Australia

Kultura pracy w Australii

Już od momentu decyzji o wylocie za granicę byłam nastawiona na to, że będzie trzeba się trochę napracować, bo nic samo z nieba nie spadnie. Miałam na pracę i chęci i siły, bo wiedziałam, że to dla mojego dobra i dla lepszej przyszłości, a jestem też osobą dosyć energiczną. Niestety na to, jak się w Australii pracuje, nikt mnie nie mógł przygotować : )

Przede wszystkim uważam, że funkcjonują tutaj dwie kompletnie przeciwstawne koncepcje na temat tego, jak powinno się pracować. Po jednej stronie barykady stoją głównie biali Australijczycy, Europejczycy z ,,lepszych krajów” i cała Ameryka Południowa. Dla nich należy znaleźć dobry balans pomiędzy pracą a resztą dziedzin życia. Należy mieć czas na odpoczynek, kiedy pojawi się dzień z lepszą pogodą, to należy wziąć sobie wolne, kiedy projekt w pracy zaczyna być męczący, to czas na chorobowe, i nie wolno zapominać o sześciu przerwach na kawę i herbatę dziennie, plus ukrywanie się w toalecie na grubszą sprawę kolejne dwa razy dziennie. Na przeciwległym biegunie stoją Azjaci i ewentualnie emigranci z gorszych krajów, ale przede wszystkim Azjaci i teraz jak o tym piszę, to myślę, że może ktoś mi zaraz zarzuci, że ten post będzie w rasistowskim tonie, ale dla mnie to po prostu stwierdzenie faktów.

Otóż ta druga grupa uważa, że praca jest wspaniała sama w sobie. Już z definicji praca jawi się jako coś godnego podziwu. Wydaje mi się, że w ich kulturze nie patrzy się na dobro jednostki, za to skupia się na dobru ogółu i ludzie ci są nauczeni myślenia w kategoriach ,,co mogę zrobić, żeby się przysłużyć społeczeństwu”. Większość z nas pewnie zna historyjki o azjatyckich rodzicach, którzy zamęczają swoje dzieci zajęciami dodatkowymi, albo każą im się wiecznie uczyć, bo każdy musi być lekarzem albo czymś równie prestiżowym. Niestety w większości przypadków to umiłowanie pracy objawia sie tym, że zamiast stawiać na jakość tej pracy, większość z nich stawia na ilość, ponieważ jest to o wiele łatwiejsze. Doprowadza to do przekonania, że robienie nadgodzin w pracy jest chwalebne, że można mieć kilkadziesiąt przerw w pracy w ciągu dnia, niewiele zrobić, ale jeśli się zostanie w pracy o godzinę lub dwie dłużej, to zasługuje się na medal. Ludzie zaczynają przyjeżdżać specjalnie wcześniej do pracy, po czym ten nadprogramowy czas i tak spędzają na ukrywaniu się w toalecie, albo na jałowych rozmowach ze współpracownikami, które nic nie wnoszą, ale oni mają poczucie, że omawiają bardzo ważne kwestie. Nie wiem, czy to tylko miejska legenda, ale podobno w Japonii słowem karoshi określa się śmierć z przepracowania. Jeśli ludzie musieli aż wymyśleć na to odrębne słowo, to znaczy, że musi być to zjawisko dość powszechne- potrzebowało nawet własnej nazwy. Moi znajomi Koreańczycy bardzo często pogardliwie odnoszą się do osób, które wychodzą z pracy o czasie, mówiąc, że ,,jak to się dzieje, że biali zawsze równo o piątej rzucają się na swoje samochody i jadą do domu, kiedy tyle jest jeszcze do zrobienia w pracy”? Niestety człowiek nie jest robotem, żeby pracować te osiem godzin, a potem nadal być wydajnym podczas nadgodzin. Więc kończy się na tym, że bezmyślne przestawianie czegoś z miejsca na miejsce, przenoszenie kartonów i palet, sprzątanie szafek, czytanie w kółko dokumentów, albo poprawianie kolorowych schematów i zmienianie w nich kreseczek na strzałki urasta do rangi ,,chwalebnej pracy”.

