Australia

Co dała mi Australia?

Rafa koralowa- Morze Czerwone

Byłam w Australii sama przez ponad rok, może nawet mogę zaryzykować stwierdzenie, że było to półtora roku. Jako osoba, która wyjechała zaraz po studiach i która nie miała żadnego doświadczenia w swoim zawodzie (ok, moją jedyną pracą była praca kasjerki w sklepie przez trzy, może cztery miesiące i nauczyła mnie odporności na pracę z klientami), zaczynałam w Australii kompletnie od zera. Doceniam to całe doświadczenie nie tylko teraz, z perspektywy czasu. Doceniałam je już podczas jego trwania, choć mogłoby się wydawać to dziwne. Zupełnie jakbym miała jakiś pociąg do masochistycznych przeżyć.

Uważam się za osobę, która jest za bardzo introwertyczna i nie mam w sobie aż tak wielkiej mocy, jaką mają ekstrawertycy, bądź ludzie bezczelni, o wielkiej wierze w swoje możliwości, którzy potrafią sobie wszystko załatwić. Niemniej jednak, zaraz po przylocie do Australii doznałam jakiegoś ,,uzdrowienia” z bycia cicho siedzącą myszą pod miotłą. Uważam, że pasuje tutaj podsumowanie, które usłyszałam od Nishki na jej kanale, że frustracja pomaga nam zacząć brać sprawy w swoje ręce i zacząć działać. Może ona nie do końca tak to ujęła, ale ja to stwierdzenie pamiętam w taki sposób. Wracając do początków mojej emigracji- nie miałam żadnych kontaktów i pleców, które mogłyby mi załatwić pracę, angielski miałam świetnie opanowany w teorii i dosyć dobrze mówiłam, ale ten dialog był jednostronny, bo nie potrafiłam zrozumieć moich rozmówców. Dodatkowo byłam chyba za słaba psychicznie na pracę w zawodach, które wymagają zbyt częstego kontaktu z ludźmi, a włąśnie takie są najbardziej dostępne dla osób, które żadnego doświadczenia nie mają (opieka nad dziećmi, kelnerka, sprzedawca).

Tułałam się bardzo długo po sklepach na wszystkich ulicach wokół mojego miejsca zamieszkania, dzielnie roznosząc CV i pytając o pracę. Codziennie wertowałam Internet w poszukiwaniu trochę lepszych ofert niż sprzedawca czy kelnerka i wypełniałam tysiące aplikacji, które po załączeniu mojego CV prosiły o przepisanie wszystkiego co było w CV do głupiego formularza zgłoszeniowego, że chcę u nich pracować. Z perspektywy czasu uważam, że wykazałam się przy tym niezwykłą cierpliwością, ale niestety nie przyniosło to większych rezyltatów. Udało mi się załapać na jeden dzień próbny jako kelnerka i to był chyba mój przełomowy dzień. W restauracji spędziłam ze dwie godziny. Miejsce bardzo popularne wśród turystów i lokalsów na moje nieszczęście, przeżywało swoje największe oblężenie w tym dniu. Nie rozumiałam chyba połowy, co mówili do mnie klienci, pytający dokładnie o składniki dań z menu, które widziałam 5 minut temu. Nosiłam gotowe potrawy z kuchni, w której szalał w gorącej wodzie kąpany kucharz, który za spóźnione przyjście po odbiór dania walił jak oszalały w dzwonek wiszący na drzwiach, sygnalizując tym swoje zniecierpliwienie. Na marginesie, dzwonek musiał już wiele wycierpieć, bo z jednej strony miał wybitą dziurę, dlatego tak kiepsko było ten dzwonek słuchać, ale kucharz i tak walił w niego bez opamiętania. Jednym słowem, atmosfera była tam bardzo napięta. Czarę goryczy przelało to, że kiedy szczęśliwie udało mi się odebrać zamówienie od jednego stolika, zapomniałam przekazać to zamówienie dalej do kuchni. I mimo, że właściciel restauracji nie widział w tym problemu i uważał, że i tak dobrze mi idzie, to po prostu stamtąd wyszłam.

