak, na pokaz), żeby uzyskać te pozytywne opinie. Dla niektórych jest ważne, że inni zazdroszczą im idealnego związku/ partnera, to ich podbudowuje. W ich przypadku opinia z zewnątrz napędza ich ego. W sumie nawet nie widzę w tym nic złego. Związek nie musi się rozgrywać tylko pomiędzy dwoma osobami.

          Polubienie

          1. „Związek nie musi się rozgrywać tylko pomiędzy dwoma osobami”
            to akurat jest bardzo ciekawe… co prawda osobiście uważam, że ludzie są w związkach dla siebie, a nie dla innych, ale wiem, że zdarzają się inne podejścia i poglądy na ten temat… są ludzie, którzy żyją w związkach tylko po to, aby „być w związku” i aby ktoś postrzegał ten związek jako „fajny”… mam jednak naprawdę spore wątpliwości, czy oni sami na pewno czują się fajnie w takiej sytuacji i czy ich partnerzy/ki czują się w tym fajnie…

            bo to jest tak: ktoś myśli, że jak będzie w związku, to będzie (mu) dobrze… po czym wkręca się w związek, ta druga osoba nieważna, ważne aby „był związek”… po jakimś czasie okazuje się, że wcale nie jest dobrze, następuje odkrycie, że nie chodziło o związek, tylko o to, żeby było dobrze… efektem jest cała seria różnych nieszczęśników, którzy siedzą po uszy uwikłani w różne niefajne sprawy i nie wiedzą, co z tym dalej robić…

            Polubienie

            1. Raczej chodziło mi o to, że są osoby, które chcą być w związku, kochają swojego partnera, a mimo to potrzebują jeszcze poklasku osób z boku. Ta opinia innych jest tutaj dodatkiem, a nie nadrzędną częścią związku, niemniej jednak jest tym ludziom potrzebna. To tak jak z osobami, którym ich ulubiona sukienka podoba się jeszcze bardziej niż dotychczas, kiedy ktoś ich skomplementował.

              Polubienie

          2. To prawda, że opinia, a szczególnie akceptacja środowiska, jest bardzo ważnym elementem funkcjonowania w społeczeństwie. Ale nikt nie bedzie oceniał np.: a/ jak partnerzy dyskutują ze sobą i w rodzinie, b/ czy ktoś się miga od domowych obowiązków, c/ kto jest cwaniak, kto debil, a kto małpa, d/ jaki był obiad, jakie były cycki, itd., itp, … W opinii zewnętrznej będzie się liczyło np. to, czy rozwijacie się w związku, czy raczej zwijacie (dzieci, inwestycje, cele).
            Swoją drogą … długo wytrzymałaś z tym debilem. 😉

            Polubienie

            1. jak widzę obaj z Anzai’em taktownie(?) omijamy kwestię seksu (bliskości cielesnej) w tej opisanej historii, trochę bez sensu zresztą, skoro ten temat został postawiony wprost…
              bez wdawania się w szczegóły, to jasne dla mnie jest, że gdy nie ma kompatybilności w tym temacie, to trudno mówić o sensownym związku… tu bynajmniej nie chodzi o o kwestie „techniczne”, tylko o „ważność” tego tematu dla jednej, jak i drugiej strony,,, gdy nie ma zgodności, to taki związek (moim zdaniem) nie ma sensu i szkoda tracić na to czas i emocje, bo ten temat zawsze będzie powodem konfliktu… a czy w związku chodzi o nieustanny konflikt? /pytanie otwarte/…

              dygresja nie na temat:
              są kobiety, które fatalnie znoszą znoszą swoją „miesięczną słabość” i nieraz uciekają się do opioidów, aby sobie z tym poradzić, ale bywa też czasem tak, że gdy przełamią pewne psychiczne tabu z tym związane, to seks okazuje się być najskuteczniejszym lekarstwem na ich ból…