Niestety takie pokazywanie pracodawcy, że zostaje się po godzinach, kreuje iluzje, że się tak strasznie dużo robi, no bo przecież pracownik ślęczy dzielnie przed swoim biurkiem dłużej, więc na pewno zrobił więcej niż ci, co uciekli o czasie. To z kolei tworzy niezdrową rywalizację w dziedzinie ,,kto dłużej będzie ślęczeć ” i wszyscy w biurze zaczynają odczuwać presję, że w dobrym tonie byłoby zostać chociaż ten kwadrans dłużej, bo to dobrze wygląda. Nigdy nie zapomnę, jak nasza wysoko postawiona pracownica z Malezji mówiła, że praca w Australii jest super, bo ona tutaj pracuje ,,tylko” 9.5 godziny dziennie, a w Malezji pracowała od 8 rano do 9 wieczorem. Wróć, nie pracowała, tylko siedziała w pracy. Wątpię, że była produktywna przez wszystkie te 13 godzin. Uwielbiała nam również opowiadać historię o tym, jak to była odpowiedzialna za halę produkcyjną w poprzedniej pracy, co wymagało od niej bycia pod telefonem 24 godziny na dobę i ewentualne organizowanie mechaników w środku nocy, żeby naprawili maszyny na hali. Zdecydowanie chlubiła się tym, jak to strasznie musiała się poświęcać i traktowała to jak pracowanie 24 godziny na dobę, bo przecież cały czas myślała obsesyjnie o możliwych scenariuszach ,,co mogłoby pójść nie tak” (i tak na marginesie, nigdy do niej nie zadzwonili przez cztery lata pracy tam). Koleżanka z Wietnamu jak tylko zobaczy, że pięknie skończyłeś swoją pracę i zostało jeszcze 10 minut z twoich godzin pracujących, to od razu odeśle cię do innego działu do pomocy, bo ,,oni zalegają ze swoją robotą, więc dla dobra firmy my powinniśmy to za nich nadgonić”. Wszystkich jednak przebija nasza menadżerka z Singapuru, która podczas początków pandemii koronawirusa powiedziała mojemu działowi, że jako dział produkcyjny powinniśmy przychodzić teraz wcześniej do pracy i siedzieć dłużej (tak, oba na raz), ponieważ wytwarzamy coś, co można sprzedać i to generuje pieniądze na pensje wszystkich pracowników. Według niej to było szlachetne i całkowicie oczywiste, że naszym obowiązkiem było zacisnąć zęby i zasuwać bardziej, bo trzeba było ratować firmę. I zarżnięcie się dla dobra firmy jest spełnieniem marzeń każdej osoby. Cóż, gdybym to ja była tym menadżerem, to raczej zwołałabym ludzi z innych działów, żeby pomogli przy tej produkcji, skoro to było jedyne, co generowało przychody, a w ich działach nie było nic do roboty na czas pandemii. Ale nie, oni wystarczy, że przestawiali jakieś rzeczy i sprzątali szafki, a nasza praca ze zwiększonym obłożeniem była przecież tylko nasza i należało się cieszyć, że jesteśmy tacy potrzebni!

Rozumiem, że jeśli jest coś pilnego, to trzeba odżałować marzenie o spokojnym wieczorze i relaksie i ratować projekt w pracy, ale codzienne zostawanie dłużej, bo to takie chwalebne i czcijmy pracę dla samej idei pracy jest niestety głupie. Zmusza również ,,normalnych” do porzucenia zdrowego rozdzielenia pracy i życia osobistego, bo jak tu rywalizować z takimi pracoholikami o awans czy podwyżkę? Można tylko czyhać na to, aż dostaną zawału z tego przepracowywania się. Nie myślcie, że jestem leniwa i narzekam, że muszę się w pracy wykazać i że jęczę, że sukcesy same z siebie nie przychodzą. W mojej firmie mam opinię ciężkopracującej, w końcu za to bieganie pracodawca pomógł mi zostać tutaj na stałe, w przeciwnym razie pozbyliby się mnie już dawno. Niemniej jednak, robię wszystko szybko i sprawnie w godzinach pracy, odmawiając bezsensownych nadgodzin i krew mnie zalewa, jak menadżerzy nagradzają tych, co zostają po godzinach lub przychodzą w soboty, bo lista ich odhaczonych obowiązków jest krótsza niż ten czas, który im zlatuje na ukrywanie się w kiblu. Po pracy należy zająć się domem, ćwiczeniami fizycznymi, rozwojem osobistym, albo wzbogacić swoje relacje z bliskimi. Niestety zaczyna to w Australii zanikać. Patrzę tutaj z perspektywy dużego miasta, nie wiem, jak wygląda sytuacja w mniejszych, ale podejrzewam, że tam nadal funkcjonuje australijskie podejście ,,nie ma co się przejmować” i proporcja odpoczynku do pracy jest na korzyść tego pierwszego. W dużym mieście niestety azjatycka kultura zarżnięcia się w imię firmy i bezproduktywne ślęczenie po godzinach dla pokazania jak to się bardzo stara zaczyna być dominująca.