To był punkt zwrotny w narastające frustracji, który zaowocował zaangażowaniem absolutnie wszystkich sił w przerabianie CV, dalsze aplikowanie przez Internet i zarzucenie pieszych wycieczek po okolicy po sklepach, które pracowników nie szukały. Zaraz po tym wydarzeniu, może za sprawą usilnych modlitw lub wizualizacji, dostałam pracę jako kanapkarz przygotowujący jedzenie do sprzedaży w kafejce i lunche dla VIPów w ogromnym biurowcu. Zaczynałam o 5 rano, jeśli był przewidziany bardzo ważny obiad dla VIPów to nawet wcześniej, i w życiu nie byłam szczęśliwsza. Miałam okazję także sprzątać prywatne domy przez jakiś czas i ta praca również mnie cieszyła. Na weekendy zmywałam naczynia. Okazało się, że gdy już osiągniesz dno (niemożność znalezienia roboty i zaczepienia się gdzieś na stałę), to doceniasz nawet takie ochłapy, które rzuca ci los. I tak, brzmi to banalnie i pomyślicie może, że ,,o jeny, smarkula odkryła, że w życiu nie ma łatwo”. Ale cała ta sytuacja dała mi więcej. Mimo, że wiedziałam w teorii o większości rzeczy, które zaraz wam opiszę, to dopiero doświadczenie ich sprawiło, że coś ,,kliknęło” w mojej głowie i odpowiednie trybiki wskoczyły na swoje miejsce.

