Rozwój osobisty

Jak się ogarnąć

Pompeje we Włoszech

Końcówka marca to pewnie czas, kiedy większość postanowień noworocznych już umarła śmiercią naturalną. Przynajmniej tak było co roku w moim przypadku. Trzymałam się dzielnie może z miesiąc, te łatwiejsze postanowienia dawały radę dociągnąć do drugiego miesiąca, a jakiekolwiek wypracowane nawyki czy pierwsze osiągnięcia dzięki nowym postanowieniom wyparowywały w okolicach marca. I tak co roku. Lista postanowień wydłużała się z każdym mijającym rokiem, stare postanowienia przekładałam na kolejny rok, aż w końcu uznałam, że skoro nie da się wygrać ze sobą tej bitwy o samodyscyplinę, to może nie warto w to grać. Odzyskałam wewnętrzny spokój na jeden rok, kiedy nie musiałam stawać z samą sobą twarzą w twarz po kolejnej porażce w realizowaniu postanowień, ale pod koniec roku czułam, że brak postanowień to też nie jest to, co mnie zadowala.

Postanowiłam, że przeczytam wszystko co się da o motywacji i organizacji czasu. I że przetestuję wszystkie polecane warianty planowania swojego dnia- wstawanie wcześnie, siedzenie do późna, robienie kilku rzeczy na raz, robienie tysiąca rzeczy dziennie, ale każdej po 5 minut, albo robienia cały dzień jednej rzeczy. Próbowałam wdrażać w moje życie wszystkie te sławne ”zwyczaje ludzi sukcesu” jak prowadzenie dziennika za co jest się wdzięcznym, medytacja, wstawanie o piątej rano itd. Wypracowanie planu tygodnia, który w miarę mi teraz odpowiada zajęło mi ponad półtora roku prób i błędów. Plan zmieniał się chyba prawie co tydzień, cały czas coś do niego dodawałam, wyrzucałam, przestawiałam i wciąż przepisywałam go z jednej kartki na drugą. Chciałabym wam dzisiaj powiedzieć, co u mnie się sprawdziło, a co okazało się zupełną klapą. Zacznijmy może od negatywów, bo tych było mało:

  1. Pisanie dziennika o tym, za co jestem wdzięczna.
    Wiem, że wielu osobom to pomaga i jest jakoś dziwnie popularne, ale mi nie dawało zupełnie nic. Ja chciałam być usatysfakcjonowana nowymi osiągnięciami, a nie wmówić sobie, że powinnam się cieszyć tym, co mam. Dla mnie to był pomysł nietrafiony.
  2. Bardzo długie ćwiczenia
    W poniedziałek tylko nogi, we wtorek katowanie brzucha, w środę praca nad plecami. Jako osoba niećwicząca do tej pory tak ostro, takie tempo było nie do wytrzymania. Lepsze okazało się robienie 15 minut rozciągania, a potem kolejnych dwóch serii po 15 minut na dwie różne partie ciała.
  3. Drzemki
    Spanie którko w nocy, wstawanie wcześnie na jakieś ćwiczenia/ naukę, bieg do pracy, drzemka po pracy, po czym kolejna seria ćwiczeń lub nauki była najgorszym pomysłem świata. Drzemka wybijała mnie z rytmu i niestety ta dodatkowa godzina snu w ciągu dnia nie chciała się zsumować ze spaniem w nocy, co skutkowało cały czas deficytem snu. Aż w końcu zaczęłam traktować ”wykonanie drzemki” jako ważniejszy cel, niż całą resztę, na którą niby miałam mieć siłę po drzemce xD
  4. Za duże obciążenie
    Planowanie każdej sekundy każdego dnia do tego stopnia, że nie miałam czasu na żadne nagłe wypadki. Poza tym, przy takim nawale pracy człowiek oklapnie w połowie tygodnia i zaprzepaści całą resztę planu.