Nigdy nie miałam okazji doświadczyć tego jak wygląda to w Polsce. Pracowałam chwilę na lotnisku w rodzinnej firmie (więc człowiek poczuwał się w obowiązku pilnować biznesu jak własnego oka i robiliśmy często 12-godzinne zmiany przez brak pracowników), ale nie wiem jak działają większe firmy? Może jestem niesparawiedliwa, może to nie azjatycka kultura pracy, a raczej wszechobecny wyzysk wymyślony przez pracodawców, którzy promują niewolnictwo XXI wieku jako coś szlachetnego?

19 myśli na temat “Kultura pracy w Australii

  1. W Polsce albo się pracuje i nie ma czasu na życie, albo nie pracuje i nie ma za co żyć… Długo rypałem po 10 godzin i to w jednym z cięższych zawodów, wracałem ok. 18tej do domu, zjadłem i na łóżko, bo na nic już nie miałem sił… Takie życie to gówno nie życie… Praca powinna być częścią życia, a nie całkowicie je wypełniać. Co z tego że zarabiamy, skoro nic z życia nie mamy?

    Polubienie

    1. Prawda, człowiek nie może pracować non stop i nic z tego nie mieć. Wpada się wtedy w taki depresyjny marazm, albo jeszcze gorzej- człowiekowi już wszystko jedno, bo nie ma po prostu innych alternatyw. Każdy za swoje 8 godzin pracy dziennie powinien godnie żyć, bo każda oraca jest potrzebna. Zadowolony pracownik to szczęśliwszy i bardziej produktywny pracownik (i też taki, który rzadziej się myli). Niestety wyzyskiwacze wolą człowieka zajechać ile się da, a potem zmienić na lepszy model.

      Polubione przez 2 ludzi

      1. Jeszcze nie spotkałem takiego pracodawcy któremu by zależało na zadowoleniu pracownika. Może po prostu nie mam szczęścia do firm…Ale taki jest urok pracy dla prywaciarzy, że jedyne co sie dla nich liczy to pieniądze..

        Polubione przez 1 osoba

  2. Właściwie nie powinienem zabierać głosu, gdyż tak od dziesięciu lat w ogóle nie pracuję. Ale na to trzeba sobie solennie zasłużyć (to moje autorskie powiedzonko). Nie będę zabierał głosu w sprawie pracy w Australii i z Azjatami. Kompletnie nie mam pojęcia, o czym mowa. Mogę o pracy w kraju.
    Pracowałem w jednym zakładzie przez trzydzieści lat i przeżyłem dwa okresy. Pierwszy, nico dłuższy, wymagano ode mnie „siedzenia” od dziewięciu do jedenastu godzin na dobę, choć powinien trwać siedem i pół godziny. Drugi, kiedy po ośmiu godzinach pracy, realnego siedzenia przy biurku, byłem w zakładzie niemile widziany.
    Już na emeryturze najmowałem się do pracy u prywaciarzy. Tu bywało bardzo różnie. Od pracy ile mi się chciało, bez ograniczeń czasowych, po takie miejsca, gdzie dodatkowo cały weekend harowałem w na pełnych obrotach. Ale to się nie liczy, bo pracowałem, jakby to określić, dla rozrywki.