Zacznę od tego, że doświadczenie braku pracy, a potem pracy w kanapkach, sprzątaniu mieszkań i myciu garów nauczyło mnie szacunku do pieniędzy i jedzenia. Zarabiałam samodzielnie i tylko ja wiedziałam, ile kosztuje mnie dostanie swojej pensji. Nauczyło mnie również szacunku do ludzi, którzy taką pracę fizyczną wykonują prawie całe swoje życie i w dodatku robią to bez dąsów, a z uśmiechem. Ci ludzie są niesamowici. Dodatkowo, patrząc na to całe marnowane jedzenie w restauracjach i patrząc, ile są warte pieniądze, które ja zarobiłam, zaczęłam bardzo pilnować tego, żeby jedzenia nie marnować i robię to do dziś, mimo że minęły prawie trzy lata. Nauczyłam się także szacunku do siebie, ponieważ byłam dumna, że dałam radę wstawać o 4.30 każdego dnia, iść na piechotę do pracy pod osłoną nocy, dźwigać ciężkie tace z kurczakiem i kubły majonezu, potem sprzątać mieszkania innych z odkurzaczem na plecach, po czym na weekendy zmywać naczynia w niemiłosiernie parnej restauracji w samym środku australijskiego lata. Byłam zdziwiona, że człowiek potrafi wytrzymać takie tempo. Dobrze, że miałam wizę, która pozwalała mi na nieograniczoną pracę gdziekolwiek chciałam, bo byli ludzie w jeszcze gorszej sytuacji niż ja (koszmar wiz studenckich). Byłam też dumna, że potrafiłam sobie wszystko sama załatwić, dowiedzieć się, pytać i zorganizować. Nic tak nie podbudowuje poczucia własnej wartości jak umiejętność poradzenia sobie samodzielnie. To daje nam wiarę w swoje możliwości i zachęca do podejmowania kolejnych wyzwań. Dodatkowo poznałam życiową prawdę, że jak jesteś milusi i pokornie kładziesz po sobie uszy, czekając aż ktoś doceni i cię wynagrodzi, to możesz tak czekać do śmierci. Należy być uprzejmym, ale zdecydowanie prosić o to, co nam się należy, na co zapracowaliśmy, a czasem mieć i bezczelność wyciągnąć ręce po coś trochę więcej niż nam przysługuje. Uważam, że tutaj panie są na bardziej straconej pozycji, bo to nas wychowuje się na ugrzecznione i potakujące kornie główką. Doświadczenie w Australii pokazało mi też, że człowiek potrafi znieść wszystko i wystarczy mu motywacja i chęć przetrwania. Jeśli myślicie, że ,,ja bym tak nie mogła/ nie mógł”, to nie jest to prawda. Jeśli życie nas zmusi, to poradzimy sobie w każdej sytuacji. Uważam, że wystarczy wejść w ,,tryb” i skupić się na przetrwaniu/ późniejszym celu, albo mieć osobę, którą chcemy chronić. Ja byłam świadoma tego, że muszę zbudować bezpieczniejsze środowisko dla mojego ukochanego, który później do mnie dołączył i moim celem było dać mu czas na znalezienie lepszej pracy, zamiast wysyłać go na budowę, jak zaczyna mnóstwo Polaków, bo kończą się pieniądze. Dlatego łatwo mi było zapomnieć, czy jest mi ciężko czy nie- ludzki mózg jest czasami mądry i potrafi się przestawić na myślenie ,,nie ma co biadolić, muszę osiągnąć cel”. Moją przewagą było to, że nie miałam też czasu zastanawiać się nad tym, czy jest mi źle czy nie, bo chodziłam od jednej pracy do drugiej, pisałam eseje i zbierałam dokumenty, by tutejsza instytucja inżynierów uznała mój dyplom z uczelni, uczyłam się do testu z angielskiego i nadal szukałam pracy w zawodzie w Internecie. W Australii jest mnóstwo ludzi, którzy zaczynali tak od zera. Moje współpracownice z Iranu chodziły codziennie godzinę na piechotę na uczelnię i godzinę z uczelni, bo nie stać ich było na bilety na pociąg. Koleżanki z Filipin mieszkały w jednym pokoju we cztery, miały dwa piętrowe łóżka i były od siebie odgrodzone parawanem, na którym wisiały ich jedyne ubrania jakie miały. Nie mówię wam tego, żeby umniejszyć wasze problemy, bo każdy ma własny próg problemów, z którymi potrafi bądź nie potrafi sobie poradzić. Różnie też reagujemy na różne wyzwania- dla jednego tragedią będzie zła opinia innych, ale nie załamie się podczas choroby, dla drugiego będzie zupełnie na odwrót. Przytaczam przykład tych dziewczyn jako potwierdzenie, że człowiek potrafi na chwilę żyć w naprawdę kiepskich warunkach i jeśli ma możliwość poprawy swojej sytuacji w przyszłości (bo zdobędzie dyplom, bo trochę zarobi i odłoży), to przetrwa ten czas, mając przez oczami cel. Oczywiście, jeśli nie byłoby tej możliwości wyrwania się z takiego życia, to nikt nie miałby sił iść do przodu, bo nie byłoby sensu walczyć o poprawę swojego losu. I na koniec, całe to doświadczenie nauczyło mnie szacunku do osób, które zaufały mi i pozwoliły mi pracować w moim zawodzie, mimo że nie miałam doświadczenia i byłam przybyszem znikąd. Dlatego w nowej, ,,lepszej pracy” chętnie odwdzięczałam się za ten kredyt zaufania sumienną pracą.