    Więcej nietrafionych pomysłów nie pamiętam, więc pzrejdźmy do pozytywów:
  1. Wstawanie wcześnie rano
    Mam na tyle absorbującą pracę, w której muszę być skupiona i nadzorować działanie laboratorium przez cały dzień, że nigdy nie miałam energii na to, by po pracy realizować wszystkie swoje cele. Przełomem okazało się, kiedy zaczęłam przyzwyczajać się do wstawania o 5:30 rano i dzielenia wszystkich moich zajęć na pół: tych bardziej wykańczających fizycznie na rano (ćwiczenia, rozciąganie, szczotkowanie ciała na sucho szczotką) i tych bardziej umysłowych (medytacja, języki obce) na wieczór. Ten rozdział zagwarantował mi, że będę mieć rano siły poćwiczyć, a do pracy pójdę już lekko zmęczona i nie będę mieć 100% sił, by wypruwać sobie żyły dla pracodawcy : ) Dodatkowo ćwiczenia rano pozwalają mi nabrać odpowiedniej postawy ciała z samego rana i trwać w tym nawet przed komputerem w pracy. Przyznam, że nie czuję się skowronkiem, zawsze raczej siedziałam do późnych godzin nocnych, ale przetłumaczyłam sobie, że innego logicznego wyjścia nie ma- trzeba rozłożyć wszystkie zadania na dwie serie.
  2. Robienie mniej a lepiej
    Reguła małych kroków, ale wykonywanych codziennie jednak działa. Wygodniej mi raczej cały dzień spędzić nad jednym projektem, skończyć go i o nim zapomnieć, żeby jutro móc zająć się czymś zupełnie innym. Niestety takie podejście nie działa ani w przypadku języków obcych, ani przy ćwiczeniach fizycznych, które są teraz moimi priorytetami. Wcześniej miałam plan dnia zapchany do granic możliwości- każdy kwadrans był już na coś poświęcony, nie było mowy o nadprogramowym czytaniu czegoś przez Internet, załatwianiu jakiejś sprawy (musiałą czekać do weekendu) czy nawet za długiej rozmowy z partnerem. I taka forma planu upadała zawsze w okolicach czwartku- za duże przeciążenie. Niestety robienie wszystkiego tylko po to, żeby to ”odhaczyć” i nadzieja, że tyle wystarczy, by osiągnąć cel, nie miłay racji bytu. Okazało się, że na tych zadaniach do wykonania trzeba się naprawdę skupić, być obecnym tu i teraz, nie tylko machać tą nogą na pilatesie w przód i w tył, ale skupić się na tym, które grupy mięśni teraz pracują. Robić daną czynność codziennie, albo co drugi dzień, zamiast katować się trzygodzinną lekcją z angielskiego raz w tygodniu. Jedyną opcją jest słuchanie czegoś, kiedy ćwiczę, lub gadanie do siebie w innym języku, gdy gotuję, choć muszę przyznać, że to również trochę mnie rozprasza i nie osiągnęłam jeszcze biegłości w robieniu dwóch rzeczy na raz. A niby kobiety są w tym mistrzami : )
  3. Sprawdzanie postępów
    Najlepiej nie robić tego za często, szczególnie, że na początku może być to dla nas przykre, że efektów jeszcze nie widać, albo po prostu słabo nam idzie. Ja starałam się mieć albo kilka ambitnych celów i jeden bardzo łatwy, żeby ten łatwo przychodzący sukces w jednej dziedzinie trzymał mnie w stanie euforii, że coś się udaje. Albo zajmowałam sobie dni innymi rzeczami, żeby nie mieć czasu roztrząsać czy widać już jakieś postępy czy nie. Kiedy byłam w szkole, miałam chyba za dużo wolnego czasu. Teraz, kiedy pracuję, miesiąc mija za miesiącem zanim się obejrzę, co nie daje mi możliwości podsumowywania moich osiągnięć co tydzień. Mam czas na taką analizę dopiero po dłuższym czasie, więc to zabieganie mi pomaga.