    Polubienie

    1. Chyba sztuką jest nadal pracować w zakładzie pracy, a mimo to być ,,niemile widzianym” po ośmiu godzinach, dzięki czemu można wyjść o czasie. Idealna równowaga.
      Podziwiam, że ludzie podejmują się na emeryturze pracy dla rozrywki. To już nie ten wiek, żeby sobie śrubę dokręcać. Chyba, ze sytuacja życiowa tego wymaga… Teraz przy wchodzącym nowym ładzie proponowanym przez władzę to wszyscy będą tyrać do śmierci, a dojeni przez państwo prywaciarze będą wymagać cudów od swoich pracowników.

      Polubienie

  3. W Irlandii z Azjatami jest podobnie, i także nie chcę aby to zabrzmiało rasistowsko, po prostu zauważam różnicę w mentalności. Mężowi zdarzało się podwozić do pracy (tej samej, co jego) panią z Chin, która nie rozumiała pewnych oczywistości, np. tego, że po pracy na nocki jedzie się do domu 1) żeby się wyspać, 2) bo dom i odpoczynek to fajne sprawy. Kultura pracy Polaków i Litwinów, która trąci Wschodem, to też osobna historia.

    Polubienie

    1. Najgorsze jest to, że ich męczeńska postawa w stosunku do pracy podoba się pracodawcom, którzy zaczynają wymagać tego od wszystkich. I nagle budzimy się w rzeczywistości, w której oczywistym jest, że życie składa się tylko i wyłącznie z pracy. W czasach, w których Skandynawia testuje siedmiogodzinny dzień pracy (wstępnie dla pracowników domów opieki) ta przepaść pomiędzy różnymi podejściami do pracy zaczyna się pogłębiać.

      Polubione przez 1 osoba

  4. Jako stary Australijczyk w dużej mierze się zgadzam.
    Z tym, że może miałem dużo szczęścia, ale ponad 20 lat pracowałem w sporych , ale nie za dużych instytucjach na bardzo konkretnych projektach i tam liczyło się tylko żebym wykonał projekt w terminie, ilości godzin nikt mi nie liczył.
    Sytuacja diametralnie się zmieniła w mojej ostatniej pracy, ogromny bank.
    Tam, po pierwsze nie dostawałem już tak dużych projektów. Wszystko było podzielone na drobne kawałki, kawałki porozdzielane na wiele osób. W rezultacie niezwykle wzrosła ilość dokumentacji, testowania, koordynacji, itp, itp,
    Tam też zauważyłem dominującą kulturę wysiadywania w pracy przez długie godziny.
    Panowała też opinia, że jest to kultura rodem z Japonii, gdzie podobno panuje zasada – nie wychodź z pracy wcześniej niż twój szef. No bo co będzie gdy szef ma jakieś pytanie i nie ma nikogo, kto mógłby odpowiedzieć?
    Faktem jest, że kierownictwo (nie przeważali tam Azjaci) wysiadywało długie godziny, ale to wynikało z potrzeby wielostopniowej koordynacji tych nadmiernie rozdrobnionych projektów.
    Nie słyszałem o wypadku, żeby ktoś z kierownictwa narzekał, że nie było nikogo, kto odpowiedziałby na jego pytania.
    Osobiście pzestawiłem sie wtedy na transport rowerowy w związku z czym zamin dojechałem, wziąłem prysznic (była szatnia/umywalnia dla rowerzystów), zjadłem sniadanie, to było około 9.
    Z drugiej strony, musiałem wyjść o 5 żeby dojechac do domu przy naturalnym świetle.
    Stwierdzam, że nikt tego nigdy nie komentował.
    Nie wiem jak to teraz wygląda w mnieszych instytucjach, ale generalnie widzę, że ludzie uważają, że długie godziny w pracy to normalka.

    Polubienie

    1. Może ten transport rowerem ratuje ludzi przed siedzeniem długo w pracy, bo szefostwo traktuje to jako jakaś siłę wyższą? W mojej firmie ludzie, którzy spieszą się na autobus (są tylko dwa, jak się spóźnisz, trzeba pół godziny piechotą biec do głównej drogi) są zostawiani w spokoju. Z kolei ci, którzy mają samochody, nie mają takiej wygodnej wymówki i pracodawca uważa, że powinni zostać dłużej, bo przecież mogą odjechać w dowolnej chwili.
      Z tą biurokracją i rozdrobnieniem projektów też zauważyłam, że generuje to masę niepotrzebnych dokumentów i operacji w systemie komputerowym. Czasami tyle się czeka na jakiś durnowaty podpisik, albo to, żeby superzajęty menadżer raczył wydać decyzję, że do lunchu wszyscy się nudzą, a wieczorami dopiero można zacząć ten projekt i stąd bierze się też siedzenie do późna. Bo nie da się po ludzku zacząć pracy od 9-tej, ale i tak trzeba o tej godzinie przyjść, bo,, tak jest w umowie o pracę „.