              Polubienie

                1. Nie omijam kwestii seksu. bo dyskretnie pisałem o potrzebach, oczekiwaniach, a nawet wzwodach. Kompatybilność … tak to jest ważna sprawa. Kilka faktów z anatomii: Najmniejszy penis (zdolny do kopulacji) to 3 cm. w zwodzie, po opadzie … 5 cm!!!, o największym nie wspomnę z wiadomych względów. U pań minimalne ɸ waginy to ok. 0,5 cm., największe to … 43 cm. (wargi). Jeszcze większe różnice dotyczą technik, potrzeb, częstotliwości, oczekiwań, itp. Częstotliwość to także ważna sprawa, jedni potrzebują kika razy w tygodniu. inni tyle samo, ale w roku. Skrajne, ale jeszcze nie patologiczne potrzeby, to ok. 30 razy w ciągu jednego dnia, i raz w życiu dla poczęcia dziecka. Wszystkie przytoczone wyżej przypadki dotyczyły małżeństw w których mimo różnic doszło do poczęcia dziecka. 😀
                  I tu znowu pozwolę sobie wyrazić własne zdanie. Otóż uważam, że dopóki małżonkowie kłócą się, a nawet biją w ciągu dnia, a w nocy zgodnie (bez przemocy i nacisków) idą do łóżka to wszystko jeszcze jest Ok. A „jaja kobyły” elektronik komputerowiec, mogę jeszcze dodać, że gdy nie sprawdza się kompatybilność to pozostaje … emulacja systemów, czyli stosowne aplikacje. 😜 😁

                  Polubienie

                  1. @Anzai…
                    chyba nie zrozumieliśmy się w temacie „kompatybilność w seksie”, mimo że podkreśliłem, iż nie chodzi o technikalia, a tym bardziej już o kwestie anatomiczne,,, w końcu istnieje tyle technik uprawiania tego seksu, że te sprawy są bez znaczenia, zwłaszcza np. przy oralu…
                    poza tym tym, czy celem seksu jest rozmnażanie, poczęcie przyszłego, ewentualnego dziecka?… u gadów na pewno i u wielu gatunków innych zwierzą, ale np. przy delfinach i bonobo to już niekoniecznie, tym bardziej niekoniecznie w przypadku gatunku „naga małpa”, chyba że są to katolicy lub muzułmanie mentalnie pozostający na poziomie wspomnianych gadów… ale zostawmy to, bo to osobna sprawa…
                    tu chodzi o zupełnie inną kompatybilnośc, inaczej rozumianą… tu chodzi o mentalne podejście do tej sfery… dla jednych kwestia bliskości cielesnej z drugą osoba ma bardzo istotne znaczenie, dla innych nie ma kompletnie żadnego… tu jest konieczna zgodność, aby związek mógl zafunkcjonować jako związek… i tylko o to mi chodzilo…

                    Polubienie

                    1. Ależ zrozumieliśmy się, i to dokładnie. Ja celowo rozszerzyłem temat, aby nie epatować wyciąganymi co jakiś czas nowymi argumentami. Piszę przecież o oczekiwaniach, technikach, częstotliwościach i potrzebach. Nigdzie też nie pisałem, że celem seksu jest „tylko” prokreacja, to był przykład zaznaczony wyraźnie jako skrajny. „Bliskość cielesną” też rozszerzyłem o kwestię orgazmu, więc nie widzę powodu do kontestowania.

                      Polubienie

                    2. Jest jeszcze kwestia tego, po co komuś ten seks- jeden będzie widział to jako czysto fizyczne przeżycie, drugi jako bardziej psychiczne zespolenie się z drugą osobą. Jeśli partnerzy rozumieją, czemu ta druga osoba idzie z nimi do łóżka, to ich motywacje mogą być różne od siebie, a nadal będzie to działać. Niestety wydaje mi się, że tutaj zrozumienie jest tak samo ciężkie do wypracowania jam pomiędzy introwertykiem a ekstrawertykiem.

                      Polubienie

                    3. Z fizjologicznego p. widzenia seks, poza prokreacją, jest potrzebny dla rozładowania rosnących napięć, gł. psychoficznych i fajnie jest, gdy kończy się orgazmem o obojga partnerów. Ale tu znowu odzywa się natura, statystycznie on jest aktywny nad ranem (t.zw. „świtaniec”), a ona woli wieczorem. To jest dość obszerny temat …

                      Polubienie

                    4. co mówi Nauka na temat seksu /powodów i celów/ gatunku ludzkiego to temat dla naukowców…
                      tu chodzi raczej o indywidualne podejście do seksu, czym on dla kogoś jest i jaką pełni rolę /w związku i nie tylko/… dla kogoś może to być bardzo istotna, kluczowa sprawa, dla kogoś jedynie mało istotny dodatek, a jeszcze dla kogoś przykry obowiązek „bo tak się robi”… zgodność temperamentów, czy upodobań jest równie istotna, ale wstępny warunek to właśnie owa „zgodność podejścia”… skrajny przykład takiej zgodności to para, w której oboje mają libido bliskie zeru i prawie wcale tego seksu nie praktykują…