  4. Skupienie na nawykach poprawiających kilka sfer życia
    Wszyscy musimy pracować, mamy rodziny, partnerów, dzieci, chcielibyśmy też zobaczyć się ze znajomymi, odpocząć… Świat bardzo wiele od nas oczekuje i nikt nie ma czasu na podążanie za wskazówkami ekspertów, którzy zalecają nam tyle dobrych nawyków, które podobno są niezbędne dla długiego i zdrowego życia, ale nie starczyłoby nam doby na ich wykonanie, a spać przecież też trzeba. Dlatego postawiłam na wprowadzenie do mojego życia nawyków, które dają różne korzyści, np.: szczotkowanie ciała na sucho (tu bardziej panie będą wiedziały o co chodzi)- na cellulit, na krążenie, na obudzenie się z rana, zamiast peelingu, potem medytacja- na uspokojenie, wyciszenie, poprawę pamięci i mnóstwo innych; ćwiczenia ciała i twarzy- na lepszą kondycję, na poprawę samooceny, na poprawę myślenia (ćwiczenia zwiększają dopływ tlenu do mózgu i udowodnione jest, że poprawiają pamięć i zdolność uczenia się), ćwiczenie mięśni dna miednicy- moje najnowsze odkrycie na bóle menstruacyjne, na lepszy seks, jako przygotowanie do ewentualnej ciąży w przyszłości. Ćwiczenia mięśni dna miednicy naprawdę wam dziewczyny polecam! Nie wiedziałam, że jest mi to tak bardzo potrzebne, zanim nie zaczęłam ich wykonywać.
  5. Nastawienie
    Nie od dziś wiadomo, że bez motywacji daleko nie zajdziemy. Możemy wiedzieć, że to dla naszego dobra, że logicznym jest robić to i to, ale i tak nie potrafimy sobie przetłumaczyć, że czas ruszyć się z kanapy albo wyłączyć social media. Poradziłąm sobie z tym w sumie na trzy różne sposoby. Po pierwsze, zaczęłam gadać do lustra, w dodatku w trzeciej osobie, że jestem zdrowa, że grzecznie ćwiczę, że to wszystko działa, że codziennie czuję się coraz lepiej itd i po części udało mi się siebie przekonać, że wypełnianie moich postanowień jest mi niezbędne do życia. Poza tym, ta ”druga ja” zawsze była w lustrze i sprawdzała, czy moja samodyscyplina nie zmalała. Po drugie, wyczytałam, że nasz mózg jest obecnie uzależniony od nadmiaru bodźców, dlatego należy odciąć go od wszystkich gier, social mediów, TV i innych rozpraszaczy, żeby dosłownie zanudził się na śmierć. Wtedy nasza wrażliwość na hormony szczęścia produkowane przy przeglądaniu tych wszystkich rozpraszaczy robi się niższa i nie potrzebujemy już tak dużej stymulacji (ośmiu godzin na Netflixie), żeby nasz mózg poczuł się usatysfakcjonowany. Wtedy nareszcie zwykłe ćwiczenia, choć wytwarzające mniej hormonów szczęścia niż nasz nałóg oglądania filmów, ma szansę dostarczyć naszemu ,,zanudzonemu mózgowi” satysfakcji. Taki trik zanudzenia mózgu działa również w przypadku braku weny twórczej- mózg z nudów zacznie coś kreatywnego wymyślać (ręka w górę, kto ma najlepsze pomysły podczas mycia garów lub prasowania). I wreszcie po trzecie, zaczęłam obserwować na Instagramie głównie znajomych i nieznajomych, którzy osiągnęli sukces, nie tylko w dziedzinach, na których mi zależy. Patrzenie na ich (na pewno podkoloryzowane) idealne instagramowe życie daje mi z rana motywację do samodoskonalenia się. Czasami motywuje mnie też zwykła zazdrość i złość na to, że mogłabym się okazać od nich gorsza. I uważam, że tak długo jak nie wpędza cię to w depresję lub poczucie nienawiści (czy to do innych, czy do siebie), to motywowanie się zazdrością jest akceptowalne, jeśli pcha cię w kierunku sukcesu.