Ok, całe to doświadczenie pozwoliło mi również zaspokoić moją ciekawską naturę podglądacza i popatrzeć na to, jak mieszkają Australiczycy, kiedy sprzątałam ich domy. I muszę przyznać, że popularność mebli z Ikei i marketów jest tutaj porażająca. Prawie wszyscy mają tekturowe małowytrzymałe mebelki, choć w domach starszego pokolenia, które jeszcze nie musiało płacić milionów za mieszkania, były o wiele solidniejsze meble i podłogi. Dodatkowo, uważam, że osoby, które szukają sprzątaczy swoich domów dzieliły się na dwie grupy: grupa pierwsza zafiksowana na punkcie sprzątania i w tych domach myłam czyste podłogi i przecierałam niezakurzone meble, często z zakazem stosowania detergentów, więc pucowało się wszystko wodą, albo suchą szmatką, i grupę drugą, która żyła w takim bałaganie, że jedyne co dało się w ich domu zrobić to poodkurzać naokoło wybebeszonych z szafy ciuchów, teraz walających się po podłodze i przetrzeć monitory komputerów stojących na zawalonych bibelotami biurkach. I o dziwo właściciele włąśnie tego oczekiwali- nie poukładania wszystkiego na miejsce, tylko ,,pozamiatania naokoło”. Były też domy normalne, ale te mało zapadły mi w pamięć.

Wszyscy jesteśmy niesamowici. Czasami nawet nie wiemy, jakie pokłady energii i siły w sobie skrywamy, jak dużo potrafimy przetrwać, jak niesamowicie potrafimy dążyć do upragnionego celu. Dopiero kiedy zajdzie taka potrzeba, te nadludzkie siły się w nas budzą. Życzę wam, żeby wiodło się wam tak wspaniale, żeby te moce nigdy nie były potrzebne, ale życzę również, żeby budziły się w was tak tylko połowicznie i pomagały wam osiągnąć upragnione cele. I żeby pozwoliły przetrwać te wszystkie lockdowny i nienormalność obecnej rzeczywistości.

Wesołych Świąt i dużo radości.

7 myśli na temat “Co dała mi Australia?

  1. Mój starszy kolega po 1968 r., skorzystał z politycznej sytuacji i wyjechał do Sydney. W Polsce zaliczył 3 lata na Wydz. Mechaniki, a w Australii dokończył kształcenie. Pracował pierw na jakiejś myjni samochodów, ale szybko awansował. Niedawno się dowiedziałem, że zmarł, ale w międzyczasie uruchomił własną firmę mechaniczną, na uczelni dostał katedrę fizyki. Mam sporo znajomych, którzy po 1968 r, , przed grudniem 1981 r., oraz po 2004 r. zdecydowali się na emigrację z Polski. Wszyscy twierdzą, że CV z PRL-owskimi dyplomami o wiele bardziej niż dzisiaj liczyło się przy podejmowaniu pracy.

    Polubienie

    1. PRL bądź co bądź musiał handlować z zachodem. Złotówka była walutą niewymienialną. Zobowiązania ze światem zachodnim wymieniano towar za towar bądź towar za dewizy. Władzy zależało aby uczelnie były na relatywnie wysokim poziomie. W końcu ktoś musiał rozłożyć na części jakieś urządzenie sprowadzone z zachodu i zrobić tańszą kopię bądź doskonały zamiennik.

      Dziś mało której uczelni zależy na jakimkolwiek poziomie. Cała uwaga koncentruje się na działalności dydaktycznej. Nauka odbywa się przy okazji i sprowadza się do pisania publikacji.

      Polubienie

      1. Na moich studiach, jakieś 5 lat temu, każdy, kto szedł na doktorat, musiał wziąć kilka godzin jako nauczyciel: albo zajęcia laboratoryjne, albo ćwiczenia rachunkowe. Nie dość, że te osoby nie zawsze wiedziały, co mówią, to przede wszystkim dydaktyka nie była tym, co chcieli robić, więc uczyli z przymusu.