      Polubienie

  5. Z tą pracą to jest tak jak w poprzednim poście ze zdradą. Jeżeli założymy, że głównym celem pracy jest dla pracodawcy osiąganie jak największych zysków, przy jak najmniejszych nakładach, a dla pracobiorcy otrzymywanie najwyższych wynagrodzeń, przy minimalnym wysiłku to mamy wyraźny konflikt interesów i cofamy się do krwiożerczego XIX kapitalizmu. I to właściwie jest sytuacja jaka opisujesz z australijskiego, ale też i polskiego punktu widzenia.
    Jeżeli jednak przyjmiemy, że funkcją pracy jest także Makarenkowe „wychowywanie przez pracę” to mamy obraz pracodawcy krującego i opiekującego się pracownikiem. To rzadkie przypadki, aby pracodawca proponował pracownikowi podnoszenie kwalifikacji, korzystne kredyty, dobrą służbę zdrowia, i w zasadzie wszechstronną pomoc, ale zdarza się.
    Masz rację, że kultura pracy jest różnie rozumiana i realizowana na całym świecie. Dlatego trudno o jakieś sensowniejsze rozważania dopóki Świat nie ogarnie się.

    Polubienie

    1. Ten konflikt interesów pomiędzy pracodawcą a pracownikiem najczęściej rozwiązuje się sam na korzyść osoby, która jest albo silniejsza, albo lepiej manipuluje, albo ma silniejsze argumenty (niespotykane umiejętności pracownika, albo jego desperację, by zostać w pracy mimo wszystko).
      To dbanie o pracownika pewnie by zawiodło przy pierwszym lepszym cwaniaku, chociaż wydaje mi się, że jest szansa, że ,,normalni” byliby wdzięczni za dane szanse i może chętniej by się starali. Niestety byłyby to wyodrębnione przypadki. Teraz rzadko kiedy chcemy pomagać sąsiadowi, a co dopiero szefowi w pracy.

      Polubione przez 2 ludzi

      1. To prawda co piszesz, ale istotna jest też kwestia struktury firmy i jej pozycja w gospodarce kraju, a nawet świata. Firma potężniejsza i licząca się na rynku pracy, z t.zw. silnym „brandem” (marką), a do tego zaawansowaną IT, dba o swoich pracowników, bo ich wykształcenie i wyszkolenie do zadań firmy jest bardzo cennym aktywem.
        Oczywiście, że masz rację, porównując pracę różnych nacji na tym samym stanowisku, ale wydaje mi się – co jest olbrzymim paradoksem ! – że azjaci, a także izraelczycy i skandynawowie wykazują się wyższą inteligencją i pracowitością, natomiast europejczycy i biali amerykanie, mający nieraz lepsze wykształcenie od azjatów są leniwi i nieposłuszni. To wynika z różnych uwarunkowań wkraczających poza tematykę tego ciekawego postu.

        Polubienie

      2. czytałem kiedyś książkę Polaka, który był w Japonii na stypendium naukowym /niestety nie pamiętam ani autora, ani tytułu/…dokonał on zabawnego odkrycia w paru dość dużych i znanych firmach: okazało się, że ostro pracują ludzie z niższego szczebla hierarchii, a także firmy podwykonawcze… natomiast pracownicy na najwyższym szczeblu tych topowych firm najzwyczajnieś w świecie „kijem gruchy obijają” i głównie zajmują się np. czytaniem komiksów lub graniem w gry komputerowe…stąd autor wyciągnął ciekawy wniosek na temat motywacji Japończyków do awansowania, po prostu ciężko harują, aby dostać się na poziom, na którym będą mogli po prostu nic nie robić w pracy 😀