  6. Omijanie czasu najwiekszego spadku energii
    Zaryzykuję stwierdzenie, że większość z nas jest nie do życia albo tuż po przebudzeniu, albo po powrocie z pracy (albo oba przysprzają nam problemów). Jesteśmy zmęczeni i jakiekolwiek próby wciśnięcia ważnych zadań na ten czas będą skazane na porażkę. Ja nie potrafiłam zmusić się do bycia produktywną po pracy. Wtedy mam siły jedynie na obiad. Potem na naukę języka, bo przy tym odpoczywam, ale nigdy nie dałam rady fizycznie ćwiczyć po pracy. Omijanie ćwiczeń bardzo mnie deprymowało i sprawiało, że nie miałam już mentalnych sił na nic innego, wiedząc, że znowu zawaliłam ćwiczenia. Więc przestałam ze sobą walczyć i teraz szczęśliwie ćwiczę rano.
  7. Nie zostawianie drobnych rzeczy na koniec dnia
    Pod koniec dnia nasza produktywność może spadać, więc wstawianie tam tysiąca drobnych zadań może być przytłaczające. Ja wolę zacząć od tych pomniejszych zajęć wcześniej, po czym przejść do dłuższego zadania i wykonywać je tak długo, aż nie nadejdzie pora spania. Nie wspominając o tym, że nigdy nie mogłam spamiętać tych wszystkich drobnych celów, które upychałam pod koniec dnia w terminarzu i musiałam tuż przed snem biegać z kartką, żeby mieć pewność, że niczego nie pominę. Nie warto się tak denerwować przed snem.
  8. Nie zostawianie najważniejszych rzeczy na piątek/ weekend
    Jeśli wiecie, że często wychodzicie na weekendy z partnerem, albo w piątki ze znajomymi z pracy, to nie planujcie realizacji najważniejszych rzeczy na te dni, bo z pewnością rzadziej będziecie mieć szansę te cele zrealizować (chyba, że planujecie samosabotaż, a potem wygodne wymówki, że nie mogę ćwiczyć, bo chcę ćwiczyć w soboty, a w soboty zawsze wyjeżdżamy gdzieś z chłopakiem). Ja na piątki mam zaplanowane mówienie do siebie po angielsku w celu rozbudowy słownictwa, co mogę również robić ze znajomymi z pracy, jeśli wychodzimy gdzieś razem w piątki. Albo testowanie nowego przepisu na obiad w soboty, bo i tak gotuję na weekendy. Niedzielę warto zostawić pustą- na rozrywki, albo jako ,,margines błędu”. Jak się z czymś nie wyrobię, to w akcie desperacji mogę przerzucić to na niedzielę. Na szczęście, od kiedy ograniczyłam ilość rzeczy do zrobienia na każdy dzień tygodnia, to przerzucanie czegokolwiek na niedzielę już mi się nie zdarza. Lepiej zostawić ten dzień w spokoju. Życie społeczne/ rodzinne też jest nam potrzebne.
  9. Sen
    Większość z nas błędnie ogranicza ilość snu, kiedy chce realizować jakieś postanowienia noworoczne. Traktujemy to jako starcony czas i robimy wszystko, żeby spożytkować go jakoś inaczej. Niestety sen jest nam bardzo potrzebny i jego brak będzie sabotować nasze próby nauki, ćwiczeń czy wielu innych rzeczy. Sama widziałam po sobie, że spanie 6 godzin i nauka słówek przez 3 dawała zdecydowanie mniej niż spanie przez 7.5 godziny i nauka słówek przez 1.5 godziny. Warto dać sobie możliwość regeneracji. Bez niej daleko nie zajedziemy.