                      Polubienie

            2. Raczej sporo osób komentuje to, jam partnerzy się porozumiewają (postronne osoby zawsze będą plotkować na temat tego, jak często jakaś para się kłóci), na pewno będą komentować kto komu pomaga w domu (na wspólnych spotkaniach panie często komentują,, ale twój mąż super, sam odnosi naczynia po wszystkich do zlewu, pomaga” itp), będą też komentować,, jak on może z nią być, jest dla niego za brzydka”. Piszę z perspektywy kobiety- na prawdę mnóstwo komentarzy na temat związków innych słyszę od koleżanek. Jednym to przeszkadza (i zaczynają się wstydzić swoich facetów), innym to wisi 🙃 Prawdopodobnie tym, którzy rozstają się ze swoimi partnerami tylko dlatego, bo koleżankom się nie podoba, nie są zbyt rozwinięci emocjonalnie. Jednak jeśli komuś pozytywna krytyka ze strony koleżanek pozwala docenić oartnera jeszcze bardziej, to dobrze.

              Polubienie

              1. przypomniała mi się pewna zabawna historia:
                kiedyś z pewną Panią mieliśmy niesamowitą, genialną komunikację, ale jej styl przypominał dialogi z serialu o rodzinie Bundych… gdy pewna znajoma usłyszała naszą rozmowę była autentycznie przerażona i uważała, że musimy się „strasznie nienawidzieć” 🙂
                ale to bardzo często tak jest, że ludzie patrzą na przedstawienie, a nie widzą rzeczy i oceniają treść po nieistotnych detalach spektaklu…
                inna sprawa, że nas bardzo bawiły te opinie i czasem nawet urządzaliśmy specjalny w pełni improwizowany show gwoli szokowania publiki…

                Polubienie

        2. „syndrom sztokholmski” obecnie definiuje się szerzej, zaś paradoksalne reakcje zakładników, czy ofiar porwań to tylko jeden z objawów, generalnie zaś chodzi o toksyczne relacje między ofiarą i prześladowcą…
          ale okay, można to uznać za kwestie terminologiczne jedynie, nie jest żadną tajemnicą, że nazwanie czegoś, nadanie etykietki tworzy iluzję zrozumienia zjawiska…

          Polubione przez 1 osoba

    2. Jest szansa, że obie osoby ewoluują w podobnym kierunku, skoro ewoluowały razem i miały na siebie cały czas wpływ. Ale tak, to prawda, że to, że dobrze się układa teraz nie znaczy, że będzie w związku dobrze już zawsze.
      Nie rozumiem takich kobiet jak ta z opowieści. Powiem więcej, takie kobiety mnie denerwują, bo głupkowato podsycają mit, że kobiety lecą na,, złych chłopców”. No ale cóż… Jak to było? Każda potwora znajdzie swojego amatora?

      Polubienie

      1. Nie chodziło mi o ewolucję, ale o rozwój małżonków na poszczególnych etapach ich życia, a tutaj biologia nie daje żadnych szans. Ratuje tylko tolerancja.
        W podanym wyżej przypadku przytoczyłem tylko skrajne obserwacje cech obu partnerów. Natomiast jest w tym coś zwierzęcego, że kobietom imponuje silny fizycznie mężczyzna, a to, że leje je po gębie to już inna sprawa …

        Polubienie

  3. Jeśli już jesteśmy przy biologii, to ja zwaliłabym ten,, rozwój ” na hormony. Czasami można próbować coś tolerować, próbować nad sobą pakowac, przetłumaczyć coś sobie logicznie, a hormony i tak ułożą nam cały schemat reagowania w różnych sytuacjach (tak nawiązując do tej menopauzy i andropauzy).
    To, że mężczyzna ma być silny fizycznie, to pewnie potrzeba atawistyczna- jak silny, to obroni partnerkę przed dzikim zwierzem/ innymi ludźmi, było tak przez tysiąclecia i tak nam zostało. Tak samo jak inne cechy dizyczne, których panowie poszukują w paniach (świadczące o tym, że urodzą zdrowe potomstwo).

    Polubienie

    1. Hormony … tak, ale generalnie to jednak psychofizyka … coś komuś obwisa, opada, nie staje, marszczy się, otłuszcza, mamy inne potrzeby, zainteresowania i oczekiwania, przejawiamy inną aktywność, inaczej dojrzewamy, doroślejemy, głupiejemy i wreszcie starzejemy się. 😉

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s