        Polubienie

        1. Ksiązka to jednak nie opracowania naukowe. Już dawno zauważyłem, że przyjęła się taka oto teoria, że główne zakresy obowiązków na wszystkich szczeblach powinny być takie same, czyli dyrektor firmy np. import/export IT powinien każdego dnia przychodzić do pracy, odbijać kartę obecności, „przystępować do pracy”, nie obijać się i np. nie pić alkoholu. I to jest największa paranoja!
          Im wyżej, tym bardziej zakres obowiązków powinien odbiegać od standardów. Dyrektor właśnie takiej firmy import/export IT na ok. 250 dni roboczych w roku, w firmie powinien pokazywać się najwyżej przez … kilka dni w roku! Pozostałe dni powinien właśnie spędzać, na tym co nazwałeś „kijem gruchy obijają”. Tak działają największe firmy stosujące nowoczesne metody pracy, gdzie chodzi o nowe ideologie, kreowanie rynku, wyzwalanie nowych zastosowań, itd., itp. …
          Prawdą jest natomiast to, że cyt: „… temat motywacji Japończyków do awansowania, po prostu ciężko harują, aby dostać się na poziom, na którym będą mogli po prostu nic nie robić w pracy …”/ Tyle tylko, że wraz z awansem zwiększa się zakres osobistej odpowiedzialności. To oznacza, że w ciągu kilku minut potężny manager może utracić wszystko co do tej pory osiągnął, od stanowiska, poprzez luksusowe wille, samoloty, baseny, jachty, itd., itp., … Prawda, że to miła perspektywa dla tych co „ukradli pierwszy milion”? 😉😁🤣

          Polubienie

  6. kiedyś miałem okazję porównać podejście do pracy Azjatów /konkretnie Wietnamczyków/ i Białasów /konkretnie Polaków/, faktycznie tak z grubsza jest, że ci pierwsi żyją, aby pracować, drudzy pracują, aby żyć… jako rasowy Białas /Słowiano – Germanin/ sympatyzuję rzecz jasna z tym drugim podejściem, zauważyłem też jednak, że nie wszystkie Białasy tak mają, niektórzy podchodzą do sprawy „po azjatycku” właśnie… sa jednak cechy wspólne dla obu grup i o tym poniżej:
    zdarzało mi się pracować „u siebie” i „u kogoś”, w końcu mi wyszło, że ta druga opcja daje mi więcej wolności, a tą akurat cenię bardziej od kasy… jest jednak pewien szkopuł: wielu tzw. „pracodawcom” przewraca się w dupach i wymagają od ludzi, aby tak się angażowali w robotę, jakby pracowali „u siebie”… do tego jeszcze robią im wielką łaskę, że pozwalają im w ogóle pracować… tymczasem sprawa wygląda zupełnie inaczej: „pracodawca” nikomu nic nie daje, jest jedynie klientem „pracownika”, który po prostu sprzedaje mu swój czas… a jak towar nie pasuje, to niech klient spada na drzewo… niestety niewielu pracowników się ceni, więc sam paradygmat relacji na rynku pracy jest postawiony „do góry kołami”…
    aczkolwiek przyznam, że raz mi się trafił klient idealny… takie stworzył warunki w swojej firmie, tak dobrał zespół ludzi, takie były relacje, że aż się samo chciało pracować, niczym „u siebie”… po prostu rzecz polegała na nienagannej ekwiwalentności wymiany „towar (czyli ów czas) – płaca (plus inne profity)”, że ludzie tak się identyfikowali z firmą, że gdy miała ona problemy na rynku, to każdy ratował ją jak własną i każdy był gotów coś poświęcić…
    ale niestety to była tylko kropla miodu w beczce dziegciu, unikatowa sytuacja… przeważnie jest zupełnie inaczej… można się bawić w psychosocjologiczne i ekonomiczne analizy, z czego to wynika, ogólnym jednak podłożem jest defekt gatunku „naga małpa”, objawia się on między innymi tym, że większość osobników przejawia mentalność „mieć”, które przeważa na mniejszościowym „być”, to zaś powoduje takie syfiaste zjawiska, jak „wyścig szczurów”, czy też wspomniane przez Ciebie japońskie „karoshi”…
    p.jzns 🙂