Warto jest popróbować różnych wariantów. Nawet jeśli uważacie, że jesteście sowami i nie dacie rady wstać rano by coś zrobić, spróbujcie kilka razy. Może znajdziecie takie nawyki, dla których będzie warto rano wstać. Ja bardzo lubię tę poranną ciszę, kiedy wszyscy jeszcze śpią, nie ma tak wielu samochodów, a mój facet śpi. Jest to czas tylko dla mnie, nikt nie przygląda się temu co robię, a ja mogę być o te trzy kroki przed innymi, którzy wstaną długo po mnie, by w panice biec do pracy.

A jak jest u was? Dajecie radę z postanowieniami czy raczej macie słomiany zapał?

4 myśli na temat “Jak się ogarnąć

    1. Ja z niektórych porzuconych postanowień nawet się cieszę, bo oznaczają, że z tą dziedziną życia nie jest aż tak źle, żeby trzeba było ją poprawiać poprzez jakieś paskudne wyrzeczenia. I problem z głowy : ) .

      Polubienie

  1. Witaj BurgundowyKangurze:)
    Normalnie uwielbiam wspomnienia ludzi: robię to co inni i mi nie idzie jak innym:)
    Próba skopiowania cudzych odczuć i uczuć musi się kończyć co najmniej frustracją.
    Nie wiem skąd zwyczaj u ludzi stosowania na sobie psychoterapeuty w postaci, albo „mędrca w tv” co mówi co mamy powtarzać, albo opisu na stronach internetowych.
    Dlaczego np. kluby sportowe wolą opłacać psychoterapeutów, a nie mówić doczytajcie sobie na tej stronie…
    albo obejrzyjcie ezo tv 😉 Afirmacje, które są przekonywaniem podświadomości powinny być tworzone przez osobę, która zna podświadomość danej osoby. Bez rozmowy można podać ogólnikowe ramy.

    Medytacja wdzięczności (słynny dziennik) jest dobry, dla pracoholików, którzy czują się niedoceniani i ich problemy wynikają z problemu, że chcą być docenieni forsując się. (technika gdy mam dużo i dalej mi źle emocjonalnie).

    Osobiście staram się nie mieć postanowień! Robię lub nie.Jeśli mam ochotę zacząć coś robić to zadaje sobie pytania co mi w tym przeszkadza, że tego nie robię. I będąc szczerym ze sobą dochodzę czasem do jakże odkrywczych i prostych odpowiedzi, że np. nie robiłem czegoś bo bałem się ośmieszenia, a tłumaczyłem sobie, że to brak czasu. Potem zawsze zostaje pytanie jak to rozwiązać. Czy np. lepiej wyjaśnić co robię. Czy przenieść na godzinę by nikt nie widział. Czy zrobić sobie zabieg energetyczny np. medytacja i pozwolić umysłowi na jeszcze inne rozwiązanie.

    Polubienie

    1. W sumie racja, że najlepszym rozwiązaniem jest dojść do tego, dlaczego danej czynności się nie robi mimo że wie się, że to dla naszego dobra i chcemy coś osiągnąć. Ja miałąm mnóstwo pomysłów, jak coś ponaprawiać, a potem kończyło się na tym, że ”nei chciało mi się tego robić”. Dopiero po wnikliwszej analizie okazywało się, że to nie lenistwo czy brak motywacji, tylko właśnie ”będę głupio wyglądać”, ”a co jak się nie uda, pzrecież to i tak na pewno nie działą”, ”a jak się komuś nei spodoba rysunek” czy coś. Człowiek lubi myśleć o sobie jako o istocie kierującej się logiką, ale tak naprawdę kierują nami emocje, strach i wyuczone schemtay : )

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s