        Polubione przez 1 osoba

  2. Może teraz dyplomy mają wszyscy, więc nie jest to nic, co wyróżniałoby człowieka na rynku pracy. Dodatkowo mnóstwo ludzi studiuje na australijskich uczelniach, bo są uznawane za prestiżowe (mimo wcale nie tak wysokiego poziomu nauczania), więc pewnie pracodawcy wolą brać tych wyedukowanych w Australii. Z drugiej jednak strony wcale nie musiałam bardzo długo czekać, aż pojawiła się oferta pracy w moim zawodzie. Wystarczyło tylko aplikować do firm, które włąśnie się rozwijały, nagle otwierały dodatkowy dział/ biuro w nowym mieście. Uważam, że teraz pracodawcy się wycwanili i wolą nawet zatrudnić emigranta, bo oni bardziej sumiennie pracują i chcą się wykazać; wiedzą, że mogą liczyć tylko na siebie, więc traktują pracę poważnie. Młode pokolenie Australijczyków zdecydowanie mniej ma ochotę się ,,przepracowywać” bądź wykazywać nadgorliwością w pracy. I nie akceptują tak niskich stawek, za które gotowi są pracować emigranci, byleby zdobyć lokalne doświadczenie.

    Polubione przez 1 osoba

  3. Po rozwodzie rodzicielka wyjechała na zachód. Miała odłożyć trochę marek, przyprowadzić rozbitego golfa i chciała poczuć się lepszym człowiekiem. Chciala szybko wrócić. Mijały kolejne kwartały, a plan przedłużał się o rok, o dwa, o trzy aż w końcu straciłem rachubę. Babcia wbijała mi do głowy, że muszę mieć zawód. Od dziecka interesowały mnie komputery. Wybrałem ogólniak z klasą informatyczną. Nauczciel informatyki okazał się emerytowanym programistą który wrócił ze stanów. Popołudniami spędzaliśmy całe godziny ucząc się co i jak działa w tych maszynach. Nigdy bym nie powiedział, że to będzie koło zamachowe mojej kariery.

    Na informatykę nie było mi dane się dostać. Wybrałem kierunek pośredni na uczelni technicznej. Od pierwszego dnia zastanawiałem się co ja tam robiłem. Zajmowaliśmy się różnymi teoriami. Pompowano w nas różne działy matematyki czy fizyki, do tego przedmiotów humanistycznych, język obcy, raz po raz pojawiły się przedmioty zawodowe. Przeskakiwałem z semestru na semestr. Nie widziałem w tym sensu. Na czwartym roku postanowiłem porzucić edukację na uczelni i skupić się całkowicie na pracy.

    W rodzine wybuchł spór. Matka pytała mnie jaki mam zawód. Nie obchodziło ją jak ja się określam tylko to, co mogło widnieć na papierze którego nie miałem. Z tego powodu podjąłem próbę powrotu na studia z resztą z marnym skutkiem. Gdzieś zagubiono mój indeks. W archiwum nie było wszystkich kart z ocenami.

    Jak patrzę na to wszystko to wydaje mi się, że podjąłem dobrą decyzję. Cztery lata studiów uważam za czas zmarnowany. Edukaja w naszym kraju jest na bardzo kiepskim poziomie. Uczelnie stały się fabrykami magistrów. W społeczeństwie zaszczepiono, z resztą bardzo skutecznie, mit posiadania dyplomu.

    Jeśli ktoś chce posiadać zawód licencjonowany to nie ma zbyt wielu możliwości. W pozostałych przypadkach warto znaleźć swoją drogę. Miejmy jednak na względzie fakt, że w tym zakresie nie ma prawd uniwersalnych.

    Polubienie

    1. Czasami jak raz,, zasmakuje się ” normalnego zarabiania za granicą, to nie chce się wracać do kraju, więc rozumiem to odkładanie decyzji przez mamę.
      Uczelnie to zdecydowanie fabryki magistrów. Wyfaje mi się, że szkoły dostają dotacje- tak wysokie, jak wysokie są ilości studentów na pierwszym roku. Dlatego uczelnie chcą przyciągnąć jak najwięcej osób, wmawiając im, że bez dyplomu nie da się żyć. A potem wszyscy kończą jaki oopadnie kierunek, byle był papierek i sztucznie napędzają tę potrzebę posiadania wyższego wykształcenia u innych. Mam nadzieję, że niedługo się ten trend odwróci, bo przy obecnym tępie za jakiś czas wszyscy będą z rozpędu robić na siłę doktoraty.

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s