    Polubienie

    1. Zgadzam się, że jesteśmy teraz bardzo nastawieni na ,,mieć”, ale nie ma co się dziwić, jeżli coraz częściej miećoznacza przetrwać, bo można kupić lepszą żywność, bo można prywatnie pójść do lekarza, bo można pójść na rehabilitację, a nie czekać jak debil w kolejce. Dlatego każdey chce się nachapać- jak tylko się dostanie na wyższą pozycję
      Jak na razie zaczynam zdawać sobie sprawę, że pracowanie dla osób prywatnych jest gorsze niż bycie w firmie publicznej, bo w tym pierwszym przypadku właściciel cały czas ma oko na swoich pracowników i stara się z nich wycisnąć ile się da. Ale jak ma się pracownik cenić, skoro czasami już od studiów wykładowcy powtarzają wszystkim, że ,,za rok będzie was połowa”, ,,mam pięć osób na pana miejsce” itp itd. Szczególnie w małym mieście, gdzie nie ma perspektyw, jeśli trafi się na wyzyskiwacza, to nie ma się dużego pola manewru…
      Podoba mi się idea pracodawcy jako klienta kupującego czas swoich pracowników. Nigdy nie myślałam o tym w ten sposób, a dobrze ujmuje on ideępracy.

      Polubienie

      1. to niestety prawda, mentalność „mieć” przeważa, ilość ludzi na świecie rośnie i czy chcemy, czy nie chcemy, to nie da się „być” pure, bez pewnej komponenty „mieć”, można tylko się poważnie zastanowić i przeprowadzić selekcję, czy wszystko, co chcemy mieć jest tak naprawdę nam do szczęścia potrzebne, ile z tych „dóbr” to zwykłe, całkiem nam zbędne śmieci… całości procesu to nie zatrzyma, co najwyżej nieco zahamuje, ale chociaż lepiej się będziemy czuć… i to wcale nie jest nowy pomysł, ma on co najmniej (około) 2600 lat…
        a korzyść jest też taka, że mniej jesteśmy zdani na klientów kupujących nasz czas, łatwiej nam ich wybierać… ja już dawno odkryłem, że nie ta praca lepsza, gdzie lepiej płacą, tylko ta, gdzie się lepiej bawię…
        w sumie firma publiczna, państwowa, to filia korporacji zwanej „państwo”, ale faktycznie, w takiej firmie ciśnienie jest mniejsze, niż w klasycznym, prywatnym korpo… z czego to wynika, trudno powiedzieć, być może wynika to z większej złożoności relacji i samych celów państwa, niż zwykłego korpo, gdzie cel jest w sumie jeden, a relacje podporządkowane temu celowi… nie wiem jednak za dokładnie jak to jest…

        Polubienie

  7. Pod koniec studiów założyłem swoją firmę. Powód był dość prosty. Nie chciałem pracować „za tysiąc trzysta i robota czysta”. Działaliśmy w Polsce. Dość szybko przekonałem się, że tu nie ma budżetów, bo zdecydowana większość klientów wybiera opcję najtaniej. Moją uwagę skierowałem za granicę. Niestety spotkałem na swojej drodze niewłaściwych ludzi, których dołączyłem jako wspólników i cała układanka rozsypała się w drobny mak. Otarłem się o wypalenie zawodowe. Nawet chciałem zmienić branżę. Po roku przerwy wróciłem do korporacji. Mile wspominam projekty z pewną brytyjską firmą. Dziś mogę powiedzieć, że są korporacje i korporacje. W organizacjach podłączonych pod drukarkę banku centralnego pracuje się dla samego faktu pracowania.

    Polubienie

    1. Podziwiam, że ludzie zakładają biznesy w Polsce. Nie jest to miejsce przyjazne takim rzeczom- ani klient nie ma pieniędzy, by kupować lokalnie, więc wybierze ogromną sieciówkę z chińszczyzną, ani państwo nie pomaga, tylko nakłada kolejne podatki.
      Czy te korporacje podłączone ood bank centralny to ogólnie urzędnicy albo pracownicy firm nieprywatnych? W takich pracuje się łatwo w myśl starego,, czy się stoi czy się leży, tysiąc się należy „. W prywatnych firmach najczęściej się więcej pracuje, bo szef będzie cisnąć na wyniki i utrzymanie się na rynku i nachapanie się jak najwięcej.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s